Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Wiersze tygodnia:
J. Żernicki, B. Urbankowski, A Dębkowski


Bogumiła Wrocławska




Janusz Żernicki


Wiem, wielu mężczyzn przeszło


Wiem, wielu mężczyzn przeszło, lecz ja gdzie

indziej prowadzę,

— Jeśli wzrusza mnie twoja bielizna,

nazywaj to lilią —

Każdego z nich wyminę przez spienione lustra;

szłaś ku nim szpilki z włosów wyjmując

i zwilżając usta.

— Ten tętent, gdy z jaskiń narasta, ja

je malowałem —

Kryjąc zmarszczki, papierosa szukając poza

kołdry krawędzią,

spróbujesz się wymknąć jeszcze, oddalić w nie

moją przestrzeń.

— Ja tam już byłem, wśród chmur,

co na zachód pędzą —

Zrozum, ja stamtąd wracam — nie — wracam,

strącony w sen.

--


Janusz Żernicki


Z autu


Trzeba się spieszyć. Idzie wiatr. Klacze ślizgają się po bruku.

Jeszcze ciepłe od jego rąk uda ledwie ze snu wyjęte

podcina deszcz. Sukniom przydaje świadomości.

Trzeba się spieszyć. To męczące tak iść. Padł to padł.

Akteon nigdy nie znał własnych psów. On też.

Trzeba się spieszyć. Na rogu jest knajpka. Tam wejdź.

Wdowa też tam będzie — pójdziesz z nią do domu.

Ona to będzie robić tak, jak nie robiła tego nigdy.

Ona to będzie robić tak, jak nie robiła jeszcze.

Och, ona to będzie robić tak,

aż się wieczność objawi nagle przelotnym deszczem

u pokąsanych twoich warg.

 

--

Janusz Żernicki


Gwiazdo, która w łagodny


Gwiazdo, która w łagodny wprowadzasz dryf,

ławice moich mięśni po spełnionej miłości,



gdyby nie natręctwo

z jakim odsłaniasz na mgnienie

— w przesiece czasu, w pergolach zatrzymanych świtów,

niepokojąco ssący zarys moich własnych brzegów —

zapomniałbym o morzu.

--


Bohdan Urbankowski


Wakacje kochanków


Wakacje kochanków rzadko wypadają w niedzielę
często spóźniają się na lato na młodość, Kochana  -
wakacje kochanków
wypadają w ósmy dziewiąty
w jakiś niemożliwy dzień tygodnia

i w jakimś niemożliwym
niemożliwym do odnalezienia
kurorcie na drugim brzegu miasta
w pałacu o pięknej nazwie
,,Hotel Miejski" albo nawet ,,Kosmos".

To nie pokój hotelowy, Kochana
to wyspa pełna słońca, tak bardzo bezludna,
że można biegać boso, całkiem boso - jak dzieci -
po zielonej trawie dywanów.
To nie obraz, kochana, to okno
te drzewa malował Gauguin
gdy był tak szczęśliwy, że aż płakał.

Wakacje kochanków rzadko
wypadają po roku pracy, po tygodniu
czy po czymkolwiek, Kochana  -
są wciąż

towarzyszą naszym dniom jak morze którego brzegiem idziemy
towarzyszą naszym dniom jak światło


--

Bohdan Urbankowski

Dżajpur, z tysiąca i jednej noc pierwsza.


Boso, trzymając się za ręce, biegniemy,
przez fale światła, biegniemy,
jak przez rzekę, która zalewa podłogę sypialni,
już pali nasze stopy, kolana, biegniemy,
jakby kołyszące się bliżej i bliżej łoże
było łódką -  -
nie dobiegamy
upadamy w światło, uderzamy,
o twarde, pulsujące dno rzeki,
nie, nie czujemy bólu, radość,
wyrzuca nas ku światłu,
usta łapią powietrze, coś krzyczą,


nie rozumiemy ale zachłystujemy się blaskiem,
zalewa nas następna jeszcze wyższa fala,
skurcze rąk, nóg otulających się w ostatniej chwili - -

Nad ranem rzeka odpływa, światło
porzuca nasze ciała na znikającym brzegu nocy,
z wilgotnej podłogi sypialni
podnosimy się – ciężko dysząc – wędrujemy
trzymając się za ręce, obejmując,
wędrujemy zmęczeni w stronę łódki,
która osiadła na białych piaskach świtu


Hotel Paradiso, 8/9 XI






 

Bohdan Urbankowski

Trzecia miłość



Trzecia miłość - ta mądra
znająca wszystkie chwyty, umiejętnie
podkreślająca swą urodę szminką

Trzecia miłość
nie bojąca się ciąży brzydoty ostrych słów
tnących twarze jak zmarszczki
Nie grożąca już śmiercią
Nie pragnąca nieśmiertelności

Ale to nie jest trzecia miłość, Kochana
ani nawet druga. Z niepokojem
patrzący w lustra i oczy w których dogasa płomyk kolejnego dnia
jak
jak damy sobie radę
z tą nagłą  pierwszą miłością ?

Jak odważymy się całować w parku
przytulać w tańcu
wśród par
młodszych, zgrabniejszych niż my  -  -

Jak odważymy się być młodsi od nich ?

Jak odważymy się być najpiękniejsi ?

Z niepewnym krzykiem, jak tonący
opadamy spleceni nogami

o świcie
morze wyrzuci na brzeg nasze ciała
martwe
czy już nie bojące się śmierci ?


--

Andrzej Dębkowski


Kamienie życia




Kim byli ludzie,

którym zawdzięczamy przyjście na świat?

Wrodzone zdolności,

rysy twarzy –

skąd się wzięły?

W młodości nie zastanawiamy się nad tym.

A później,

kiedy odejdą już dziadkowie i babki,

kiedy odchodzą

– nim się zdarzyło wypytać –

ojcowie i matki,

nagle zdajemy sobie sprawę,

że w wieku informacji

można zdobyć wiadomość z dowolnej dziedziny,

oprócz elementarnej

– skąd jestem.

To nasi przodkowie,

usiłując przeniknąć wzrokiem daleką przyszłość,

mogli zaledwie snuć przypuszczenia.

Ale my o nich moglibyśmy naprawdę coś wiedzieć.

Pełni poczucia wspólnoty i zdziwienia

– czyżby wszyscy wyszli stąd,

z tego na wpół zniszczonego domu? –

chodzili dookoła,

zaglądali przez okna,

wsłuchiwali się próbując zrozumieć to,

czego nie da się zobaczyć

– bieg czasu.

Kto nie pamięta przeszłości,

ten nie ma przyszłości,

choćby powtarzał wciąż te same słowa.

Różne kamienie spotyka człowiek na drodze życia.

Jedne usuwa z pola,

inne gromadzi,

żeby zrozumieć, żeby zbudować dom.



Kamień jest twardy i wieczny.

--

Andrzej Dębkowski


***




Co by było, gdyby Bóg nie zmiłował się nad galaktyką?

Anioły filantropii, jak ćmy, na rzeź, pod latarnie.

Kapłani w mercedesach mówią o własnej biedzie.

Zasłużeni dla mas, w perspektywie odpłatnej zasługi,

grzeszą obecnością na balach sprzeczności.

Dygnitarze rozwieszają nad światem

chorągwie nihilizmu.

Profesorowie bez tożsamości wzajemnych przekonań

wykorzystują ludzką odrębność -

mówią, że świat przestaje istnieć.

Pisarze w dziurawych butach rozkwitają cyklamenem:

rym, rytm, kaprys utopii, pióro bez atramentu.

Idą w szeregu.

Jeden - z prawdy naszego życia,

drugi - wzmaga swoją obecność poza własnym cieniem,

trzeci - jak magnes przyciąga, w imię sprawy przegranej,

czwarty - jak drogowskaz na ziemi niczyjej,

piąty - noblista,

szósty - grafoman...

Rzeczywistość składa się z niewidomego wnętrza -

jeśli założymy, że poezja musi dawać nadzieję.



A ja. Jestem tutaj.

Paradoksalnie uwiarygodniający swoje wiersze

nieustannymi zapewnieniami, że twierdzenie

o śmierci poety i poezji jest bezsensowne.

 

A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

\

 

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli