Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Wiersze tygodnia:
T. Sobieraj, J. Klejnocki, Dariusz T. Lebioda


Bogumiła Wrocławska




Tomasz Sobieraj


Czternaście minut


Wiem
Podróże kształcą
Nawet bliskie
Jak ta wycieczka do Chełmna
Nad Nerem

Szeroka dolina
Na skarpie biały kościół
„Stacja obnażenia”
Matka Boska Częstochowska
Na głównym ołtarzu
Spogląda dobrotliwie
Mały jar
Oddziela świątynię
Od miejsca zagłady
Dwustu tysięcy

Witano ich serdecznie
Przed pałacem
Później szatnia w sali balowej
Wąski korytarz do łaźni
Na ciężarówce
Zgrzyt zamykanych drzwi
Kierowca wyrzuca niedopałek papierosa
Przekręca kluczyk
Przestawia małą dźwignię
Czternaście minut
Kąpieli w spalinach
I odchodach
Czternaście minut
Krzyków i torsji
A potem spokój
Już na zawsze
W pobliskim lesie

Wieczorem
Po ciężkim dniu pracy
W Sonderkommando
Piwo
Śmiech i wspólna fotografia
Na pamiątkę
Normalnie
Jak to
Po robocie

--

Tomasz Sobieraj

Wczesna jesień


Jesień tego roku
Przyszła wcześniej niż zwykle –
Gdzieś w połowie września

Zachodnie wiatry i obfite deszcze
Całymi dniami
Smagały ogród bezlitośnie
Siedziałem więc w domu
Czytałem Heaney'a
Słuchałem staccato rynien
Na zmianę z pieśniami Karłowicza

Ósmego dnia wyjrzało słońce
Dziwnie czerwone
Pewnie ze wstydu
Że dało się tak uwieść
Atlantyckim wiatrom
Znad Islandii

Pomimo starań upadłej gwiazdy
Powietrze tej jesieni było chłodne
Powoli jednak zaczynało nabrzmiewać
Zapachem zbutwiałych liści
I owoców
Leżących na trawie
Teraz ja dałem się uwieść
Niczym owad
Skuszony aromatem dojrzałych jabłek
Wyszedłem do ogrodu
Zjeść jedno
I zagrabić liście

--

Tomasz Sobieraj


Grób Komeniosa


To jest miejsce naszego odpoczynku
Być może nawet koniec całej wędrówki
Dotarliśmy do grobu poety Komeniosa
Na brzegu Morza Jońskiego

Grób prosty, oszczędny w formie
Owalny kamień i kamienne słowa na nim
„Tu leży Komenios, poeta niepokorny
Który ze słów uczynił zbroję
Niepokonaną przez barbarzyńców”

Patrzyliśmy na granatową wodę
Podobnie jak on, zanim postanowił
Odłożyć rylec i oddać się bardziej
Zmysłowej rozkoszy

Zostały po nim tomy poezji w bibliotekach
I ta gliniana tabliczka z ostatnim wierszem
Nieco pokreślonym
O pięknie ciała Demetriosa

Zdjęliśmy ubrania
Poszliśmy w stronę niespokojnej wody
Historia przecież
Nie musi się powtarzać

--

Tomasz Sobieraj


Absolutna doskonałość

I ujrzał  Atanazy jakby nie w naszej codziennej, poczciwej
a  w  jakiejś  psychicznie  nie-euklidesowej,  riemannowskiej
przestrzeni cały pokój jako jedną wielką świątynię dziwności.
Przedwieczna [...] harmonia absolutnej doskonałości objęła
cały świat.

S. I. Witkiewicz, Pożegnanie jesieni


Niekiedy
Nawet zwykły guzik marynarki
Staje się punktem absolutnej doskonałości
Takim A na płaszczyźnie l
Wcale nie najmniejszym i bezwymiarowym
Przechodzą przez niego
Wszystkie proste wszechświata
Wdzięcznie ocierając się o siebie
Ciepłymi udami
Dają tony – kawowe i herbaciane
Dyszą wilgotną czerwienią
Z domieszką fioletu
Zaś gdy z czasem
Obraz staje się n-wymiarowy
Jęczą w rozkoszy artystycznej destrukcji
Przywarte do siebie płaskimi brzuchami
Podziwiam je ze zrozumieniem
Patrzę godzinami
Potem znowu
Wracam do siebie

--

Tomasz Sobieraj


Cham w salonie

Na cóż czekamy, zebrani na rynku?

Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy. [...]
Barbarzyńcy, gdy przyjdą, ustanowią prawa.

K. Kawafis, Czekając na barbarzyńców


Jak zwykle po południu
Popijaliśmy w salonie herbatę
Ciotka
Podała biszkopty z konfiturami
Dziadek wyjął karafkę
I napełnił kieliszki
Nalewką na rubinach
(A może to były wiśnie)
Rozmawialiśmy o Renanie
Czytaliśmy Herberta
Lekki wiatr poruszał firanki
Z ogrodu
Dochodził zapach lawendy
Mieszał się z wonią dojrzałych śliwek
I świeżo startego cynamonu
Ze swobodną anarchią
Która przystoi jedynie bogom
I naturze

Witkacy skończył rysunek
„Słyszę kroki nadchodzącego chama”
Powiedział
„Czas podciąć sobie żyły
Zgodnie z teorią Czystej Formy
Żeby było artystycznie”
Dodał
Zapalając papierosa
Nikt
Nie potraktował go poważnie
Jak zwykle

Przy drugiej herbacie
Wszedł cham
Oczywiście bez pukania
Usiadł na sofie
Beknął
Zdjął buty
I zasmrodził cały salon
Napił się prosto z dzbanka
Ciekło mu po brodzie
Na dywan
Po nim weszli kolejni
Zachowywali się podobnie
Wszyscy
Krzyczeli o konstrukcji w procesie
Artystycznym geście
Tak zwanej awangardzie
Poezji lingwistycznej
I takich tam...
Gdy zaczęli bredzić o filozofii
I literaturze
Musieliśmy wyjść
Tego by nie zniósł
Nawet Sławomir Mrożek

Ukryliśmy się w domu nad jeziorem
Pośród starych drzew
Blisko mogił naszych przodków
Przyjaciół odległych planet
I wyznawców mądrości
Tutaj nas chamy nie znajdą
Boją się duchów
I piękna

 

JAROSŁAW KLEJNOCKI

Pośpiech

Nie bardzo rozumiem nie bardzo ale przeczuwam

galop kurzu pęd światła spadającą gilotynę

mroku szybkobieżne pociągi atomów zbyt

mrugające oczy bijące serca nieustanne kroki.

Majestatyczna planeta niewzruszone słońce dookoła

muzyka fatamorgany rzeczy zanim przerwę jego

życie pająk jeszcze trwa zasłuchany.

marzec 1992

(w: „Oswajanie”, Warszawa 1993)

 

--


JAROSŁAW KLEJNOCKI

Oda św. Hieronima
dla Marka


Moja mała ziemio Tyle cię pod stopami

(Tak niewiele Zbyt wiele) Gasną ostatnie

latarnie Teraz tylko ciemność Jadowita

Kusząca (a jednak a jednak) Moja mała

ziemio Nic nie wiesz Niczego nie słyszysz

Suniesz po srebrnej obręczy Tak bardzo

obojętna Tak bardzo wymarzona Śnią o

Tobie żeglarze Smukli astronauci Pielgrzymi

przemywają poranione stopy Moja mała

Ziemio (Moje niebo) Mój grobie

(w: „Reporterzy, fotograficy, zawiedzeni kochankowie”, Kraków 2002)


--


JAROSŁAW KLEJNOCKI

Trzy cnoty
(Budda mówi)
Oldze


Mój Mistrzu Ćwiczę przykładnie Robię co mogę

Cieszę się powodzeniem innych Płaczę z tymi co

cierpią Walczę z sobą by nie sprawiać bólu Staram

się zapominać o sobie Ale zmaza tkwi we mnie

Jest jak wiosenny wiatr doprowadzający do obłędu

Mój Mistrzu Widzę Nie ma tu miejsca dla mnie

Wygnaniec Taki los? I jeszcze ten strach jeśli

miałbym wrócić jako owad rozdeptany na ścieżce

(w: „Victoria. Wiersze ostatnie”, Warszawa 2009)


--


DARIUSZ TOMASZ LEBIODA

ROCZNIK  58


chłopaki z mojego rocznika tatuowali
sobie na ramionach stopnie wojskowe
nosili na szyi przedziurawione jednocentówki
na srebrnych łańcuszkach chłopaki z mojego
rocznika wiele trenowali często zmieniając                           
dyscyplinę rzucali oszczepem marzeń ponad
sto metrów pchali kulę woli szybowali
nad poprzeczką czasu a kto strącił lub 
spalił musiał próbować raz jeszcze chłopaki
z mojego rocznika znali telewizję i gagarina
czytali że kiedyś była wojna oświęcim i
śmierć a kto nie wierzył truł się gazem
dla sprawdzenia albo z miłości chłopaki
z mojego rocznika nosili wrangle i
drukowane w idee koszulki lubili pić
piwo i zdawać na studia często wieczorem
zbierali się razem przed blokiem by
naradzić się jak pokonać następnych parę                            
dni

