Pejzaż nadmorski
Zostawiła na wysokim brzegu sukienkę, pantofle, cywilizacje, obyczaje, zielone okulary, oczy ludzi, swoje popłochy i skupienia.
Leży na miałkich szeptach piasku. Jej pępek mruży się do słońca, jej sen odmierzają piersi zegary słoneczne. Morze podbiega do niej, jawnej, aby podglądać ich godzinę. Fala jej włosów wyrzuciła na brzeg spirale muszli: na jej widok rozwijają swoje ciasne skręty. Z rozrzuconych rąk wyrastają dwie strony wschód i zachód. Kolana wskazują na oślep, stoją w zenicie. Wiatr — przezroczysty cień — przemija nad nią nisko jak woda w wysokich brzegach. Ciemnieje u stromych zboczy nóg, jaśnieje między skłonami piersi, w przełęczy, gdzie się spotyka z jej nagim oddechem.
I wtedy właśnie wody uczą się od niej kołysania. A ona leży w miałkich szeptach piasku, ubrana w oddech morza, młodsza o tysiąclecia.
|
Preludium
Rozczesz włosy i już rozpuść albo upnij — i tak z nocą w jedną gęstwę się popłaczą. Na grzebyku twym zabrzdąkam jak na lutni moją nutę — szeptem, świerszczem brząkającą.
Oddaj grzebyk i już więcej włosów nie czesz. Niech się gwiazdy zbiegną do nas na nasz koncert, niech się jedna zabłąkana gwiazda wplecie w twoje włosy spadające, wzlatujące —
Na ich falach przeprawimy się dziś, żeby na ląd świtu dotrzeć przez zatokę srebrną. Oddaj grzebyk, moja gwiazdo, oddaj grzebyk. Rozpuść włosy. Upnij włosy. Wszystko jedno.
--
Bliskość niewidoma
Jestem Za blisko jesteśbym cię mogła widzieć mieszkasz w moich źrenicach tobą patrzę nie w ciebie
Raz zobaczyłam cię naprawdę
Z daleka przez szkło powiększające łzy
Odchodzę
Zostań bo nie chcę cię widzieć

|