Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Andrzej Krzysztof Waśkiewicz
(ur. 22 czerwca 1941 r. w Warszawie) - poeta, krytyk literacki i edytor. W 2007 roku otrzymał nagrodę im. Jarosława Iwaszkiewicza za całokształt dorobku twórczego w dziedzinie poezji i krytyki literackiej.

Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Zadebiutował w latach 60. XX wieku, jest autorem ponad trzydziestu książek, redaktorem i współredaktorem wielu czasopism kulturalnych, a także tomów prac zbiorowych, licznych antologii i wyborów wierszy poetów różnych pokoleń. Obecnie redaguje dwumiesięcznik „Autograf”.

Filip Wrocławski, 2004

 

 

Andrzej K. Waśkiewicz

miasto

(notatki)

*

ruiny na ruinach pospiesznie wznoszone

staro-nowe makiety mury

prawdziwsze od prawdziwych gdybyż jeszcze

zrekonstruować ospę po kulach liszaje

wilgoci tynk

nasiąkły krwią i mdląco-słodki

smród rozkładających się ciał

widmowe

miasto

jeszcze ocalałe

z przyszłych pożarów

*

po wypalonych schodach wypalonego domu

wchodzi chłopiec

i tak idzie

lata mijają a on idzie

i za nim

snuje się dym i nie rozprasza się i schody

ciągną się

nieskończone

i tak idzie ten chłopiec po wypalonych schodach wypalonego domu

idzie i idzie

*

jeden ze snów dziecięcych:

eskadra

ogromnych wstrzymanych w locie bombowców

śniąc wiedziałem

że przecież ruszą

ale jeszcze

trwały w bezruchu

i patrzyłem na nie

śniąc i wiedząc że śnię

i czekałem

huku bomb

cały

w zachwyceniu

w rozkwitającym leju

w dole

*

powoli dźwiga się w górę i płynie nad miastem

ciężki obłok

długie włosy

snu

kruszą się

splątane

*

trawa na gruzach nie wyrosła jeszcze

– nie pamięta tych gruzów jeszcze nie pamięta

popiołów ani ognia

czy mógłbyś mu zazdrościć po takiej wiedzy

jakie przebaczenie łaknąć

świata źdźbła trawy kropli

rosy na tym źdźble słońca

odbitego w tej kropli

nagłej całości

czy potrafiłbyś

wybaczyć mu ten zachwyt

*

te ogromne ruiny: śnią się nieustannie

jedyna oczywistość

nie wymagają potwierdzeń

korytarze grząskiego powietrza przedzierasz się przez nie

ciemno świecące stawiające opór

pod niskim sklepieniem chmur

nie pamiętasz

innego świata

*

śniłeś czy byłeś śniony w ruinach które

– widziałeś: dźwigały się świeciło

zimne światło konieczności i rzeka rozumna

– nawadniająca piaski – toczyła

potrzaskane pomniki gruz kości i złom

żelazny przekuwała na tryby które mełły wznosiła

domy fabryki i kamieniołomy

zamarzniętych w transportach wznosiła

tych co w dole

czerwona

od krwi

gwiazda

uświęcającego celu

*

uwaga drzwi się zamykają uwaga nadchodzi

śnisz się sobie w zawalonym schronie

w mgle oddechów tak ciężkich jak pamięć

nic się nie zdarzy dym

ciągnie się nad ruchomymi granicami kraju

odsłania niedowcielone tren

dymu popiół

pamięci i ci obok zaprzątnięci trwaniem

tak dojmująco młodzi skryte przejścia

usprawiedliwień drzwi się

zamykają wracający z pracy

jadący do pracy gazety notatki z wykładów

tak nieprawdopodobnie żywi drzwi się

zamykają poddany

rzeszy robotnik

w fabryce broni w folwarku na wschodzie

przysypany gruzem zabity w ucieczce

na pruszkowskiej szosie umierający

na poboczu kolumna

nie przerwie marszu uwaga

nadchodzi

z wszystkich możliwości

to co się zdarzyło jest najmniej

prawdopodobne następna stacja

pole mokotowskie

nad miasto płynie przedwieczorna mgła

*

wiem ale nie pamiętam – sypki piasek zdarzeń

przez wichrowe aleje – światło prosto w oczy

płakałem wtedy na pruszkowskiej szosie

– tak mi mówiono

skazany wyniosłem

miasto płonące z płonącego miasta

płonąc i popielejąc

*

wloką się – długie jak tren wozów ciągnących na zachód

włosy snu

przez wszystkie miasta gdzie mieszkałeś

obłoki skryte za ciężką zasłoną chmur

są – wiesz z doświadczenia

i miasto – niedoznane – przepływa przez pamięć

wzgórza błękitu wznoszą się wysoko

*

to bezpowrotnie utracone miasto

– stolicę byłego państwa – gdzie się urodziłeś

właśnie wzniesiono z ruin

i jest ci obce który pokochałeś

czerwono-żółty sztywny neogotyk

–  bo miałeś go pokochać

choć kto teraz dojdzie

jak to było naprawdę

wspominając trawę

porastającą zgliszcza i drzewa

rosnące na ruinach wiesz tyle: że rosły

i tym były zajęte

*

z wnętrza doświadczeń z ciemnych warstwic snów

sztolni głębokich rytych w żywych ciele

co się wyświetla krwawiąc co się zszywa

co w kryształ rośnie i co wewnątrz

horyzontu zdarzeń świeci jak gasnąca

gwiazda – zapadająca się do wewnątrz

i to – zewnątrz – milczące

*

mewy krzyczą za oknem ołowianym niebem

ciągną gawrony mgła nadciąga rok

się kończy szadź

opada

świat

jeszcze istnieje

92-93,97-98

 

kraje średniej wielkości

skąd to nadciąga ta szara skłębiona

mgła spraw nierozstrzygalnych

kraje średniej wielkości czułe

na swój rzeczywisty wymiar śnią

imperialną przeszłość pełne lęku

że ktoś im to wypomni

liczą swych wielkich zmarłych swoje

utracone szanse swoje

blizny

nie ma dobrych rozwiązań są tylko

mniejsze i większe pomyłki mniejsze i większe

rozczarowania

ciemny szary welon nad

wolno stygnącymi zwłokami

nadziei

i ty jeszcze żywy

w kraju

średniej wielkości



*   *   *

pomyśl – zaprawdę jesteś dzieckiem szczęścia

dzieciństwo – pod bombami – lecz jednak przeżyłeś

wyszedłeś z płonącego miasta nie zginąłeś

w kolumnach idących do obozu przeżyłeś

wielką wędrówkę  ludów głód i inne przypadłości

kraju wstępującego z jednej w drugą ciemność

i nawet nie masz na swe usprawiedliwienie

poczucia wspólnoty nie potrafisz

odnaleźć w tym wszystkim spraw naprawdę ważnych


*  *  *

jak w odwróconej przepaści ujrzałeś

tego chłopca

idzie brzegiem rzeki

łąką cudowną jak świat co właśnie ocalał

–        ale on o tym nie wie

ocalały przypadkiem i w tym także

podobny do świata

nic nie wie o tym

by mógł tu iść

trzeba było milionów śmierci gruzów

miast traktatów które rozpalą

nowe pożary

– lecz co to go obchodzi

niesie kaczeńce ssie rozcięty palec

kropla krwi spadła na trawę z której

przed chwilą uleciała czerwona jak ona biedronka


*   *   *

dzień się otworzył jak zdanie

dzień się zamknął jak zdanie

ciemno; tak ciemno; jakby z rany

świata trysnęło światło; jasne; otworzyło

to co zamknięte: dawną ranę albo płacz

wsiąkający w ciemność;

nierozpoznawalny

jakby się przyśnił; pospólny; ten płacz

wyciekał z otwartej rany

trwał

jakby był zawsze

nie ma już pytań tylko odpowiedzi

dzień jak niespodziewana szansa; jeszcze jeden

pochmurny; z przelotnymi deszczami; chodny

wczesnojesienny; jego długie zdanie

cóż mogło obiecywać?

tyle pewności ile samotności

ołowiany błękit przez który wędrują obłoki

szary beton wilgotny po przelotnym deszczu

dzień się otworzył jak zdanie

dzień się zamknął jak zdanie


*  *  *

to się powiększa: obszary niewiedzy

książki których nie przeczytasz zdarzenia

w których mógłbyś odmówić udziału podróże

z których mógłbyś zrezygnować ruiny

których mógłbyś się wyrzec

wieczór kolejny kolejnego roku

jak jeszcze jeden niepotrzebny wiersz

albo jak komunikat o przerwaniu głodówki

lokalnych przymrozkach zawieszeniu strajku

wiosna się spóźnia jak każda nadzieja

doświadczenie mówi że przyjdzie ale

nie wierzysz już doświadczeniu

tyle spraw błąka się teraz samotnie

i tylko zmęczenie

nadciąga – ogromne – jak poblask po łunie


 

widok z okna. epifania

zakwitły mlecze żółtozłoty trawnik

o czym on opowiada przeciw czemu kwitnie

nim posiwieje i rozda się światu

w małych spadochronikach

z szansą na przetrwanie

 

Filip Wrocławski, 2007

Andrzej K. Waśkiewicz

morena, zima

*

okno otwarte w kamieniołom ciemności

deszcz przeszedł lśni jeszcze asfalt i mokre

gałęzie drzew

rzeczywiste; jak ze snu

są; jeszcze

*

zmienny we zmiennym pośród dryfujących

powidoków zdarta skóra

świata jak on nagi rzeczywisty

jak ze snu

i spojrzałeś

w głąb dołu wapna

unosił się płynął

pośród obłoków dół

po ekshumowanych wyludniona

planeta

wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome

światło latarni odbija się w drobnych kropelkach

drżą i spadają

jak gwiazdy

sny na jawie ciężkie

lotniskowce chmur nad strzaskanymi płytami imperiów

kończy się wiek i milenium

głosy dawno zmarłych

tułają się po niewypowiedzianych zdaniach

*

lgniesz

do widoków pospiesznych piszesz

inskrypcje na smugach dymu

obłoki płyną ołowianym niebem

i wstaje ciężki świt nad kontynentem

szturmówki wieją nad twarzami które

z tej odległości są nie do poznania

ci co zamarzli sami sobie winni

już nawet nieprzydatni na nagłówki gazet

(zamarzło dwustu dwudziestu potem

porzuciłem gazety)