--

DARIUSZ TOMASZ LEBIODA

PAMIĘCI JOHNA LENNONA


czytałem dzisiaj wiadomość w gazecie o szczęśliwym człowieku
który doszedł do czegoś i myślę że wiadomość była raczej smutna

padł strzał i zawirował świat ptaki sfrunęły z dachów
a na okładkach kolorowych pism już tłoczą  jego twarz

o gitarę ktoś oparł się i gitara się złamała

słyszę jak morze ludzi zbiera się by razem w wielkim tłumie
przejść przed oknami tych którzy nie czują się winni

ktoś włączył magnetofon i taśma się zerwała

padł strzał i zatrzepotał skrzydłami czas drzewa z
wysiłku zatrzeszczały a wielu na tym zbije szmal i
wielu na tym dom zbuduje tak jak już było nieraz

od kiedy pomarańcze dzieli się bagnetami od kiedy
jabłka z drzew strąca się z rewolweru

ktoś płyty kupił dwie a potem je przełamał

padł strzał i żółte łodzie się rozkołysały mówicie
żal mówicie pech mówicie nic poza tym a tutaj
trzeba płakać tak jakby ojciec nam umarł
a tutaj trzeba krzyczeć tak jakby nas samych
zabijali

I read the news today oh boy about a lucky man
who made the grade

--

DARIUSZ TOMASZ LEBIODA

KAMIENIE Z CENTRAL PARKU


przywiozłem z central parku garść kamieni
leżały w ameryce miliony lat czekając na
moją rękę

podniosłem je z ziemi i wsadziłem do
kieszeni

przeleciały ze mną przez
atlantyk

teraz leżą na półce
i na niej zostaną

dotykam ich
i myślę –

ile zdarzyło się w moim życiu ile razy
mogłem ich nie tknąć bity pałką
opluwany i oszukiwany
drżący i wychodzący
naprzeciw szaleństwu

myślę o swoim dzieciństwie o przyjaciołach
i wrogach z tej samej ulicy myślę o moich
miłościach narodzinach dzieci
o chwilach głodu
i zaspokojenia

kamienie z central parku
takie ciepłe i takie
zimne

niczym ludzie – tacy żywi 
a później tacy martwi


2000

--

DARIUSZ TOMASZ LEBIODA

MONETY CHIŃSKICH CHŁOPCÓW


trzej chłopcy w równym wieku patrzyli
na mnie z zaciekawieniem –

zrobiłem im zdjęcie i dałem każdemu
pieniążek z dalekiego
świata

uśmiechnęli się i skoczyli jakby
trafiła się im fortuna

– niedługo odjadę z państwa środka
i może nie wrócę tu nigdy –

malcy schowają monety pośród
swoich największych skarbów

a wiele lat po mojej śmierci może
jeden z nich zostanie poetą
i napisze wiersz

o człowieku który dał mu
błyszczący pieniążek

i odszedł tak
jak wszyscy

odchodzą

Huangyuan 2009

--


Tomasz Sobieraj


Łatwość


Jakie to łatwe!
Chwyciłem krzywą
Z gwiaździstego nieba
Taką zwykłą
y = ax2
Zawieszoną bezpańsko
Między Wenus
A nosem Wielkiej Niedźwiedzicy
I z gracją podzieliłem
Na nieskończoną liczbę
Zupełnie prostych odcinków
Idealne pochodne
Rozpierzchły się
Po nieboskłonie
Chichotały
Jak małe dziewczynki
Próbowałem je uporządkować
Siłą rozumu i woli
Ale tylko czasem
Udało mi się stworzyć piękno
Bryły o tysiącach ścian
Niekiedy regularne wieloboki
Jednak nic równie doskonałego
Jak ta krzywa
Nie powstało
Nawet filozofia mi nie pomogła
W tworzeniu
Musiałem
Poprosić Boga o pomoc
A on
Tylko skinął ręką
I już...
Wrócił porządek



Bogumiła Wrocławska


A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

 

 

Sylwetki poetyckie pod redakcją Tomasza Sobieraja

 

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli