Bogdan Justynowicz
(ur. 1939) poeta, prozaik, krytyk, tłumacz
Ur. 30 sierpnia 1939 w Starej Wilejce k/Wilna. Debiutował wierszami w prasie Wybrzeża w 1956 jako uczeń Liceum im. Pestalozziego, gdzie uzyskał maturę w 1957. Przez wiele lat związany z artysty cz- nym środowiskiem Gdańska. Współtworzył zespół dwutygodnika studenckiego „Uwaga” (1957 – 58)
I Gdańską Grupę Młodych skupiającą poetów, malarzy, aktorów (1959 – 63). Od 1962 do 1968 pracował w redakcji literackiej Rozgłośni Gdańskiej Polskiego Radia.W 1968 przeniósł się do Warszawy, gdzie nadal publikował wiersze, eseje, przekłady w czasopismach literackich. W 1970 ukończył studia na Wydziale Historyczno-Filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 1989 – 1993 był właścicielem Wydawnictwa „Jota”. Obecnie mieszka w Warszawie i w Prowansji.
Opublikował – między innymi – książki:
Przed jutrem [Wiersze] – Gdynia 1958 Wyd. Morskie
Przenikanie [Wiersze] – Gdynia 1960 Wyd. Morskie
Ćwiczenie dykcji [Wiersze] - Gdynia 1966 Wyd. Morskie
Południk elegii [Wiersze] - Gdynia 1968 Wyd. Morskie
Rok świetlny [Wiersze] - Gdańsk 1973 Wyd. Morskie
Nabrzeże malarzy [szkice o gdańskich plastykach] – Gdańsk 1973 Wyd. Morskie
Miłość, nasz syn [Wiersze] - Warszawa 1987 Czytelnik
Wiersze wybrane. Wstęp: I. Smolka.- Gdańsk 1988 Wyd. Morskie
Książka, której się śniło [Powieść dla dzieci] – Warszawa 1990 „Alfa”
Poza tym autor przekładów , adaptacji radiowych, widowisk estradowych i opowieści historycznych publikowanych w serii Wydawnictwa Bellona „Żółty Tygrys”.
|
BYŁEM MÓWIŁEM A no, jeśli pamiętam mówiłem: o przeszłych i przyszłych teraźniejszościach, o wspólnym śnie, żeby snom nadać sprawność i zacerować piętę przez którą wnikała śmierć, o przyszłości co się rozlega równiną rozumnie niwelowaną do rozpędu, o łzie przeszłości przeznaczonej do osuszenia, o ścianach co nie znają oddechów agonii i o tym jak zasupłałem w parę miłość i nieśmiertelność i jeszcze o globie grzebanym w pstrych narodowych proporcach, o najdalszych koloniach światła gdzie sensownie i nieśmiertelnie o ziemi obiecanej i obiecanym człowieku… Mówiłem. Co mówiłem? A cóż mnie obchodzi Co mówiłem! NAPOLEON
Jakże świat mógł go pomylić z cesarzem, Z powodu… że postury nikczemnej? Stało się: Św. Helena. Mierzy celę krokami. Chwila. Będzie riposta. Za chwilę czterem ścianom, co mają uszy Podmiot zdania: świat. Merde!.. Na czystej kartce kładzie wymęczony podpis: O czwartej rano gasi światło. KONSPEKT
K o n s p e k t Przywłaszczyć?
I wciąż czuję że żyję, trochę za mgłą. Słyszę buczki na redzie Nowego Portu Widzę was pochowani. jak rozróżnić dwie różne pory: Czy zatopi mnie wreszcie noc: Czy warto zapalać lampę Wiercę się.
ptakowi, że śpiewa, Jemu słać dzięki. Zatajając… zatajając garść czułości To przydana mi towarzyszka podróży, I tu mi się przypomnieli – ni w pięć ni w dziewięć –
|
K/MARSYLII Opactwo na skale, drzemie na własnych kościach wpisane w krąg podziemnego przyśpieszacza cząstek ludzkiego pojęcia. W skryptorium nie skrzypią pióra benedyktyńskich skrybów. A strumień całą gęsią o końcu fizyki i Noblu ostatecznym: „Na początku było Słowo A Słowo było u Boga…” etc…etc… DZISIAJ CHARTRES A w Chartres pod katedrą baby dzieją. Dzieją swetry, szaliki... Bo już jesień na świecie. Trochę obcych. Jedni wchodzą, karleją w nawach, w innych świątynia wchodzi. Medytują – upływają stulecia – o Nim; czyli o niczym. Już wieczór ma się ku nam, jesień już w Europie. Swąd baraniny w powietrzu. Świątynia mnie opuszcza, Widzę się mniejszym od siebie… Na potoczku w Chartres przed katedrą histeria gęsi: półksiężyc ante portas! MOŻE TAK (…ale pewnie inaczej. Mniej światła. Myśli się płytko; po kostki. I dedukuje: Brzeg niedaleko; - Jeśli tam ktoooo… Rzućcie mi samouczek
Mowa roślin? Wciąż pozostaje krewną mego języka. Dużo tu modlitw: to rzadkie ziele (zaiste rzadkie) to źdźbło – pospolita trawa i ten banalny szalej, który właśnie suchym badylem Sekator szczęknął natychmiast. W zwolnionym dołku już posadzono Przezywają ją tutaj: Świadek Niemowy.
Gadatliwa noc była. Nie licząc bluźnierstw A z każdej – tego się właśnie spodziewał, - Powtórz, Baranku – prosił. Wsłuchał się, Więc odpuszczono mi, ale czemu Tak, jestem brzuchomówcą.
Dzisiaj głęboki słupek 72 odjąć dziesięć i odjąć dziesięć i odjąć dziesięć, O, załaskotał w policzek koniuszek harcapa: - Pamięcią się cieszę, Herr Doktor. |