zmienny we zmiennym ruchome

centrum świata

nagie

bezsenne oko

*

królestwo konieczności: spadł śnieg

i stopniał

teraz znowu pada

przykrywa zrudziałą trawę zmarznięte kałuże

biały – póki co – całun

rozgwieżdżone niebo

wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome

światło latarni odbija się w drobnych kropelkach

drżą i spadają

jak gwiazdy

*

one

nie zadają już pytań

jak wiersz pisany na odwrocie wezwania do zapłaty zaległego czynszu

*

ciemne i grząskie jak ze snu obrazy

wynoszą cię na powierzchnię i trwa

nieciągła rzeczywistość wracają

w dowolnej kolejności głosy i obrazy

ty którego mówią

słuchający głosów

ale przecież lgniesz

do widoków pospiesznych

przypadkowych słów

jakbyś wierzył we wspólnotę krwi i doświadczenia

zmienny we zmiennym

*

i to rozsypane

pokruszone strzaskane

śni się rozpostarte

na zdartej skórze świata

wielki plan

budowniczowie ruin

i sen – już niczyj – jeszcze tu się błąka

śniąc nagle obudzonych

z recydywy marzeń

*

sny pod piaskiem

wiejącym przez ruiny

nagie

bezsenne oko

*

sam

bez sankcji i powinności

bez usprawiedliwień

pośród snów porzuconych w zgiełku giełd i trzasku

płonących gmachów dryfując wraz z nimi

w wielki dół wapna

otwarte groby jak otwarte konto

*

niejasne znaki: nagły grad w bagdadzie

w samo południe upalnego dnia

topniał na hotelowym dziedzińcu mgła

obejmowała twe stopy i nagle

rozwiała się zaświeciło

słońce

rozwietlony

wiosennym słońcem rynek w kożuchowie

z wiśni kwitnącej na zgliszczach ratusza

sypią się płatki

spadają pod stopy

ciężki nawilgły poranek kwietniowy

afisze wieszczą strajki policjantów

coś w rodzaju barykad

i napis

wchoda niet zagwożdżone działa

aurory

autokary

czekają na nabrzeżu

i jeszcze

pospieszny zdyszany rytm tego fragmentu

niejasne znaki z ciemnych złóż pamięci

*

forsycje w pąkach niedługo zakwitną

w nieżywą ziemię spada późny deszcz

topnieje szybko

*

nie brama: furtka szczelina w widoku

zarastającym blizną

*

ślepy kret

w zwałach piachu w glinie

powidoków

płynący przez błękit

dół wapna

*

śni się dawna zima

wrak autobusu który ugrzązł w zaspach

strzępy ulotek w brudnym śniegu okrzyk

gestapo i zatarte hasła

na murach gaz w podziemnych przejściach

(z ulic wywiał go wiatr) królestwo wolności

państwo i społeczeństwo

czemu śni się teraz

w parę dni po tym jak stara kobieta

koczująca na schodach właśnie się wyniosła

(człowiek=toboł; smutne błoto)

