Andrzej Dębkowski
- urodzony 29 stycznia 1961 roku w Zelowie, gdzie nadal mieszka i pracuje.Poeta, publicysta, krytyk literacki, wydawca. Studiował w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Redaktor naczelny „Gazety Kulturalnej”.
Poezja A. Dębkowskiego to pełna pytań i wątpliwości próba bardzo osobistego rozrachunku ze światem. Jego utwory przeważnie mają formę egzystencjalnych rozważań, często nawiązują do historii, dzieciństwa, uczuć i marzeń; opisują życie i otaczający świat w sposób subtelny i poważny językiem sugestywnym i prostym, unikającym nadmiaru metafor. A. Dębkowski jest również autorem prozy poetyckiej oraz licznych felietonów, tekstów krytycznych i wywiadów z poetami.
|
List do Ojca Grzechy
jest w naszym wnętrzu kilka prawd: jedno znamię tajemnicy dwa szepty metafizyki zapach humanizmu
ale tak naprawdę to tylko pozór fałszerstwa nieoszlifowany diament nienawiści
jestem niewolny albowiem zguba świata zaczyna się od wschodu słońca a niesprawiedliwość szuka pocieszenia w przelanej krwi
Mijanie
czasem myślę – minął bezpowrotnie czas kiedy otwierano dusze strzeżone przez boską fantazję
dlaczego nie jesteśmy ptakami
one wiernie służą powietrzu trzepocą skrzydłami w rytm niegdysiejszych układów raz w tę raz w inną stronę czasami na oślep ale mkną coraz wyżej i wyżej bez końca
* * *
... wyruszyć ku gwiazdom? Nie, nie zamierzam. Miałem, co prawda, kilka podobnych pomysłów, ale nie jestem fantastą. Interesuje mnie człowiek w realnym świecie. A ponieważ zostałem pozbawiony prawa do własnego wyboru, nie ma we mnie już tego żywiołowego zapału, że można jeszcze zrobić coś, co przetrwa, co zintegruje ludzi do wspólnego zaangażowania w sprawy najistotniejsze – w bezinteresowność. Pozostało tylko przyzwyczajenie, nawyk, obowiązek.
Wszyscy jesteśmy jak mrówki. Po prostu przyjęto nas do wiadomości. Ten stan skończy się za chwilę, godzinę lub rok, kiedy nas zadepczą. Bo w końcu takie jest życie mrówki.
Zelów, grudzień 1997 r Słowa, które wypowiadamy
pastelowy bukiet jesiennych deszczy z wonią milczenia i z gęstwiną bezradności dostałaś dzisiaj na kolejną rocznicę zwierzęcych odruchów
w gruncie rzeczy nic się nie stało
na wzgórzu z którego wysokości rozłożyły się jak na dłoni czarne ulice po których niesiono nasze tajemnice przechadzają się słowa
nie dojrzeliśmy jeszcze do milczącej formy spowiedzi
z gorzkimi minami zawieszeni między pustymi proroctwami (obietnicami) epoki udajemy półprzytomnych
słowa które wypowiadamy wyśmiewają wewnętrzne wyroki ostrożnie odbierają niespełnione nadzieją złe przeczucia a każdy człowiek chce zostawić ślad łyk bólu garbatą gorycz to wszystko bo nie potrzeba więcej Uspokojenia
a teraz nie jestem pewien że niebo już błękitnieje że starcy załamują kościste ręce szukają jakiegoś wyjścia czasem umierają
kto ich usprawiedliwi od kłamstw i oszczerstw
przyjaciel obiecał zastanowić się nad tym . Notatka Moje życie. |
Sugestie Odchodzenie
Babci Anastazji
Czasem chciałbym spędzić noc i nie obawiać się jutra. Nie myśleć, że być może ktoś ode mnie oczekuje odpowiedzi.
Każda rzecz, która istnieje, ma w sobie jakąś rację bytu. To już kolejny dzień, kiedy zmagam się z ogniem przeszywającym trzewia.
