Bohdan Wrocławski
(ur. 1944 w podwarszawskim Milanówku) – polski poeta, pisarz, dramaturg.
Wrocławski debiutował wierszami w 1963. W 1967 ukazała się jego pierwsza książka poetycka “Linia Krat”.
Opublikował wiele tomów wierszy, zdobywając uznanie krytyki i liczne nagrody literackie. Jest także autorem piosenek literackich.
Przez kilkanaście lat występował na scenie, prowadził popularny kabaret literacki Ostatnia Zmiana. Pisze sztuki sceniczne dla dzieci. W 2006 otrzymał nagrodę poetycką UNESCO na Światowych Dniach Poezji za tom wierszy zatytułowany Inny Smak Księżyca.
Od września 2010 roku redaktor naczelny portalu Pisarze.pl
Książki wydane przez Bohdana Wrocławskiego:
- Linia Krat - Wydawnictwo Morskie 1967 r.
- Wypalanie wnętrza - Wydawnictwo Morskie 1977 r.
- Powiększony o czas powrotu, powiększony o czas czekania - Wydawnictwo Morskie 1978 r.
- Dworzec Podmiejski - Wydawnictwo Pojezierze 1983 r.
- Podróże w obecność - Wydawnictwo Łódzkie 1984 r.
- Poker (zbiór opowiadań) - Wydawnictwo Morskie 1984 r.
- Wiersze - Spółdzielnia Wydawnicza Anagram 2000 r.
- Cyrograf milczenie - Spółdzielnia wydawnicza Anagram 2003
- Inny smak księżyca - Wydawnictwo IBiS 2006
Dodatkowe informacje na stronie http://www.pisarz.eu/
|
Inny smak księżyca
Którejś nocy światło księżyca ominęło naszą planetęoceany odfrunęły w głąb własnego sumieniawszyscy myśleli że teraz ziemia zacznie szybciej obracać się wokół własnej rozpaczy wieczorami błądziły kłęby pary jakieś nieczytelne hieroglify bezdomne znaki w śniegu obłoki wypełnione melancholią wszystko to przypominało że powoli kończy się czas modlitwy zasną świerszcze ich oddech przestanie plamić ciszę i tylko nasze natchnienie kruche przecież wciąż jeszcze jest obecne jednak pozbawiane wiecznego ognia sprawia że coraz częściej odczuwamy lęk granice które przekraczamy mają w sobie coś ze świątecznej majówki kiedy z naszej radości płatami łuszczy się kora pada deszcz nagie kikuty wilgotnych ramion w bezbrzeżnym zdumieniu wiszą wzdłuż miejskich murów obronnych jak ostatni sen skazańca nad ranem place odwiedza stukot kopyt końskich parujący zapach łajna wtedy śpią jeszcze wszystkie sumienia kopiaste pierzyny unosi oddech wydaje się spokojny i bezpieczny tylko czasem jakiś fragment wiersza podrażni pejzaż odbierze mu nadzieję kolor i symetrię wyglądasz wtedy przez oszronione okno twoje czoło stygnie dotykasz nim szklanej powierzchni palcem wypisujesz wszystkie zapamiętane grzechy dzieciństwa zaczynasz bać się ich samotności przerażającej potrzeby bycia z tobą nadal trudno ci uwierzyć że jesteś już dorosły a wszystkie zamki które budowałeś na plażach stały się większe niż czubki okolicznych sosen boisz się ich cienia odczuwasz że jest tam ból twardy jak śmiech drwala ostrzącego zęby piły to dobrze zawołasz z pustych komnat muzealnych już dawno rozsypały się wszystkie eksponaty ten pył który spotykamy każdego upalnego poranka ten kosmiczny pył to rozkruszone drobiny umierającej cywilizacji resztki wysychającej wyobraźni już nie broni nas sztuka w mroku widzisz jej ledwie zarysowaną twarz miękki podbródek wyłupiaste oczy czerwieniejące niczym ślepia wilka chytry chichot losu łup w kłach mrozu paleta barw nie zmienia się dawno zamilkła w niej radość między złożonymi palcami czujesz jej resztki przemykają się tam gdzie wszystko staje się bezrozumne dostrzegłeś to mój Cyprianie Kamilu obraz pełen niedokładności skrzypiące kuchenne schody którymi wprowadzano ciebie na górę abyś omijając salon mógł dotrzeć w tumult kuchni brzęk garów woń przypalenizny i jedzenia tak nasyca się wiersz słowo po słowie reszta to nieomal drobiazgi szczegóły scenografii przerysowane ostrą fakturalną kreską i tylko nikomu niepotrzebne pragnienie wiecznie przywołuje nas w coraz inne miejsca zapamiętajmy siebie zagubionych w zieleniach bezradnej młodości głodnych zbiegających w dół po drabinie pragnień i nawyków naszego ciała trzyma się mróz chrońmy go jak bezcenną relikwię gasną ognie zapalane na brzegach chmur w czasie sztormu myśli pełne fascynacji i destrukcji wciąż niżej bukiety wyschniętych traw oddychające w śladach czyichś stóp to twój dzień ten sam który obudził cię przerażonego spadały fragmenty skał źrenice ciężkie trawiące resztki nocy powietrze w którego mięsiste podbrzusze wbijały się ostre kawałki granitów zapach szlachtunku wszystko to wydawało się już za nami przez zwisającą z okna brudną firankę przemknęło coś refleks fragment ciężki jak kratki konfesjonału zapewne z tamtej strony ktoś łkał przytykając rozgorączkowane czoło paliły się jego powieki szybciej niż lot jaskółki wiedziałeś dobrze wiedziałeś przyszedł Zalewski z butelką granatowego wina to rozlewała się w nas noc bezksiężycowa wyjęta z teatralnego plakatu aż tu w chłód poddaszowych marzeń wdzierał się stukot drewnianych kół powozów uderzających w chropawy bruk parskanie koni śmiech dziewczyn kuchennych dobiegający z pobliskiej jadłodajni i ten zapach dochodzący z niej zakłócający milczenie poezji w głuchowskim ogrodzie stado szerszeni rozbiło pszczeli ul konała przestrzeń nieczytelna pozbawiona krążenia krwi i nadziei znasz przecież obserwujesz ten cienki głos alarmu w środku lata kijanki miotające się w wysychającym stawie wyparowują z nas początki zdania interpunkcja staje się agresywna wykrzykniki popychają myśli w nieokreślonym kierunku wiemy już najtrudniejsze odpowiedzi istnieją w samotności wiatr zachłyśnięty własną śliną przetrawia nas stojących z boku nie przygotowanych niemiłosiernie w twarz praży słońce usychają w nim rozpoczęte myśli plecy oświetla pełne dobrotliwej łagodności światło księżyca ponieważ zabłądziłeś w pustynnych piaskach czytasz wszelkie miraże okolicy szczyty palm kokosowych jakąś karawanę której towarzyszą gardłowe okrzyki poganiaczy wielbłądów, kwaśny wydech zwierząt zapach potu plamy na białych burnusach świst rzemiennego bata ciepły jak plecy niewolnika czujesz przypadkowy liść opadający w dół za wszelką cenę chcący przerysować zmarszczki twojej twarzy poświata jego lotu dotyka krawędzi księżyca w milczeniu oddycha jakby inną mroczną stroną lustra śpią tam wszyscy aniołowie którym lód i drobiny śniegu pozlepiały skrzydła i ja oddzielany kartkami starych kalendarzy powłóczący nogami oparty o leszczynowy kijek zwijający się niczym wyschnięta kromka chleba z podniebieniem przepalonym od cudownych tabletek ja pozbierany z wszystkich ścieżek które mnie kiedyś bolały i z tych które obdarzałem bezrozumną przyjaźnią błądzący od dzieciństwa po tych samych ugorach bosy chłopak w krótkich spodenkach biegnący przez jesienne rżyska spokojny jak echo goniący z nim stada kuropatw karmiący gołębie dziksze niż gruzy zniszczonego miasta ja ekshumujący niespokojny zapach spalonych ciał na pobrzeżu historii więzień słów nawyków interpunkcji i w bezbarwnej przestrzeni ciągle tułających się znaków zapytania szukający azylu otwieram usta aby przez chwilę poczuć inny smak księżyca |
Ostatnia fala
Bogusi
Już wiem odpłynąłem zbyt daleko od brzegu
abym dał radę abym miał jeszcze siłę powrócić I ta ciekawość tego co jest za horyzontem Dlatego proszę nie stój dłużej w deszczu na brzegu Nie patrz jak drobinami piasku przelewa się ostatnia fala i zastyga w świeży kopczyk niepamięci Wróć do domu Zaparz gorącą herbatę z cytryną Wiesz że także ten wiersz został osierocony Wyciągnij dłoń Zapewne będzie drżała To szczegół bez znaczenia Rozłóż palce w ten sposób w który ja je rozkładałem przed pocałunkiem Widzisz przepływające w poprzek dłoni światło Czujesz ciepły oddech na opuszkach palców który powoli przesuwa się wzdłuż dłoni To płynie ostatnia fala pełna kolorowego krzyku mew słońca zapadającego się w głąb szlochu Morza z dnem otwartym jak rozłupany sztormem orzech
Łodzie
Pewnego dnia kiedy słońce pogubiło się we własnych promieniach i sumieniu spostrzegłem że ciebie nie ma zapewne tak było już od dłuższego czasu ale opuszczaliśmy groty skalne z odbitym światłem księżyca w zmarzniętych palcach towarzyszył nam głos zwierząt wrzask walki bólu i łagodność śmierci liczył się każdy nieobecny szczegół zapach gaszonego ogniska ciężkie od rosy osty szukanie czegoś co wiecznie wydaje się nam potrzebne jakiś wiersz opuszczony na polu walki być może jest to codzienność odległy głos pierwszej tej wiosny burzy kolorowa tęcza spinająca twoje włosy z płytkimi wodami Zalewu Wiślanego zawsze obecność historii twarda i błyszcząca jak wpół oszlifowany diament trochę śmiechu i liryki kończy się przyjęcie powoli mrok nasącza się głosami odchodzących wiesz rozumiesz nie chcesz się z tym pogodzić oni nigdy tu już nie powrócą trzask zamykanych drzwi samochodowych pospieszny warkot silników cisza staje się purpurowa każdy ruch nawet obojętny wybucha niczym wiązka granatów dotykając swym oddechem nieba tylko nawoływanie śpiących w szuwarach mew może nas zranić bardziej od krzyczących brudem podmiejskich uliczek wypełnionych śliną błotem i niechęcią rozumiesz to odleciał ostatni tej jesieni anioł przez chwilę oglądasz zgubione przez niego pióro patrzysz z jakim przerażeniem opada przez twarde powietrze w dół ku ziemi morze podpala się jak rubinowy koniak wyrwane z głębokiego snu przeciera oczy tęskni za twoim oddechem złoceniami w kurzu plaży które pozostały od poprzedniego sztormu być może nie istniałaś w ogóle jak wszystko co przypłynęło do moich stóp a tylko przypadek lub wyobraźnia umówiły nas na tym łagodnym brzegu od którego odbijane fale napełniają mnie niepokojem większym niż rój pszczół atakowany przez szerszenie dlaczego wykrzywiasz wargi w tym smutnym zadumaniu zimowych sadów śniegu tropów wylękłych zajęcy jabłoni z powygryzaną korą wiecznie głodnej i zachłannej przestrzeni morza jego osierocenia i obojętności coraz więcej zmierzchu ostrożności ptasich odlotów do miejsc których nie ogarnia wyobraźnia być może wracają do wielkiej samotności puszystych lasów średniowiecza w ich oczach można przeczytać refleksy pożogi krwi próżności gnijącej jak stare grzyby na leśnej polanie ich zapach drażni sumienia ruch skrzydeł ma większe znaczenie niż utracone królestwa dlatego codziennie odnajdujemy w sobie inne choroby i inna modlitwa towarzyszy naszemu przerażeniu puka do zamarzniętej szyby na której od wczoraj pozostał jeszcze cień pełen szminki pudrów teatralnych rekwizytów ciepłego wnętrza garderoby w której można na chwilę się schronić i wtedy czujesz jak rdzewieją w tobie najodleglejsze nadbrzeżne wydmy Bałtyku widownia wypełniona tym smutkiem którego nigdy nie potrafimy zrozumieć ocenić jego dobrotliwości i obecności w nas kwiaty porzucone w kącie garderoby postrzępiony egzemplarz scenariusza pełen plam notatek i wiecznej tremy inspicjent zachrypniętym głosem znów wywołuje ciebie na scenę codzienność każe poprawić ci makijaż włosy wygładzić fałdy na spódnicy zapach kurzu tkwiącego w starych kurtynach wilgoć ciężką z dna piwnic może piekła ktoś płaczący ktoś śmiejący się w ostatnim akcie między kulisami pustą plażą i nadzieją wymarłą przed północą jesienną ulicą wiem znów zapomniałem o swojej roli krokach ustawionych przez reżysera scenografii całej tej dookolności komedii pewnego dnia spostrzegłem że ciebie nie ma na parapecie schły kaktusy dzieci sąsiadow jeśli nadal są dziećmi bawiły się z własnymi wnukami padał drobny deszcz wracały kutry z morza czułem na policzkach czyjś pospieszny wilgotny oddech za oknami wędrowało natchnienie smutne osierocone towarzyszył mu szept suflera trzask starych desek scenicznych i oklaski których nigdy nie potrafiłem zrozumieć |













