Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Wiersze tygodnia:
Katyń 1940, Smoleńsk 2010


Bogumiła Wrocławska



Bohdan Wrocławski


Smoleńska mgła



Mgła nad Smoleńskim lotniskiem nadal nie opada

staje się trwała jak wszystkie instytucje państwowe

które odznacza się w dni świąteczne i tylko pogrzeby

wyzwalają nasze myśli



wciąż jeszcze pozbawiane wolności i wyobraźni



powoli przechodzimy wzdłuż ściany płaczu

słychać łkanie małego dziecka



to my wiecznie głodni szukający drogowskazów

my dzieci Szopenów Norwidów Fieldorfów

tych których pamięć śpi zasypana

wieczną zmarzliną Syberii

i niedoskonałości

wolno przesuwamy się

wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia

aż po sam kraniec naszej samotności bólu

którego nie potrafimy jeszcze zrozumieć

ale który zawiązał nasze myśli na stałe



ogrzewam dłonie

kubkiem z ciepłą herbatą wlaną z termosu

jest słona tak jak wyłkana samotność

łzy które pozbawione naszej obecności

zaczynają własne dorosłe już życie



tymczasem ktoś gra na skrzypcach

podnosisz oczy do góry

patrzysz skąd dobiega ten dźwięk

nie dostrzegasz nikogo

kilka chmur dach Dziekanki szept modlitwy

ktoś otwiera ramiona szeroko

rozumiesz to Wisła zmęczona wędrówką

omija Wyspę Sobieszewską

i wpada do wiecznie głodnego morza



tak kończą się nasze niepokorne sny



Nadzieje

Samotność



Ale teraz wiesz rozumiesz dostrzegasz to

obok ciebie są tacy sami jak ty

ci których ustawicznie pozbawiano sensu istnienia

Jesteście razem

Nareszcie razem



Blisko chmur zawiązujących muzykę skrzypiec

delikatność westchnień



Widzisz małą rudą harcerkę

Odbiera od ciebie kwiaty

i światełko twojej nieobecności

Ustawia je wśród innych dziesiątek setek tysięcy

Jest tak wspaniała

jak najczystsza pierwotna pieśń skalnych pieczar

W których samotności płonęło ognisko

zakreślające krąg ciepła i bezpieczeństwa



To nasz dom

Dom człowieczej pamięci skromności i potęgi



Nadal patrzysz na harcerkę 

kiedy uśmiechnięta odgarnia opadające włosy

Oświetlają ją płonące znicze

I najczystsze ludzkie spojrzenia



Przyznaj

Jesteś wzruszony

Wzruszony tym

że nie było ciebie tu wczoraj i jeszcze wcześniej

A tylko twoja wyobraźnia otworzyła się

przy tej natchnionej muzyce skrzypiec



Która już na stałe zamieszkała w tobie

--


 

Irena Knapik-Machnowska

Niespodziewany znak


Pamięci Pasażerów
tragicznie zmarłych
w katastrofie  lotniczej
10 kwietnia 2010 roku

Jeszcze jedna tajemnica
spowiła mgłę
nad Lasem Smoleńskim
by otworzyć
okno na świat
o mrocznej
historii  Lasu Katyńskiego
sprzed  siedemdziesięciu lat

Jeszcze jeden moment
zaznaczył świętość
tego miejsca
i życia Cieni
spełnionego
w Ojczyźnie

Niespodziewany znak
odsłania historię wypaczeń
niewygodnym zdarzeniom
nadając  nowe znaczenie

Gdańsk, 11 kwietnia  2010 rok       

--

Aldona Borowicz

 

To nie ja jestem sumieniem historii


A jednak sen  nie przychodzi z pogodą ducha
borges twierdzi że ta radość pierwsza gdy ujrzy nagle światło
Oto laska dłonią trzymam żywy płomyk lampy
tę moją morską latarnię życia
jakże pulsuje w skroniach poprzez mroczne horyzonty w źrenicach
i śnieg też  niby bielszy od  rybitwy
której śmierć oglądałem  niegdyś na plaży w mar de la plata
Nie można wyrwać z pamięci chwastów i odejść gdziekolwiek
jak długo trzeba jeszcze uciekać od przeżytej przeszłości
i być samotnym  pośród  tych wielkich cmentarzy bez  nazw
nawet gdybyśmy wierzyli nadal w stuletnią samotność albo reinkarnację
bieg historii wraca jak rzeka do swoich dolin
i choć są miejsca o których  mówić nie wolno
ta staruszka przeczekała  na Powązkach  już  swą młodość
opadła liściem na groby trzydziestoparoletnie  jest ich krzyżem
lecz ty przechodniu spójrz zatrzymaj oczy w płomieniu świec
i nie odchodź w milczeniu
bo ta radość  jej pierwsza gdy przestanie być samotna w cierpieniu
i to nie ja jestem jej sumieniem ni solą w kamiennym oku
tyś sprawił Stwórco że należę do tych których się lękam
któż ustanowił prawa o milczeniu w zamian  za miłość bliźnich
Przemówmy wreszcie
i idźmy na spotkanie cieni z grobów trzydziestoparoletnich
i cóż łączy Powązki Starobielsk Kozielsk i Mar de La Plata
Jedynie wielkie zapomniane cmentarze bez nazw

16.11.81

--

Wiesław Ciesielski

Mój Katyń


Cogito ergo sum,
wypowiedział myśliciel
trzymając czaszkę w dłoni
i jakie było jego zdziwienie,
gdy ujrzał dziurę w potylicy.


Mój Katyń to pożółkła fotografia
i metalowy guzik z orzełkiem
w koronie.



Mój Katyń to jeszcze jedna
rana Chrystusa,
z której nigdy nie przestanie
płynąć krew.



Mój Katyń to szyderstwo tych,
którzy jako zdrajcy
kładą wieńce pod krzyżem.



Mój Katyń to ciągłe kłamstwa
i pijana twarz Kwaśniewskiego.



Mój Katyń to cierpienie tych,
którzy pozostali na Wschodzie
w nędzy i zapomnieniu.



Dubito ergo cogito przez tyle lat
nadawało sens
życiu.



I na koniec…
Mój Katyń to rana lotniska
pod Smoleńskiem, która pękła światłem.



Puściły szwy tak misternie tkane
przez przemilczanie.

--

Grzegorz Walczak


Twarda ziemia
(smoleńska piosenka)

Czasem droga bywa bezpowrotna.
Nie wiesz tego, że ostatni raz
zaglądają w samolotu okna
białe chmury jak aniołów las.
Gdzieś na dole coraz mniejsze domy
odlatują. Miasto znika już.
Czemu serce mi na alarm dzwoni?
Czy opuścił mnie dziś Anioł Stróż ?

Leć mój ptaku
przez prerię nieba
na skrzydłach wiatru,
gdzie obca ziemia
ukryła w sobie
ból naszych wspomnień         
i łzy.

Czas powrócić do swojego gniazda.
Przyszła wiosna, ustępują mgły.
Czemu ziemia dzisiaj taka twarda?
Nazbyt twarda. Już nie wróci nikt.

Panie mój,
daj jeszcze żyć,
daj drugi krąg

słonecznych dni.
Niech będzie dom
i syn mój w nim,
i żona, Panie,
daj jeszcze żyć.

Leć mój ptaku
przez prerię nieba
na skrzydłach wiatru,
gdzie obca ziemia
ukryła w sobie
ból naszych wspomnień
i łzy.

Leć mój ptaku
przez łąki ciszy,
gdzie żadna brzoza
nie dotknie skrzydeł,
nie zgasi życia
w kwietniowym świcie
we mgle.   

--

 

A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli