|
Wiersze tygodnia: Janusz Żernicki
--
--
|
Bohdan Urbankowski Trzecia miłość Trzecia miłość - ta mądra znająca wszystkie chwyty, umiejętnie podkreślająca swą urodę szminką Trzecia miłość nie bojąca się ciąży brzydoty ostrych słów tnących twarze jak zmarszczki Nie grożąca już śmiercią Nie pragnąca nieśmiertelności Ale to nie jest trzecia miłość, Kochana ani nawet druga. Z niepokojem patrzący w lustra i oczy w których dogasa płomyk kolejnego dnia jak jak damy sobie radę z tą nagłą pierwszą miłością ? Jak odważymy się całować w parku przytulać w tańcu wśród par młodszych, zgrabniejszych niż my - - Jak odważymy się być młodsi od nich ? Jak odważymy się być najpiękniejsi ? Z niepewnym krzykiem, jak tonący opadamy spleceni nogami o świcie morze wyrzuci na brzeg nasze ciała martwe czy już nie bojące się śmierci ? -- Andrzej Dębkowski Kamienie życia Kim byli ludzie, którym zawdzięczamy przyjście na świat? Wrodzone zdolności, rysy twarzy – skąd się wzięły? W młodości nie zastanawiamy się nad tym. A później, kiedy odejdą już dziadkowie i babki, kiedy odchodzą – nim się zdarzyło wypytać – ojcowie i matki, nagle zdajemy sobie sprawę, że w wieku informacji można zdobyć wiadomość z dowolnej dziedziny, oprócz elementarnej – skąd jestem. To nasi przodkowie, usiłując przeniknąć wzrokiem daleką przyszłość, mogli zaledwie snuć przypuszczenia. Ale my o nich moglibyśmy naprawdę coś wiedzieć. Pełni poczucia wspólnoty i zdziwienia – czyżby wszyscy wyszli stąd, z tego na wpół zniszczonego domu? – chodzili dookoła, zaglądali przez okna, wsłuchiwali się próbując zrozumieć to, czego nie da się zobaczyć – bieg czasu. Kto nie pamięta przeszłości, ten nie ma przyszłości, choćby powtarzał wciąż te same słowa. Różne kamienie spotyka człowiek na drodze życia. Jedne usuwa z pola, inne gromadzi, żeby zrozumieć, żeby zbudować dom. Kamień jest twardy i wieczny. -- Andrzej Dębkowski *** Co by było, gdyby Bóg nie zmiłował się nad galaktyką? Anioły filantropii, jak ćmy, na rzeź, pod latarnie. Kapłani w mercedesach mówią o własnej biedzie. Zasłużeni dla mas, w perspektywie odpłatnej zasługi, grzeszą obecnością na balach sprzeczności. Dygnitarze rozwieszają nad światem chorągwie nihilizmu. Profesorowie bez tożsamości wzajemnych przekonań wykorzystują ludzką odrębność - mówią, że świat przestaje istnieć. Pisarze w dziurawych butach rozkwitają cyklamenem: rym, rytm, kaprys utopii, pióro bez atramentu. Idą w szeregu. Jeden - z prawdy naszego życia, drugi - wzmaga swoją obecność poza własnym cieniem, trzeci - jak magnes przyciąga, w imię sprawy przegranej, czwarty - jak drogowskaz na ziemi niczyjej, piąty - noblista, szósty - grafoman... Rzeczywistość składa się z niewidomego wnętrza - jeśli założymy, że poezja musi dawać nadzieję. A ja. Jestem tutaj. Paradoksalnie uwiarygodniający swoje wiersze nieustannymi zapewnieniami, że twierdzenie o śmierci poety i poezji jest bezsensowne.
|
A MOJE 88 URODZINY
Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.
I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.
Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.
Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.
Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.
POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU
Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,
Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.
Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.
Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.
Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.
Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.
W WARSZAWIE
Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?
Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?
Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.
Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.
Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,
Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.
Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.
ARS POETICA?
Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.
W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,
/ że w nas jest,
więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.
Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.
Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem
/ języków,
a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?
Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.
Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.
A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.
Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.
Berkeley, 1968
\













