{jcomments on}

Wiersze tygodnia – Paweł Podlipniak

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


 

Paweł Podlipniak (1968) jest poetą i dziennikarzem. Mieszka w Radomiu. Debiutował w roku 2010 tomikiem pt. „Aubade triste”; jego kolejny zbiór wierszy ukaże się niebawem. Laureat ponad 40 konkursów poetyckich,.

 

El armario de carradina

 

czemu wciąż piszesz czernią, nie korzystasz

z tych wszystkich możliwości, odcieni, niuansów?

co cię przybiło, nisko, tak nisko, że czujesz

tylko cierpki chłód ziemi, zapach martwych zwierząt?

dlaczego drapiesz rany, zamiast pilnie czekać

aż się zabliźnią, zajdą mgłą lub się zapomną?    

gdzie zgubiłeś barwy?

 

czy znalazłeś już kogoś, kto w razie potrzeby

przetnie nić ponad węzłem i owinie głowę  

w płótno, powie dwa zdania (z sensem), potem zgarnie

zawartość szaf i szuflad? dokąd spłyną ze ścian

jasne plamy po świętych obrazkach, krzyżykach?

jaka siła wyciągnie zardzewiałe gwoździe?

i czy będzie światło?

 

czemu znowu rzucasz chleb na wody płynące,

skoro dostajesz kamień zamiast odpowiedzi?

 

                        z tomiku „Aubade Triste”

 

 

faberże

 

Niepokoi mnie słowo „kruchość”. Ta podstępna

słabość osacza wszystko powoli, wytrwale.

Nie można przed nią uciec. Ujawnia się sama.

Zaciskam mocno pięści, patrzę, jak się czai.

 

Gdy zauważam nagłą lekkość matki, ptasią

budowę kości, czuję, że szybko uleci,  

zabierając najlepszą cząstkę ze mnie. Ćwiczy

ostatnią rolę (jeszcze się powierci w łóżku ).

 

Dostrzegam starczą wiotkość skóry, wypełnionej

nazbyt skąpo oddechem, pod nią siatkę cienkich,

niebieskich kresek. „Kruchość”- gorzka przepowiednia

straty i żalu. Reszta jest tylko skorupką.

 

                        z tomiku „Aubade Triste”

 

 

Dżizas

 

Wiesz. Ty i ja jesteśmy jak ranne jesiotry

albo zorze. Wydłubią nam z wnętrza to wszystko,

co najlepsze - blask pełni, miękkość nowiu, tkanek.

W mojej kieszeni lista rozstrzelanych godzin,

szkic mowy pogrzebowej (ledwie kilka haseł).

Wiatr gniewnie wzdyma biały obrus po agape.

 

Z tego ogrodu można wyjść tylko raz. Powrót

znamy tylko z obietnic, zasłyszanych plotek.

Good News - trzydniówka, Bad News - zostaną okruchy.

Trzeba będzie posprzątać w głowach przed odejściem.

Ktoś nowy wprowadzi się do naszego domu

i zasłoni czymkolwiek nikły ślad na ścianie

 

po kawałku drewna.

 

                        z tomiku „Aubade Triste”

 

 

Huśtawki III. Rzeka

I to wezbrane wtedy, które nie porwało

nas ani o milimetr. Byliśmy niewinni

i tacy piękni, kiedy patrzyliśmy z góry,

jak rzeka niesie lekkie ofiary powodzi,

martwe krowy i owce, tych co nie sięgnęli

brzegu, psy i podręczne personifikacje.

 

Bo to nie my toniemy, mówiłaś, przed nami

tej rzeki sto lat sto lat, a może i więcej,

niech żyją żyją, czułem wciąż niepokój. Przyszłe.

(teraz wiem - człowiek może nagle zniknąć, odejść).

A huśtawki czekały na nas bezsensownie

wierne. I to, co dalej od brzegu. Wezbrane.

