|
Wiersze Tygodnia - Jolanta Baziak
|
Książęta Struny światła napinasz w lesie i gdziekolwiek Herbert staje się tu kulą po słońcu Miłosz pociskiem do gwiazd nie ważnym jest że ich osobna prawda sięgnęła niebios nie ważnym jest kto kiedy miał „to” i od kogo otrzymał pytanie: dlaczego się krzyżowali w imię racji tej Ziemi cywilizacji Biblioteki? walka walka wśród pasterzy i królów obrót na nitce obrót w nice liturgia dla nowych mas czujesz swąd przemijalności Dante? – gdziekolwiek jesteś Katharsis Najpierw pojednanie z moim psem którego znałam jako agresora – wilk ale co wiem o wilkach? ich nierównych prawach p o w o ł a n i a dalej – patrzę na malowane wcześniej obrazy – woda woda i ziemia z krzyżem w tle ukrytym w fakturze świadomości spotykam sygnały ludzi-sygnaly że oto już czas na d o b r o nieznane mi z ulicy portrety kobiet a w każdym (każdej) łza czarna madonna z długą szyją jak butelka madonna z kokardą zapłakana skąd to jestem kobietą i cóż to znaczy – sprzeciw natury? biologia krzyczy o brzydkiej starości tak – jeden siwy włos to wyszukany skarb kilka – to oceany wszechświata Niepokój a wielka cisza Wielki niepokój a cisza wielki niepokój ciszy szczęście że dusza i niebo mają wiele pokładów otwierających się wzajemnie wielkie i małe w sam przestwór o tym szepczą obrazy romantyków o tym mówi zwykła tęcza i o tym nie mówi nikt wiatr przesuwa ziemię wicher porywa prawa w zaświaty o czym głosi prawda ta przed nami ukryta? jednak – gwiazd opadanie ruch energia daty narodzin i śmierci i kilka ich zaledwie nadal płonie na firmamencie Nic nie chcieć Niech ci się przydarza dusza majowa deszcz światło i ciemność w harmonii dom-przystań łoże lepiej niewygodne by życia nie przespać nic-nie-chcieć to dojść do celu daleko od szczytów tracąc jedynie ciało i tak nierealne ulica pada słodko na kartkę może zmyje słowa coraz ich więcej jak kropel na odwrocie jakaś ważna informacja a sens wszystkiego zapisany w przestrzeni mam w kieszeni jeszcze inną kartkę to będę robić jutro ale dziś sen prawdy tęsknota i deszcz Powrót do liszki Człowiek przyrządza kaczkę karmi resztkami ptaki Bóg przewidział i tłustą kaczkę i wychudzonego ptaka i tego martwego w seledynowym kirze kałuż – uprawiamy ziemię śmietnik doskonały w ruchu much karaluchów mrówek komarów moskitów całej armii trudzącej się brudem ten wibrujący wir życia wyjaśnia nową gatunkowo ziemię nie będzie potopu innego oczyszczenia perpetuum mobile materii Boga w nowym raju z radioaktywnych sadzonek wyrosną drzewa zerwiemy owoce z długą tłustą liszką |
A MOJE 88 URODZINY
Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.
I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.
Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.
Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.
Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.
POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU
Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,
Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.
Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.
Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.
Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.
Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.
W WARSZAWIE
Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?
Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?
Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.
Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.
Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,
Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.
Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.
ARS POETICA?
Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.
W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,
/ że w nas jest,
więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.
Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.
Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem
/ języków,
a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?
Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.
Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.
A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.
Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.
Berkeley, 1968













