|
Wiersze Tygodnia - Anna Musz Kolonie
oglądaliśmy kiedyś z naiwną ciekawością mikroskopowe zdjęcia preparatów było tam wiele znajomych kształtów i form
pleśnie porosty bakterie w koloniach całkiem jak nasze mapy starożytnych miast jednakowo zależne od siebie i obojętne zarazem bliskie ale osobne i nienasycone w pochłanianiu ziemi
widzieliśmy też opiłki w magnetycznym polu wyobraźnię Gaudiego sklonowaną w całe dzielnice katedr Sagrada Família lub kaniony strzelistych ulic z najsłynniejszych dzielnic metropolii z domami które się garną ku ratuszom kościołom placom obok rynków
mikrogradacja bliskości zależności walki pod szkłem naszych zachwytów że to takie nowe takie oryginalne
Perpetuum
byliśmy tu przez cały czas ci którzy wyszli wracali lub przysyłali innych najczęściej z rodziny a mimo to niepostrzeżenie dosłownie spod rąk zabrano nam kilka cennych atrybutów
nasze zegary nie mają wahadeł książki przeszły w ekrany zniknęło parę bezzasadnych bardzo przydatnych prawd
coraz rzadziej palimy świece nosimy długie suknie ale nadal wywołujemy zdjęcia brak nam rutyny znudzenia kilku nowych mitów baroku języka na renesans liczb
bo na razie wszystkie te przymiarki i zmiany tylko szkodzą wyobraźniom metaforom symbolom estetyce z przyzwyczajenia
Księga dróg i podróżnych
my tylko czekaliśmy aż przestanie padać odprowadzaliśmy kogoś ale oni jechali w naprawdę dalekie podróże
przez stary dworzec jak przez otwartą księgę przepływały historie odjazdów i powrotów
niektórzy to potrafili opowiadać mówili tamtego lata i widziało się tamto lato prawie początek jesieni skupione liście winogron w obfitości słońca ciepły sierpień w dusznym cieniu drewnianej werandy
widziało się ich oczy jak jeziora o zmierzchu z migotaniem spadających liści z podwodnymi prądami w głębinach ich głosy w trawach i całe garście trawy schylone w jedną stronę pod naporem wiatru psy spuszczone ze smyczy parę kroków przed nimi i zmęczone głowy jak nadwodne kłosy
każda ich opowieść wracała potem z nami przywieźliśmy ją do domu już na wpół zmyśloną tak się nam zapamiętała że jest w wiecznej podróży do tamtego lata jezior i winorośli
w naszych dziennikach wyprawy więcej zasłyszanych historii niż własnych
Wróżenie z przestrzeni
lubię portrety na których jest tyle miejsca nad głową
jakby człowiek pojawił się na nich przypadkiem i nie miał prawa istnieć bez jasnego pokoju w którym zrobiono zdjęcie
może zresztą jesteśmy wypadkową przestrzeni mebli z naszego dzieciństwa ocienionych kątów okien zasłoniętych przez domy ale jasnych jak słońce w ramach zwłaszcza rano wiosną i latem
może by nas nie było bez sennej otoczki pamiątek rozłożonych po całym mieszkaniu bieli która pnie się po ścianach po wieczory od świtów na fotografii uchwyconej akurat w pełnym rozkwicie
te wnętrza mówią o nas nawet aż zbyt wiele całe szczęście że innym dialektem w ich języku nic nie będzie w stanie was wzruszyć ani przekonać że są tu jakieś znaki warte odczytania
|
Powrót
masz na imię
nieważne bo liczy się to jak teraz wracasz niezobowiązująco i po tylu latach po prostu idziesz ulicą
nawet tak samo stąpasz i odwracasz głowę sprawdzasz czy cię tu cokolwiek pamięta gotowe na twój powrotny spacer
już zbyt długo czekały skłócone domysły które teraz z miejsc wstały przyszły do drzwi prysły i nikt nie wie co dalej
chaos myśli jest dobry jest jak oczyszczenie można wrażeń dotykać precz z ich rozumieniem i oswajać tych wrażeń nadmierność
masz na imię cóż po tym gdy wszystko się zmienia dzisiaj już potrzebujesz nowego imienia i wszystkiego ci trzeba od nowa
Chansons de geste
wystarczy chwilę popatrzeć nawet nie masz pojęcia ile zdradzasz myśli i jak łatwo odczytać z ciebie wspomnienia kolejnych podróży ludzi spotkań powrotów
o miejscach dobrze ci znanych mówisz podnosząc głos nagle ożywasz w dyskusji na oswojone tematy nawet nie wiesz o gestach którym przynależysz ciebie w nich tylko trochę cała reszta to krewni i udawanie obcych wartych naśladowania choć nie pamiętasz już raczej po kim podjąłeś to podniesienie ręki tamto schylenie głowy
nie zaprzeczaj na tę osobistą kolekcję patrzysz pełen szacunku w niej przetrwa wszystko o tobie lęki i nieśmiałości twoje wielkie odkrycia twoje całe epoki
Przyzwyczajenia
przychodzą tu co roku nowi turyści o każdej porze roku i w różne pogody patrzą w sąd gotyckiego sklepienia na brudne postacie aniołów wychylone z warstwy baroku ręka pod ręką szata obok szaty
przybysze robią zdjęcia chodźmy krok w krok za nimi bo zobaczą więcej obcość wyostrzy im zmysły
uczyliśmy się od dziecka tych rzeźb i portali podczas świątecznych spacerów znamy je na wyrywki ale oni znajdą dla nich całkiem nowe kadry
zamkną przestronne pejzaże w dwóch poklatkowych obrazach fontanny na środku skweru i człowieka siedzącego na schodach nas nie stać już nie stać na taką wyobraźnię o tych miejscach
Nic nowego
anektujemy nowoczesność wszystko co nam dadzą nie jesteśmy wybredni ten wyścig cyfr i danych ma nas oszołomić uwieść a potem porzucić nasza widownia jest ich sceną i vice versa przyjdzie czas na zemstę zapisz to w rubryce terminy i zadania
przyswajamy chętnie nowe formy obcości całkiem inną obecność jesteś na niedostępnym więc może cię nie ma a może się ukrywasz piszesz codziennie ale czy o sobie po północy widzisz jak wychodzą z ekranu dobrze ukryte dzielnice niebezpiecznych miast przed południem powtarzasz plotki przetwarzasz obrazy w kolory w kontury które i tak zapomnisz do wieczora
nie uczysz się niczego nowego to tylko zwielokrotnienia znajomych dla których nie masz czasu słów na końcu języka ale bez pamięci rzeczy do zagarnięcia płyt do przesłuchania książek do stawiania na półkach półek do zamówienia
lęków trwających nadal po wyłączeniu laptopa jak po zamknięciu drzwi
Wizja lokalna
nawet po katastrofach będzie się nas pamiętać i celebrować podczas święta triumfu w wigilię tęsknoty za starym światem
bo teraz ziemia jest mapą pejzaż ma coś z teatru trawy grają Szekspira rosnąc na balkonach
w każdym miejscu nasz dotyk zarasta tkliwym ołtarzem i wie się bez próby jak go adorować
żyliśmy tu u siebie więc na naszą modłę będzie się po nas milczeć i zapominać o nas jak sami uczyliśmy |













