Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki


Wiersze Tygodnia - Bohdan Wrocławski

Posłuchaj wierszy - czyta autor.

 



 

Pejzaż z mężczyznami przed sklepem

Markowi Różyckiemu jr.

Mężczyźni siedzą przed sklepem
najczęściej mają mocno pochylone głowy
nie widzą światła są jakby pokryci lodem

Nie rozmawiają o przemijaniu – ponieważ oni wiedzą
że ich przemijanie nie ma żadnego uzasadnionego sensu

Są starzy i młodzi
ale ich młodość zatoczyła już tak dalekie kręgi
że sami  nie potrafią jej dostrzec a tym bardziej zapamiętać

Za granicą ostro zarysowanego nieba jakiś anioł
sufler w podartych spodniach dżinsowych wypowiada gniewne słowa

nikt nie chce ich słuchać

anioł otrzepuje przetłuszczone pióra
unosi je do góry być może w modlitwie szuka swojego pana Boga

Zbliża się południe
malutkie chmurki  unoszą się coraz wyżej i wyżej puchną od upału

ale im siedzącym niebo wydaje się aż nazbyt szkliste
aby mogli w nim jeszcze coś przeczytać



Filip Wrocławski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pejzaż z kobietą w tle

Na klifie stoi kobieta
patrzy w dół
Zachodzące słońce
czerwieniejąc oświetla jej profil

Kobieta unosi dłonie
być może modli się

z daleka odgaduję jej wilgotny oddech

Na piasku plaży podryguje kormoran
z złamanym skrzydłem

kona tak od kilku godzin

Widzi obojętnie przelatujące nad nim mewy
Kutry odbijające się od fal
i rybaka unoszącego
ciężkie wiosło nad jego głową

Kobieta opuszcza dłonie
Odchodzi w głąb lasu

Słońce prostuje promienie na jej profilu


Filip Wrocławski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


To coś


To coś co jeszcze do dziś nie jest całkowicie czytelne
pewnego dnia wyszło z morza na brzeg
niektórzy mówią
że było to nasze przerażenie
zmatowiałe i i pragnące spokoju
w miejscu i środowisku zupełnie dla siebie nieznanym
Panował upał
i fakt ten był najgorszym z możliwych

Ale jeśli dziś powiem że panował mróz
w niczym nie ulega zmianie
ciąg logicznego zdarzenia

Głębia oceanu boleśnie znana
doświadczała to coś jeszcze okrutniej
trwała tam transmisja grozy
być może śmierci
dlatego zapewne to coś
postanowiło zostać na brzegu
bo tylko nieuchronne
przywołuje nas w miejsca zupełnie nieznane
i wyzwala w nas siły których w sobie zrozumieć nie potrafimy

Każdy obszar miedzy mrozem i upałem
jest obszarem do zapisania
literka po literce słowo po słowie
cierpliwość do cierpliwość

zdanie aż do ostatniego westchnienia

Filip Wrocławski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jałmużna


Prawdopodobnie tego roku nie było lata
nikt nie wyznawał sobie miłości
na brzegach opuszczonych przez historię jezior
nikt nie podróżował
po oceanach  

zagubione morza  i rzeki
na moment przestały oddychać

ich oczy przysłaniały słone mgły
bezsilność
twarde cienie linii papilarnych

każdy ruch fal był nie do odtworzenia
jego geometria pulsowała
na najłagodniejszych stokach słońca
i księżyca

budziła nas

wiecznych wygnańców i podróżników

niezabliźnione rany świata
stały się jeszcze bardziej
przerażone
gorzkie od żalu
bezbronności

krzyku myszołowa
który spadał w dół niczym sierpniowa gwiazda

tak płaczą niemowlęta
pozbawione nadziei i zapachu matki

tak z pieśnią odchodzą mężczyźni
w ostry zapach krwi
pożogi sentymentów

zaciskając w dłoniach
ostatnie fragmenty
uciekającego pejzażu

w miejsca w których kobiety
nie mogą dostrzec ich łez

tak też rodzimy się i umieramy
wieczni obrońcy twierdzy Eleazara

wzbierają w nas
wulkaniczne popioły
łagodne niczym nieposkromiony zapach śmierci

płonących świec
kamyków układanych jeden obok drugiego

widać zasychające w nich żyłki niepamięci
wodospady pozbawione oddechu i radości

stare  spróchniałe pnie
echo
leżące w poprzek drogi
którą musimy przebyć
ich
światło
przemierzające nasze aorty

peryferie
nabrzmiałych od pożądania ciał

gdzieś w odmętach wszechświata
na jego najbardziej zarysowanej krawędzi
ciągle śpią nasyceni krwią legioniści Flawiusza Silwy

wydaje się
że wraz z nimi
cały świat zasnął w ogromnym spokoju

granitowe bloki uniosły deszczowe niebo
wyżej niż sięgają największe pragnienia
zagubionego na pustyni wędrowca

nikt nie płakał nie śmiał się nie tańczył
wszystkie pragnienia ziemi
przybrały wyraz twarzy żebraka

któremu wieczność ukradła jałmużnę

 

Filip Wrocławski

Na plaży w Kątach Rybackich


Otwieram powieki
być może otwieram je zbyt często
tak jak zbyt często ogrzewam dłonie
kubkiem gorącej herbaty nalanej z termosu
błądząc po zupełnie wyludnionych plażach
Mierzei Wiślanej

myślę to twoje oczy dłonie czoło
z kropelkami potu
codzienne unerwienie liści dębu
pełne  niecierpliwości w otwartym horyzoncie

i wtedy wiem
jeszcze żyję
ja
fragmenty niedokończonej symfonii
szkic obrazu z odpryskami nadziei
i wieczności

ja
krzyk powalonych
jesiennym huraganem buków

na skraju lasu spowiadają się
różnokolorowe kwiaty szpilki ostów
bramy zarozumiałych żółcieni a czasami
coś wewnętrznie drgającego

jakaś zupełnie nieczytelna plama
pejzaż ukrytych westchnień
czyjś śmiech czyjaś powaga w cieniu konfesjonału
rozchodząca się w przestrzeni  ciała

zazwyczaj wtedy
kiedy twardy sen odwiedza schnące na palecie farby
mdły smak terpentyny
całego podniebienia
ustawiczna geografia twarzy piersi podróży
zawerniksowane  dłonie

jakieś tło którego nie można natychmiast przeczytać
wyróżniające się dramatem
biegnące w poprzek zdania
przez ścierniska, wypalone łąki
ciężki lot bażantów
wreszcie zapomniane młodzieńcze marzenia

znów ja
latem pod grubym kasztanowcem
którego cień
onieśmiela mnie bardziej niż cała wieczność

bitewne wyprawy rzymskich legionów
ateńskie dysputy
w których z ogromną nieśmiałością
próbowałem uczestniczyć

jąkałem się wtedy z przejęcia
moje ramiona podrywały ostre wiatry
nadciągające od nieodległego przecież morza

wyobraźnia podpowiadała mi że do sławy
wystarczy tylko krzesiwo
i świątynia Artemidy w Efezie

nie trzeba chodzić z kamykami raniącymi
policzki i dziąsła
wzdłuż samotnych plaż Kątów Rybackich

albo fascynować się śmiercią
odlatujących kormoranów
ich ubóstwem
wieczną gonitwą za miłością

i wtedy spostrzegłem
morze zbyt często przykrywa plażę
oczyszczając ją z samotności
i tego wszystkiego
czego zrozumieć nigdy nie potrafiłem

--


Wszystkie drogi


Nadal
umierają wszystkie drogi
prowadzące do bram Rzymu

przysypują je cienie
rudych mchów
lot jaskółek szybszy niż nasza pamięć
do której przedwczoraj zgubiliśmy klucz

smugi mew cierpliwie wylegujących się
w różnych zakamarkach historii

nieobecne są nasze noce

pełne tryumfu pochody dzikości
także to
zapisane
w najsmutniejszych pamiętnikach
o twarzach wiecznego głodu
z dopiero co poznanych
skojarzeń

ciągle hamletyzującą przestrzeń
pełną wapiennych skał
których zmarszczki
prowadzą
do dawno zapomnianych miast
dzieciństwa


tymczasem maleją marzenia
nawet wtedy kiedy chcesz wracać
w ich puszystą obecność
którą próbujesz skleić fragment
po fragmencie wątpliwość po wątpliwości

między gwarem wymijanych ulic
z przymkniętymi powiekami
pełnymi wilgoci
od opadających wzdłuż nadbrzeży mgieł

zarośniętymi powojem
ścieżkami wojen

jednak powracasz wciąż
do nieistniejącego już
Rzymu

to dalej niż możesz zapamiętać
i bliżej
niż możesz dotknąć
swoim wzruszonym spojrzeniem

jest zima wszechobecny mróz błądzi
w przedsionkach wystraszonych serc
dobrze wiesz
do tego miejsca nie można podchodzić

jego drogi są wieczne wszystkie prowadzą
do samotności

ustawicznej próby rozgrzeszenia

na obrzeżu chłopcy
palą wyschnięte łęgi

czujesz gorycz porażki 
dymu na środku nieba

ktoś wyjątkowo szczęśliwy
opowiada o swojej pierwszej miłości

trudno
ale ta opowieść prowadzi do wspomnień

nie akceptujesz jej
wychodzisz

powracasz do cienia

wieczorem pijesz kawę
oglądasz obrazy w galerii
do której nikt nigdy nie zabłądził

ktoś wyjął je z twoich myśli
dał im smak barwę
niecierpliwość usychających dni

później czytasz gazetę
żaden fragment nie pozostaje w pamięci

nadal na polach  chłopcy wypalają łęgi

smak dymu
staje się smakiem
twojego życia

i natchnienia

nie wiadomo skąd
w zupełnej ciszy
przypływają dawno opuszczone miasta
zaczynasz się do nich przyzwyczajać
odgadywać zaułki
fasady budynków z łuszczącymi się tynkami

nawet wiesz
w którym z nich zamieszkała wieczność
czujesz jej pulsowanie kwaśny oddech
oczy przymglone wzruszeniem

i na wskroś otwarte bramy
ciągle jeszcze obecnej w tobie legendy
starego  Rzymu

--

Pytanie na brzegu

Robotnicy leśni powiedzieli mi że w lesie  między Kątami Rybackimi
i Skowronkami zamieszkał Hiob
miejsce to omijają orły Bieliki powodowane czymś czego nikt świadomy
nie jest w stanie odczytać w zamarzającym zimowym pejzażu

Wieczorem widziałem go gęstego od mgieł z ręką uniesioną
w niemym geście w kierunku nieba
dłoń skracała pejzaż zamykała perspektywę

Odgadywałem w tej ręce nadzwyczajną łagodność
chęć odnalezienia czegoś
co zapewne przestało istnieć już w okresie dewonu

a może jeszcze wtedy kiedy pył kosmicznego uniesienia
wymieszany z żywicznymi oddechami sosen
był środkiem naszych dociekań i świadomości

ktoś wyjątkowy poważny z środka
przywoływał mnie w bliskość tych dociekań

bałem się

rozumiałem

wszystko przecież wraca
codzienność
brak miłości 
wynikająca z tego samotność
wojny głód radość zwycięzców tańczących
na wielkich charytatywnych balach karnawałowych
przebierańców

za progiem światła ale tak blisko że bliżej już nie można
dziewczynka z zapałkami z koroną na głowie
wszystkie  zapałki które od nas otrzymała wypaliły się wcześniej
jeszcze przed jej narodzinami

dlatego dziś zbiega po czarnych schodach
w głąb sceny w zarysy scenografii
podtrzymywanej przez dłonie Hioba

ktoś istniejący w środku mnie spytał szeptem
czy obydwoje są postaciami tragicznymi

ale ja wiem zdaję sobie sprawę
że ten ktoś nie zaistniał w historii nie utrwaliła go żadna księga
nadmorskie fale
inkluzja w nasłonecznionym bursztynie

jego pytanie nie miało brzegu
z którego mogło do mnie wyruszyć

było jak barwna plama kapistów wyrzucona
w przestrzeń aż po zimny ból horyzontu

do ostatecznego wyczerpania

Tymczasem Hiob zbliżył się do tego miejsca
w którym leśna polana wypełnia się wiórami
po dzisiejszej i wczorajszej wycince drzew

nadsłuchiwał zachrypniętych głosów drwali
szumu pił mechanicznych trzaskanie palonych w ognisku drew

wiedziałem

jest spragniony głodny miłości i śmiechu
wyczerpany wielkością tego czego
nikt z nas śmiertelnych nie jest w stanie
zrozumieć
i przetrawić

Ten dzień trwał stanowczo za długo

uciekłem

w ogromną samotność pustej plaży
w wyczerpujący ból morza w jego conradowską niecierpliwość
w głąb ostatniego oddechu Martina Edena

w pytania których śmierci i jej początku
nie jestem w stanie zrozumieć







A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

 

Komentowanie tego artykułu jest zamknięte

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli