ALDONA BOROWICZ
Poetka. Krytyk literacki. Eseistka. Debiutowała na łamach Tygodnika Kulturalnego.
Wydała trzy tomiki wierszy: "Monolog przed północą" (1978 r., Wydawnictwo „Pojezierze”, Olsztyn), "A ta radość pierwsza" (1990 r., MAW, Warszawa), "Ogniem otworzę drzwi" (2006 r., Wyd. Arwil, Warszawa). Za ostatni tomik otrzymała nagrodę im. W. Hulewicza (Książka Roku). Laureatka wielu konkursów literackich. Drukowała swoje wiersze m.in. w "Poezji”, „Regionach, „Akcencie”, „Akancie”, „Autografie”, „Okolicy poetów”, „Nowym Wyrazie”, „Notatniku Satyrycznym”, „Miesięczniku”, Gazecie Kulturalnej” oraz wielu antologiach poetyckich. Wiersze były wielokrotnie prezentowane na antenie radiowej oraz tłumaczone na j. słowacki, rosyjski, litewski i białoruski.
Pracuje obecnie nad nowym tomem wierszy „Ja - Wanga” oraz tomem esejów „Od plotki do kapliczki”, poświęconych mitowi literackiemu w poezji polskiej
i światowej (m.in. Anne Sexton, Sylwia Plath, Anna Achmatowa, Maryna Cwietajewa, Anna Świrszczyńska, Halina Poświatowska, Maria Pietrawych, Edward Stachura, Ryszard Milczewski – Bruno, Gunnar Ekelöf).
|
Civita di Bagnoregio To miasto przyszło do mnie z przeszłości:
Według Poussina i Guercina Dzieje się zima: z ciągłym umieraniem i wieczną żałobą, w rozproszonej codzienności zamarzam, a kiedy ścichnie puls zostanę lodowcem jakiejś nierozpoznanej krainy i ciemności.
Wtedy przyjdzie jutro a po nim inne, w nieskończoność. Dziś to słony ślad po śniegu, jakże nieistotny epizod.
Pośród dźwięków, falujących dzwoneczków szklanych jeszcze wyśpiewam pieśń od dawna niepotrzebną, bo tam pod horyzontem zdarzeń czas płynie inaczej.
Tu ze splecionych skrzydeł nietoperzy noc opada z błogosławieństwem, gdy klepsydra walczy z rzeką. Nadal się dzieje zima: pasterze przenikają kobietę, wpatrując się w jej czaszkę i wejście do groty czytają:
I ja kiedyś żyłem, a teraz jestem nawet w Arkadii.
Oto zasypiam nad obrazem, w upiornym widziadle dostrzegam głębię okna i złote oko w przestrzeni.
Czuję oddech, dotykam ciepłej ręki. Dzieje się noc. |
Powidoki z lotu ptaka
Zbyszkowi Jerzynie
Naraz porzuciła wszystko: rzekę, zagajniki, niepamięć. Wędrowała z deszczu pod rynnę i tak w koło Macieju.
Tu w mieście prześladował ją obraz ze śniegiem w tle: zimnolubna mahonia pod spróchniałym oknem domu. Rosła szeroko, zawłaszczała przestrzeń bezczelnie – była cmentarnym krzewem i ocaliła odrobinę żółci.
Później plótł się kwiecień. Świtało. I dniały Alpy srebrzyście. Z góry widziała lodowce postrzępione jak zakrzepłe potoki. Lśniły, a ona stała w miejscu, nie czując żadnej prędkości. Może śniła o czymś, zawieszona pomiędzy słońcem a ziemią.
Ujrzała subtelny cień Zbyszka, pobłażliwie machał do niej ręką: Mój Boże, w Alpach prószy śnieg i niczego nie ma oprócz ciszy. Przecież nigdy nie był w Alpach, pstryknęła zdjęcie z lotu ptaka, ale cień zawsze znika, gdy się nocą wraca do swojego siedliska.
A w sierpniu znów mknęła w przeciwną stronę świata. Nad wielką wodą z wyspami. Ku białym nocom i skałom, lecz w górze zbiegły się nagle chmury, niczym piranie. Jakby w kadrze odwrócono kamienne widoki z ogniem.
Zachodziło słońce, niebo rozcinały pioruny, wschodził księżyc. W dole ujrzała wyschłą rzekę, zagajniki, kroplę rosy na mahonii i zrozumiała, że warto wrócić, wwiercić się w pamięć. Do bólu. Iść chodnikiem przed siebie, by odnaleźć własną tożsamość. |