 

Dziś znowu jesteś. Rzeka znacznie krótsza. Strachy

ją wypełniają ciasno - od brzegu do brzegu.

Będzie nas kołysała, póki nie spłyniemy

śpiąc w ogniu, śniąc wraz nurtem, wezbrani powodzią.

 

Bo to my toniemy.

 

                        z tomiku „Aubade Triste”

 

 

Popioły, woda, rtęć zapadła w ustach

 

                   Here lies one whose name was writ in water

                        – napis na grobie Johna Keatsa

 

Oto jest głowa. Czytaj: to jest miejsce głowy.

Próżnia, która wyrasta z czułych miejsc języka.

Nie zna morusu, zmierzchu, przywiązuje wagę

do bezsensownych gestów. Łupina maskuje

 

zgorzel. Słowa, zamknięte zamiast piasku w workach

z juty, tworzą bariery, sączą się po pierwszym

śmiertelnym strzale. W miejscu, skąd wyruszyliśmy,

wyrasta napis „koniec”. Za nim przemykają

 

czujne zwierzęta, białe od tynku zranionych

domów. Nieostre światło wydobywa na wierzch

splątane ścięgna torów, a przy nich poduszki

mokre od tramwajowej żółci, nieustannej

 

przemocy w każdym swojskim zakątku. Na takie

narzędzia przystaliśmy, napełniając dłonie

ogniem, usta popiołem, wypisując nasze

imiona w płytkiej wodzie. Bez żadnego wsparcia.

 

Oto jest głowa. Czytaj: Nie ma na nią miejsca.

 

                        z tomiku „Karmageddon”

 

 

Himsa

 

Chciałbym wrócić do Anny, jak się powraca do morza.

Jestem łuską, zeskrobanym śladem po śniętej rybie.

Z takiej perspektywy niebo wygląda jak tani,

foliowy całun. Nie pamiętam, czy ojca zawinęli,

czy sam im wypłynął. Może szumiał zbyt głośno?

 

Czekaliśmy na niego z kolacją. Za oknem zima

mieszała się z postem i widziałem wyraźnie

– na brzegu każdej Marii siedział Jezus, malusieńki jak ja.

Śmiał się, czułem, że to znak. Szyny rytmicznie szeptały

niedojedź, niedojedź. Matka biła karpia.

 

I nawet zapach ciasta nie mógł zamaskować

pustego miejsca przy stole, okrucieństwa kolęd,

gdy powietrze drżało od biegu pasterzy.

Dziś wtórują im głodne dzwonki zaplątane

między brzuszki bemoli. Anna rzuca łuski.  

 

Gaz wypełnia folię. A my idziemy.

 

                        z tomiku „Karmageddon”

 

 

Ave Lancastria gratia plena!

 

Na wysokościach, gdzie była chwała, wywar

piliśmy z popiołu, piołunu, szaleju. My, dzieci

Gadareńczyków skryte w ptasich brzuchach.

Łapali nas w strugi światła i ściągali na dół,

a wtedy sypaliśmy iskry wprost z glinowych żagwi.

 

Pod nami buzowała ziemia, kiedy tak na oślep

wymierzaliśmy wyrok wrogim mrówkom.

Termit topił tysiące kopców w zwartą bryłę.

W mroku śmierć miała kolor i gładką fakturę

bursztynu. Tak, krzycząc, zastygały miasta.

 

Na ich kamienne głowy zrzucaliśmy z siebie

całą nienawiść, choć przecież ktoś inny

powołał nas do życia w szeregu i wtłoczył

w świńskie skóry z naszywkami. Szloch

wysysał tlen z masek przed powrotem do życia.

 

Pod spodem mieliśmy grozę, wewnątrz jedno

imię dla wszystkich. W smyczach interkomów

hulał głos wskazujący ścieżki do gniazd.

Tarliśmy brzuchami o ziemię i czasem

dawało się zasnąć bez pacierza mejdej, mejdej.  

 

                        z tomiku „Karmageddon”

 

 

Gościnne pokoje

 

Jutro się nie obudzę, choć świt doskonale

pasuje do mojej skroni. Ktoś go wycelował,

potem wystrzelił. O tym nie napiszą gazety.

Syte szpalty okupuje piasek, tłusty jak roponośne

grudy. Wsuwam palce w jeszcze ciepłe ciało.

 

Za mną już czujne przesilenie wiosny, strach

który unosi ciężar kluczy wręczanych lokatorom

pokoi gościnnych. Weekend wypełni się ziarnem

sypanym w płytkie bruzdy. Wspólnie przesuniemy

kamień – zasłoni wejście, odda rzekom chłód.

 

Kto ze mną wstanie? Kto wybieli skutki

nadmiernego spożycia ciała i wina? Tylko

kobiety lub dzieci pragną szczęśliwych wersji

zakończenia. U mnie na czubku nazwiska

stoi Kain. Z latarką w ręku. Bierze pod włos,

pod krew. Z uśmiechem przepuszcza w drzwiach.

 

                        z tomiku „Karmageddon”

 

 

Łasko, łasa łasiczko

 

Jeśli się pozbieramy kochanie, to może

skleimy skrawki lata i wyjdzie obrazek,

jaki wtedy chciałem zobaczyć:

twoje nagie ramię i twarz cała w piegach,

cień lasu za jeziorem, nie, raczej gest

– tak wstydliwie zasłaniałaś piersi,

pod kocem szyszki, a niżej łasiczka

z blond futerkiem,

animula vaginula blandula.

 

Jeśli się zachwycimy kochanie, to może

dodamy nowe lata i będzie inaczej.

Wiem teraz, jak dotknąć, aby nie bolało,

że Po ciągnie się gdzie indziej

i choć brzmi jak nazwa chińskiej rzeki,

oznacza stratę czasu, smakuje gorzko.

Nie musisz nic zasłaniać, nie musisz odkrywać

– dla innych zostanie zdjęcie z podpisem:

tu cię kocham, tam byłem.

 

                   z tomiku „Karmageddon”

 

 

a teraz ułóż mnie do snu (wiktoriańska galeria pośmiertna)

 

mamy otwarte oczy, ale nie sięgamy wzrokiem

głębiej niż na paznokieć. za to oni widzą

nieuchwytne oznaki zmierzchu. te uśmiechy

pełne zakłopotania, kiedy ślizgamy się po powierzchni

życia jak cicha rtęć zastygająca na szklanych płytkach.

rankiem zdejmiemy odciski z własnych śladów.

 

jedyne co nas oddziela od wspólnych niedzielnych spacerów,

to soczewka i rozbłysk magnezu w wąskiej szczelinie,

szelest martwych koronek, metalowy stelaż.

resztę zgasi sztywna cisza. stracimy ją bezpowrotnie,

gdy tylko otworzymy usta. otwór na klucz albo żeton.

 

obraz jest czysty, mówi: śmierć to miejsce, nie czas.

 

                   z tomiku „Karmageddon”

 

 

Sonet dla zaginionych w sieci

 

od kiedy wyjechałaś, śpię tylko z poduszką.

dni dłużą się nieznośnie, noce kończą szybko.

komórka ciągle milczy – choć kładę się późno,

wtulając głowę w pamięć (tak jak ptak pod skrzydło).

 

na pendrajwie mam twoje wszystkie fotografie,

gotowe do edycji w jednym z fotoszopów.

są jak okna pociągu, który nieustannie

nie chce zabrać mnie w podróż do zeszłego roku.

 

od kiedy wyjechałaś, nawet mejle giną,

wyrzucone pomiędzy zaułki subdomen,

obłędne logowania, natłok odnośników

i tagi niedomknięte, rzędy nieskończone.

 

od kiedy wyjechałaś, poduszka śpi sama,

komórka milczy czujnie – dźwięk w głośniku zamarzł.


Pin It