A jeszcze niedawno piłem amerykańską whisky i karmiłem umysł czytając Thomasa Mertona.
Widziałem wtedy kamienie, które raniły stopy niewiast. W oknach starych domów widziałem ciepłe ogniki świec rozświetlające drogę, którą wędrowali pielgrzymi, aby ucałować święte relikwie. Kiedy wracali, utrudzeni wieloletnią tułaczką, wstępowali do mnie i wręczali mi fragmenty przeszłości, a ja trzymałem je w dłoniach i patrzyłem na nie uważnie. Każdy był w innym kolorze, ozdobiony wschodnimi ornamentami i lekko falował. Przyglądałem się jego niewinnym ruchom, a później kładłem obok siebie - na łóżku - i płakałem, aż do zaśnięcia.
Więc moja podróż dobiega końca? Jesień prosi mnie o chwilę rozmowy?
Przytulcie mnie do drzewa, obmyjcie wodą z górskiego strumienia, a na grobie złóżcie kawałki nieba, które wciąż trzymam w kieszeni starego płaszcza.
Jak opowiedzieć niewypowiedziane? Jak zebrać z pól życia resztki ziaren rozsiewanych sękatymi rękami bólu i złożyć w mogile nadziei?
Zelów, 6 października 2010 roku Odchodzenie II Wojciechowi Siemionowi Pamiętasz bosego chłopca pochylonego nad książką, gdy podkradał rozwiane Kresami słowa. To wszystko stało się zanim księżycowy uśmiech przeżył przypomnianą legendę zmarłych lat. Od stuleci nadal wszystko dzieje się niby w próżni. Jakiś dławiący się sobą staruszek o sękatych palcach i rzadkich, rozrzuconych włosach, parę razy szamotał się bez próby wypowiedzi – w milczeniu. Domki małej wioski, do której tak chętnie wracałeś wyglądały nie tylko jak wygłodniałe ciała przedmieść, ale i jak łąki pachnące, roszone poranną mgłą, i te sosny, i brzozy powtykane później w piaszczyste grunty mazowieckiej ziemi, na której stałeś, jak na dziedzińcu brukowanym z kości swoich przodków. A przecież jeszcze niedawno spijaliśmy rozmowy bez słów i karmiliśmy nasze umysły wiarą, że sztuka nie umrze. Więc nie rozumiem dlaczego robotnicy spieszący na pierwszą zmianę obiecują zwątpienie i usprawiedliwiają się tylko przed sobą, chociaż ty powtarzałeś: jestem rozgoryczony gdy widzę jak wszyscy którzy ujrzeli światło wolności w dalszym ciągu więzieni są w wiecznym odradzaniu. Wszyscy jesteśmy umierającą, półnagą grudką ziemi – nikt nie wie, że najpiękniejsze kształty słowa szukają ocalenia przed prawdą. Zelów, kwiecień 2011 Wieczorna podróż do bramy smętnej pieśni aby pozbierać proch rozsypany przez wiatr
idę próbuję zapamiętać ulicę po której bose nogi depczą głęboką noc
przez niezasłonięte okna zaglądam ludziom do ich mieszkań drażnię ich chociaż oni tego nie czują przesiąknięty szaleńczym mrokiem otacza mnie pejzaż spragnionych serc
na tej samej ulicy chora dusza zieje nagością leży na chodniku nikt jej nie prosi do środka pozwala popłakać zapalić świecę posadzić dzikie trawy na jej własnym grobie
człowieku wybacz samotności że towarzyszy ci w drodze – a ja to wszystko widziałem
Wolność
zatrzymany w połowie drogi do celu – geniusz dusi się swoją słabością
w milczeniu pod ścianą własnego domu rozkłada kolorowe lampiony licytuje udziały zarobione w wymęczonych nieprawościach
jego krótkowzroczność zabija odwieczne tajemnice
na gruzach upartej historii składa jałmużnę z przegranych dni i zwyczajnych nadziei |













