Waldemar Michalski
Chopin
(allegro moderato)
|
Prolog
Wśród pól i chat grodzonych żerdziami mknie autostrada a my w fotelach skórzanych wsłuchujemy się w rytm miarowy maszyny każda wierzba i brzoza kołysze dym wysoki ogniska i każda jabłoń czerwieni się dojrzałą maliną tak śpieszno ci stanąć na progu chaty drewnianej wśród sypiących się zakrzepłą czerwienią kasztanów wśród powojów bluszczu i wina dzikiego bez którego nie ma dworku ani żadnej legendy
otworzono drzwi i okna bo chata po polsku gościnna czarny instrument naprzeciw komnaty przy nim muzyk o twarzy jakże znajomej a w ręku dynamit i nuta co serce na przemian kołysze lub łzę na wargach odciska płoną dłonie płoną skronie i słońce powoli zachodzi czerwone młyn huczy w oddali jak echo spod Stoczka armaty jak rytm miarowy tysiąca co wkracza na pomoc Warszawie
alejami przez krwawiącą Utratę przez mur co wkoło zamyka i dzieli przez chleb którego wystarcza i z solą podany powracamy wierni jak ostatnie z daleka żurawie by w łazienkach z Fryderykiem wsłuchać się w rytm Warszawy
oj ostre ostre kosy nasze i jako wierzby nad głowami
* Czas się zmienił i brzydko na dworze i zły jestem i nudzą mnie ludzie i odetchnąć nie mogę i pracować nie mogę Stoję w oknie zimowe płatki śniegu kołują bezszelestnie ścielą się dokoła jak pusto jak biało jak cicho na Krakowskim zapalono świąteczne żyrandole niby z bajki a jednak może teraz dotknąć klawiatury wyrzucić z siebie wszystko co boli daleko za mosiężną klamkę tylko patrzeć i słuchać na nieszpór dzwonią u Wizytek czy będzie ona co ludzie śpiewają ach uwolnić pierwsze słowa w klawiaturze niech wreszcie się stanie zakwitnąć różą nakarmić piołunem coś za coś - serce nie sługa nie będę śpiewał z kantorem nie zagwiżdżę jak maszyna dam wszystko by zobaczyć ją znowu w zimowy wieczór i odpłynąć wiolinowym kluczem ku stromej Wiśle milcz serce – tajemnica niech płacze stalowa struna na cztery ręce na cztery ręce
** Ułomna filozofia fałszywe akordy słowa podeptane gdzie jest muzyka ach grać tylko grać grać grać dopaść klawikordu ramionami spiąć jego ramiona płynąć po klawiaturze ponad czasu granice zostawić daleko pola i rzeki żegnać i witać zarazem we mgle we mgle zobaczyć daleką Warszawę niebieską Utratę białe brzozy spod okien Poturzyna Tytusie wszak zawsze byliśmy razem kto czeka co czeka gdzie czeka *** O symfonię ciągle mnie proszą nie napisana zamknięta w złotej szkatule księżycowych nokturnów walcowych słodyczkach jak pieprz ostrych preludiach klamrą spięta w sonatach ( tylko rankiem w słuchaniu najlepsze) muzyka otwarta jak rana niech Paryż wie gdzie i kiedy zadana niech obcy milczą gdy fortepian gada bo mowa ta sama tu i teraz i nuta ta sama jak szpadą w serce zadana jak pacierz dziecka które przy matce co kona jak krzyż złamany na obcej mogile tylko pamięć ta sama ta sama na odjezdne w pamiątniku wpisana
|
**** Do Belwederu czas jechać cóż gdy Belweder jak bańka mydlana i fortepian na bruku strzaskany może do Wiednia gdzie kilku przyjaciół strojne damy i pierwsze nuty w drukarni składane grać Mozarta może Bacha a niech tam także Liszta będę grał dla ciekawości niech słuchają co echo odpowie co znaczy smutna nuta w mojej i twojej Warszawie w pijanym polonezie z czapką na bakier
***** Błądzimy wśród niepewnych domysłów Majorka w deszczu i miłość jak skaza z otwartą gębą pełną dysonansów wciąż pełną nadziei cóż więcej ponad preludia cierpką sonatę z marszem żałobnym w tle jakąś balladę i polonezy a moje życie żyję trochę więcej jestem blisko tego co najpiękniejsze lepszy jestem… nieprzewidywalność dnia ani godziny ostatnich akordów otwarta brama. tak dobrze usłyszeć mazurka pod obcym drzewem zatoczyć walcem zapomnieć męczące pytania kogo bardziej kocha żegnaj deszczowe lato w Nohant i ty przyjacielu odważny Delacroix czy można uciec dalej chociażby za morze na koniec świata pozrywać struny – tylko listy tylko listy zostają – wróg w domu Boże czy jeszcze ci nie dość zbrodni moskiewskich cóż mogę gołymi rękami rozpaczam na fortepianie tyle mogę. Czekam i wiem że czekają może w górskim Karlsbadzie może w pobliskim Dreźnie oni najbliżsi – pojadę ukoić swą biedę niech wiedzą że kocham
****** Moja choroba i moje granie jak wspólne pączkowanie niekończąca się melodia niekończące wołanie niby coś z fantazji niby z życia wzięte w efekcie gonitwa myśli i słów pogubionych zbieranie na paryskim bruku bo w Paryżu mieszkam a żyję w Warszawie książę Adam zaprasza do Towarzystwa Literackiego Polskiego Boże co ja mam z pisania na druk czeka garść polonezów mazurków część nokturnów kilka jakiś walc - jeśli umrę - zapewne to się stanie wcześniej niż pragnę - niech rodzina spali nie z druku żyłem ostatecznie gwiżdżę tyle zostało z marzeń scen dziecięcych pieśni śródpolnych to prawda z gwizdaniem sobie radzę świetnie najlepiej przy etiudach np. e-dur z opusu 10 nie mogę przerwać muszę gwizdać dalej tęsknię nie do tych Panie którzy przez swoją dobroć mogą mnie zadusić (ja im tego przez grzeczność nie odmówię) ale siostrę chciałbym zobaczyć najpierwej niech Ludwika od zaraz przyjeżdża wypatruję każdy pojazd od rana każdy statek wchodzący do portu latarnie na brzegu zielone światło posyłam daleko czekam i czekam… Epilog
Mój testament nie kończę kropką nie ważna jest duża litera moje prawo rozpędzone granie jak konie w zimowym zaprzęgu stają gdy każe woźnica a gdy woźnica szalony także konie gadają muzyką pędź pędź czasu nie staje pnie się ku górze zakazana nuta uderza z krzykiem w obłędnym tańcu wiruje jak na scenie rozgadana strojna w obce pióropusze biała dama zawsze w biegu struna za struną raz płata figle i obcym zanosi się śmiechem raz inny klawisz potrąci nie ma mnie wtedy sam fortepian gada jest tylko Ona i niech tak zostanie a serce będzie na zawsze w Warszawie tak postanawiam i amen. |