*

śnieg znowu pada i znów liczą trupy

tych zamarzniętych zmarłych pod bombami

w obozach dla uchodźców w utarczkach ulicznych

przypadkowych przechodniów

*

nadciąga burza i niebo ciemnieje

grom się przetacza jest jeszcze bezgłośny

i nagła błyskawica dobywa z ciemności

nagie drzewo i lśniące na nim drobne sople lodu

wciąż jeszcze zima

*

rankiem wysoko ponad lasem płyną

okręty wirują

białe płatki śniegu

zmienna – jak obłok – twarz rzeczywistości

piasek zdarzeń

*

są odpowiedzi ale nie ma pytań

*

śnią się bezludne sny obrazy i zdania

strzępy rozmów fragmenty przeczytanych wierszy

kursy walut urywki doniesień prasowych

utopie cnoty wymuszone przez haniebne zbrodnie

i cichy zachwyt mijającym światen

i dźwięczne zdanie które się przyśniło

dziejąc się – podobne światu

tak wiele zawisło od niego

przecinek albo może średnik

rozdzielał je

- tak wiele

zawisło od znaku –

śniąc powtarzałeś je i śniąc zapomniałeś

zdania układanego w pamięci

w tylu wersjach że

sens się zagubił i dźwięk

się zatarł zdanie

dryfowało słowa

odklejały się od sensów obrazy

płynęły samotnie i bezdźwięcznie

białoskrzydła

morska pławaczka

niejasna

amfibolia w środku przyśnionego zdania

błyskawica

przedzierająca się przez ciemność

pusta pamięć

*

lustra

odbite w lustrach

szczeliny powidoków

okno otwarte w kamieniołom ciemności

*

dzieje się zima

wiatr ustał i lśnią

sopelki lodu na wiotkich gałęziach

ciemno lecz świecą latarnie uliczne

nieprawdopodobnie

realne

*

jak krzyk zmierzchnicy usłyszany dawno

nocą nad rzeką w wznoszących się mgłach

wspólny ale osobny

jakby płynął

z gwiazd niewidocznych w tej mgle

*

i się wydobyłem

z grzęzawisk iłów ciemnych złóż pamięci

pagórków z kości dołów z wapnem równych

mogił ekshumowanych aktywa pasywa

rachunek zysków i strat

*

pośrodku żywiołów ciemnych okoliczności pośrodku nieciągłej

stającej się rzeczywistości pośród zdarzeń

jak trawa na równinach sen o hunach długie

eszelony i łopot na wietrze

sztandarów proporczyków szturmówek i haseł

skandowanych rozgłośnie

długi

proporzec dymu i spokojny błękit

w którym rozprasza się i niknie

stare sny

śnią się pod gruzami

miast wzniesionych z ruin

i śpią umarli śniący jeszcze żywych

lekkie prawie nieważkie srebrne płatki sadzy

*

gawrony krzyczą rankiem na trawniku

*

znów kopią groby znowu liczą kości

sztandary z kości wieją po gazetach

sztandary z kości wymienne na akcje

wchodzą na giełdę

popiół po spalonych

otwarte groby jak otwarte konto

*

śnią się szturmówki śnią przemarsze wojsk

czołgi transzeje śnią się szturmujące

niebo katedry pałace kultury

publiczne gmachy zmienione na banki

kościoły supermarketów kursy walut śnią

śpiący na dworcach lumpeksy śmietniki

noclegownie posiłki dla bezdomnych śni

sen o jednakich żołądkach dykta na której

pisano postulaty cudownie odnalezione

drzwi

wymienne

na akcje

*

znaki co znaczą lecz już ich nie czytasz

*

i toczy się ścięta

twoja głowa w jedwabnem płynie przez kanały

w mieście spalonym i wzniesionym z ruin

- nie do poznania obcym

wciąż śnią się śniegi w narodowych barwach

głuchy i ślepy gniew wydziedziczonych

strzaskany pomnik płomiennego serca

znowu się wznosi na placu przed bankiem

w widmowym mieście

*

i śnią się strajki protesty głodówki

targi o cenę pracy (dobra rzadkie

mają cenę umowną)

poszuściły w kątku jakieś proklamacje

*

rzeczy tak ciemne jak zawsze nad ranem

tylko tyle

żółta forsycja w białych płatkach śniegu

nagie drzewo

butelki

i puszki po piwie

na trawniku przed blokiem

i pies co przybiegł

gdy go zawołałeś

i szliście razem

martwiejąc w tym wierszu

*

śnisz się w snach bezludnych w skrytych przejściach zdarzeń

bez przeświadczenia żeś cokolwiek winien

sobie i światu

*

błyskawica zalśniła lecz grom się nie rozległ

nagie drzewa wciąż stoją w tym gęstszej ciemności

i cisza niewybuchu przetacza się w ciemnym

niebie po którym płyną ukryte obłoki

a wyżej jeszcze skryte satelity

rozpoznają cię po cieple które rozproszyłeś

w wielkiej komunii ze światem

*

widmowe miasto

wciąż się buduje i wciąż nad nim płyną

- jakby z ołowiu –

ciężkie lotniskowce chmur

*

zmienny we zmiennym ruchome

centrum świata

nagie

bezsenne oko

1998-2002


Andrzej K. Waśkiewicz

morena, zima

*

okno otwarte w kamieniołom ciemności

deszcz przeszedł lśni jeszcze asfalt i mokre

gałęzie drzew

rzeczywiste; jak ze snu

są; jeszcze

*

zmienny we zmiennym pośród dryfujących

powidoków zdarta skóra

świata jak on nagi rzeczywisty

jak ze snu

i spojrzałeś

w głąb dołu wapna

unosił się płynął

pośród obłoków dół

po ekshumowanych wyludniona

planeta

wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome

światło latarni odbija się w drobnych kropelkach

drżą i spadają

jak gwiazdy

sny na jawie ciężkie

lotniskowce chmur nad strzaskanymi płytami imperiów

kończy się wiek i milenium

głosy dawno zmarłych

tułają się po niewypowiedzianych zdaniach

*

lgniesz

do widoków pospiesznych piszesz

inskrypcje na smugach dymu

obłoki płyną ołowianym niebem

i wstaje ciężki świt nad kontynentem

szturmówki wieją nad twarzami które

z tej odległości są nie do poznania

ci co zamarzli sami sobie winni

już nawet nieprzydatni na nagłówki gazet

(zamarzło dwustu dwudziestu potem

porzuciłem gazety)

