|
Wiersze Tygodnia - Hanna Dikta

Na Zielone Świątki
Ciągle zachłannie ocierasz się o plecy, smakujesz gęstą krew, opowiadasz o córkach, które chciałbyś spłodzić, moich mlecznych piersiach. Pachniesz jak młoda suka, dzieciństwo i wymarzone egzotyczne wyspy.
Nie jesteś zazdrosny o chłopców, z którymi całuję się w takt jarmarcznej piosenki, dobrze wiesz, że wystarczy gwizdnąć, przytknąć dłoń do uda.
Schylony w wysokiej trawie, znowu doczepisz mi skrzydła, będziemy długo kołować nad zastygłym Bugiem, odurzać się zapachem palonego zioła. Tak tu u was pięknie, powiesz, a to zaledwie brudna woda i drzewa. Kiedy umrę, nie oddawaj książek.
Jeszcze nie wiemy, że to ja pierwsza wejdę do rzeki, ozdobię dom tatarakiem
Not disturb
Leżymy w satynowej pościeli, na klamce zawieszka, w radiu Laforet. Kładziesz ręce na brzuchu. Dotknij tu i tu, i tutaj, proszę. Nawet pies tak mi nie ufał, mówisz, oplatając szyję.
Leżymy na gołych deskach, woda uderza o burtę. Obite jabłko smakuje twoją śliną i petem. Nieporadnie ssę poplamiony atramentem palec. Jest zimno, więc pożyczasz mi kurtkę, grzejesz kawę na denaturacie.
O północy nie mijam portiera, nie dociskam gazu, nawet nie muszę poprawiać poduszki. Zgrabiałymi dłońmi odczepiasz łódź od pala, bierzemy kurs na Bornholm
List do córki botanika
Nie wypuszczę stu czterech gołębi, nie zwiążę korzeni żeń szenia. Nie usiądę na twoich spoconych pośladkach ani nie podwinę sukienki, żebyś palcem z perłowym pierścionkiem zrobiła ze mnie kobietę.
Zostawię to mężczyźnie. Zaniesie mnie na ciepłe prześcieradło, spłodzi syna, zasadzi las. Przez kolejnych trzydzieści lat będziemy zgodnie odwiedzać świątynię, zbierać ryż. Drobnymi krokami wydeptywać ścieżkę.
Dlatego nie zdejmuj koszuli, nie przywołuj mnie pluskiem wody, spadającej do miednicy przy wieczornym myciu. W ogrodzie twojego ojca powinnam tylko rozdzielać truciznę, przystawiać tyczki
Oddział jednego dnia
Na szpitalnych łóżkach przypominałyśmy prostytutki z obrazu Toulouse-Lautreca, blade zwierzęce mięso z watą między udami.
Zdziwiłeś się, kiedy poprosiłam przez telefon, żebyś zanucił tę piosenkę Marie, przy której zawsze rozpinasz mi buty.
Nie widziałeś, jak na rozkaz korzystam z toalety, podciągam koszulę. Sprowadzona do tkanek potrafiłam nawet śmiać się z kiepskich żartów pielęgniarki.
Najgłośniej chichotała czarna spod okna, wczoraj w nocy umarło w niej dziecko
|
Kobiety odchodzą ode mnie przez okna
Nie chcę całować cię przy takiej piosence, mówisz, więc zamykamy okno, spuszczamy żaluzje. Topimy w umywalce papierowe łódki, walczymy o pierwszeństwo w partyjce chińczyka. Znowu masz ciemne włosy, ja rozbite łokcie.
Nie konsumujemy związku, bo przecież nie posuwa się dziewczynek w komunijnej sukience, to tylko odkręcone za mocno grzejniki, zajączki na brzuchu.
Nad ranem nie mogę zaczerpnąć powietrza, pakuję plecak w dorosłą torebkę. Balkon pachnie mgłą
Gipsowa panienka z L.
Postawił ją na parapecie - obok podwiązek i spinek, ukradzionych z hotelowej toaletki. Czasem układa przy niej kwiaty, pali świece, częściej zuchwale zdrapuje gips z podbródka, drąży niebieską sukienkę.
We śnie bierze ją naprawdę. Ma ciepłe łono, drobne piersi i ufne spojrzenie dziewczynek z obrazów Balthusa
Nornice
One już takie są. Nawet jeśli wypełnisz ciepłymi gałgankami wszystkie szczeliny, zdejmiesz językiem sól z mokrych miejsc, złapiesz jednocześnie za głowę, ramiona i palce i zakołyszesz nimi, jakbyś tańczył ostatni raz w życiu.
Będą mówić o samotności, o niedokończeniu, ostrych kantach, o byciu obok, za drzwiami, za furtką, za tablicą miasta, będą uciekać w siebie, schodzić coraz głębiej, grzęznąć w mokrym mchu. Jakby na dnie studni można było znaleźć coś więcej niż echo
Z cudzych miseczek
Minął czas stawania na palcach, zaglądania przez szybę. Dorosła naciskam klamkę, przymierzam głowę do smug na poduszce, zdmuchuję kurz z filiżanek. W szlafrokach pań domu czytam książki od strony z zakładką, zaskoczona, jak banalne lubią historie.
I przez chwilę jest tak, jakby ktoś znów zapalił światło w tamtym oknie.
Dowiadują się przypadkiem. Z nadgryzionej bagietki, spinki w umywalce. Cerowanych rajstopek, rozwieszonych zwycięsko między krzesełkami
Zza kwefu
Kiedyś staniesz się gęściejszy od powietrza, zakneblujesz mi usta językiem, ukamienujesz palcami. Potem zawiniesz w lepkie prześcieradło i nie będzie już ani ścian, ani okien.
Kiedyś przestanę błądzić w wąskich uliczkach Kabulu, słuchać samotnych kroków na kamiennych schodach, obijać się o beton wysuszonych studni.
Będziesz gryzł, wieszał i krzyżował; będę krwawić
Blok piąty Osiągnęliśmy prawdziwe mistrzostwo w zasłanianiu trumien, owijaniu zwłok czerwoną koronką. Nawet teraz, kiedy rozbierasz się pod ścianą kotłowni, oddajesz zegarek, telefon i buty, a ja piję kolejną gorzką kawę. Czas sączy się jak chemia. Ludzie na krzesłach mają twarze z obozowych fotografii, na widok fartucha instynktownie podnoszą ręce. Tylko dzieci bawią się beztrosko przy budce portiera, moczą włosy lalek w słomkowych kałużach. Za chwilę jak zwykle weźmiesz mnie w szpitalnej toalecie, odbijemy lęk w białych umywalkach. Później z uśmiechem przejdziemy pod prętem, zatańczymy kadosh

|