zmienny we zmiennym ruchome

centrum świata

nagie

bezsenne oko

*

królestwo konieczności: spadł śnieg

i stopniał

teraz znowu pada

przykrywa zrudziałą trawę zmarznięte kałuże

biały – póki co – całun

rozgwieżdżone niebo

wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome

światło latarni odbija się w drobnych kropelkach

drżą i spadają

jak gwiazdy

*

one

nie zadają już pytań

jak wiersz pisany na odwrocie wezwania do zapłaty zaległego czynszu

*

ciemne i grząskie jak ze snu obrazy

wynoszą cię na powierzchnię i trwa

nieciągła rzeczywistość wracają

w dowolnej kolejności głosy i obrazy

ty którego mówią

słuchający głosów

ale przecież lgniesz

do widoków pospiesznych

przypadkowych słów

jakbyś wierzył we wspólnotę krwi i doświadczenia

zmienny we zmiennym

*

i to rozsypane

pokruszone strzaskane

śni się rozpostarte

na zdartej skórze świata

wielki plan

budowniczowie ruin

i sen – już niczyj – jeszcze tu się błąka

śniąc nagle obudzonych

z recydywy marzeń

*

sny pod piaskiem

wiejącym przez ruiny

nagie

bezsenne oko

*

sam

bez sankcji i powinności

bez usprawiedliwień

pośród snów porzuconych w zgiełku giełd i trzasku

płonących gmachów dryfując wraz z nimi

w wielki dół wapna

otwarte groby jak otwarte konto

*

niejasne znaki: nagły grad w bagdadzie

w samo południe upalnego dnia

topniał na hotelowym dziedzińcu mgła

obejmowała twe stopy i nagle

rozwiała się zaświeciło

słońce

rozwietlony

wiosennym słońcem rynek w kożuchowie

z wiśni kwitnącej na zgliszczach ratusza

sypią się płatki

spadają pod stopy

ciężki nawilgły poranek kwietniowy

afisze wieszczą strajki policjantów

coś w rodzaju barykad

i napis

wchoda niet zagwożdżone działa

aurory

autokary

czekają na nabrzeżu

i jeszcze

pospieszny zdyszany rytm tego fragmentu

niejasne znaki z ciemnych złóż pamięci

*

forsycje w pąkach niedługo zakwitną

w nieżywą ziemię spada późny deszcz

topnieje szybko

*

nie brama: furtka szczelina w widoku

zarastającym blizną

*

ślepy kret

w zwałach piachu w glinie

powidoków

płynący przez błękit

dół wapna

*

śni się dawna zima

wrak autobusu który ugrzązł w zaspach

strzępy ulotek w brudnym śniegu okrzyk

gestapo i zatarte hasła

na murach gaz w podziemnych przejściach

(z ulic wywiał go wiatr) królestwo wolności

państwo i społeczeństwo

czemu śni się teraz

w parę dni po tym jak stara kobieta

koczująca na schodach właśnie się wyniosła

(człowiek=toboł; smutne błoto)

*

śnieg znowu pada i znów liczą trupy

tych zamarzniętych zmarłych pod bombami

w obozach dla uchodźców w utarczkach ulicznych

przypadkowych przechodniów

*

nadciąga burza i niebo ciemnieje

grom się przetacza jest jeszcze bezgłośny

i nagła błyskawica dobywa z ciemności

nagie drzewo i lśniące na nim drobne sople lodu

wciąż jeszcze zima

*

rankiem wysoko ponad lasem płyną

okręty wirują

białe płatki śniegu

zmienna – jak obłok – twarz rzeczywistości

piasek zdarzeń

*

są odpowiedzi ale nie ma pytań

*

śnią się bezludne sny obrazy i zdania

strzępy rozmów fragmenty przeczytanych wierszy

kursy walut urywki doniesień prasowych

utopie cnoty wymuszone przez haniebne zbrodnie

i cichy zachwyt mijającym światen

i dźwięczne zdanie które się przyśniło

dziejąc się – podobne światu

tak wiele zawisło od niego

przecinek albo może średnik

rozdzielał je

- tak wiele

zawisło od znaku –

śniąc powtarzałeś je i śniąc zapomniałeś

zdania układanego w pamięci

w tylu wersjach że

sens się zagubił i dźwięk

się zatarł zdanie

dryfowało słowa

odklejały się od sensów obrazy

płynęły samotnie i bezdźwięcznie

białoskrzydła

morska pławaczka

niejasna

amfibolia w środku przyśnionego zdania

błyskawica

przedzierająca się przez ciemność

pusta pamięć

*

lustra

odbite w lustrach

szczeliny powidoków

okno otwarte w kamieniołom ciemności

*

dzieje się zima

wiatr ustał i lśnią

sopelki lodu na wiotkich gałęziach

ciemno lecz świecą latarnie uliczne

nieprawdopodobnie

realne

*

jak krzyk zmierzchnicy usłyszany dawno

nocą nad rzeką w wznoszących się mgłach

wspólny ale osobny

jakby płynął

z gwiazd niewidocznych w tej mgle

*

i się wydobyłem

z grzęzawisk iłów ciemnych złóż pamięci

pagórków z kości dołów z wapnem równych

mogił ekshumowanych aktywa pasywa

rachunek zysków i strat

*

pośrodku żywiołów ciemnych okoliczności pośrodku nieciągłej

stającej się rzeczywistości pośród zdarzeń

jak trawa na równinach sen o hunach długie

eszelony i łopot na wietrze

sztandarów proporczyków szturmówek i haseł

skandowanych rozgłośnie

długi

proporzec dymu i spokojny błękit

w którym rozprasza się i niknie

stare sny

śnią się pod gruzami

miast wzniesionych z ruin

i śpią umarli śniący jeszcze żywych

lekkie prawie nieważkie srebrne płatki sadzy

*

gawrony krzyczą rankiem na trawniku

*

znów kopią groby znowu liczą kości

sztandary z kości wieją po gazetach

sztandary z kości wymienne na akcje

wchodzą na giełdę

popiół po spalonych

otwarte groby jak otwarte konto

*

śnią się szturmówki śnią przemarsze wojsk

czołgi transzeje śnią się szturmujące

niebo katedry pałace kultury

publiczne gmachy zmienione na banki

kościoły supermarketów kursy walut śnią

śpiący na dworcach lumpeksy śmietniki

noclegownie posiłki dla bezdomnych śni

sen o jednakich żołądkach dykta na której

pisano postulaty cudownie odnalezione

drzwi

wymienne

na akcje

*

znaki co znaczą lecz już ich nie czytasz

*

i toczy się ścięta

twoja głowa w jedwabnem płynie przez kanały

w mieście spalonym i wzniesionym z ruin

- nie do poznania obcym

wciąż śnią się śniegi w narodowych barwach

głuchy i ślepy gniew wydziedziczonych

strzaskany pomnik płomiennego serca

znowu się wznosi na placu przed bankiem

w widmowym mieście

*

i śnią się strajki protesty głodówki

targi o cenę pracy (dobra rzadkie

mają cenę umowną)

poszuściły w kątku jakieś proklamacje

*

rzeczy tak ciemne jak zawsze nad ranem

tylko tyle

żółta forsycja w białych płatkach śniegu

nagie drzewo

butelki

i puszki po piwie

na trawniku przed blokiem

i pies co przybiegł

gdy go zawołałeś

i szliście razem

martwiejąc w tym wierszu

*

śnisz się w snach bezludnych w skrytych przejściach zdarzeń

bez przeświadczenia żeś cokolwiek winien

sobie i światu

*

błyskawica zalśniła lecz grom się nie rozległ

nagie drzewa wciąż stoją w tym gęstszej ciemności

i cisza niewybuchu przetacza się w ciemnym

niebie po którym płyną ukryte obłoki

a wyżej jeszcze skryte satelity

rozpoznają cię po cieple które rozproszyłeś

w wielkiej komunii ze światem

*

widmowe miasto

wciąż się buduje i wciąż nad nim płyną

- jakby z ołowiu –

ciężkie lotniskowce chmur

*

zmienny we zmiennym ruchome

centrum świata

nagie

bezsenne oko

1998-2002

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli