Andrzej Krzysztof Waśkiewicz
(ur. 22 czerwca 1941 r. w Warszawie) - poeta, krytyk literacki i edytor. W 2007 roku otrzymał nagrodę im. Jarosława Iwaszkiewicza za całokształt dorobku twórczego w dziedzinie poezji i krytyki literackiej.
Ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Zadebiutował w latach 60. XX wieku, jest autorem ponad trzydziestu książek, redaktorem i współredaktorem wielu czasopism kulturalnych, a także tomów prac zbiorowych, licznych antologii i wyborów wierszy poetów różnych pokoleń. Obecnie redaguje dwumiesięcznik „Autograf”.
|
Andrzej K. Waśkiewicz miasto (notatki)
* ruiny na ruinach pospiesznie wznoszone staro-nowe makiety mury prawdziwsze od prawdziwych gdybyż jeszcze zrekonstruować ospę po kulach liszaje wilgoci tynk nasiąkły krwią i mdląco-słodki smród rozkładających się ciał
widmowe miasto
jeszcze ocalałe z przyszłych pożarów * po wypalonych schodach wypalonego domu wchodzi chłopiec i tak idzie lata mijają a on idzie i za nim snuje się dym i nie rozprasza się i schody ciągną się nieskończone i tak idzie ten chłopiec po wypalonych schodach wypalonego domu idzie i idzie * jeden ze snów dziecięcych: eskadra ogromnych wstrzymanych w locie bombowców
śniąc wiedziałem że przecież ruszą
ale jeszcze trwały w bezruchu
i patrzyłem na nie śniąc i wiedząc że śnię i czekałem huku bomb
cały w zachwyceniu w rozkwitającym leju w dole * powoli dźwiga się w górę i płynie nad miastem ciężki obłok
długie włosy snu kruszą się splątane * trawa na gruzach nie wyrosła jeszcze – nie pamięta tych gruzów jeszcze nie pamięta popiołów ani ognia
czy mógłbyś mu zazdrościć po takiej wiedzy jakie przebaczenie łaknąć świata źdźbła trawy kropli rosy na tym źdźble słońca odbitego w tej kropli
nagłej całości
czy potrafiłbyś wybaczyć mu ten zachwyt
* te ogromne ruiny: śnią się nieustannie jedyna oczywistość
nie wymagają potwierdzeń
korytarze grząskiego powietrza przedzierasz się przez nie ciemno świecące stawiające opór pod niskim sklepieniem chmur
nie pamiętasz innego świata
* śniłeś czy byłeś śniony w ruinach które – widziałeś: dźwigały się świeciło zimne światło konieczności i rzeka rozumna – nawadniająca piaski – toczyła potrzaskane pomniki gruz kości i złom żelazny przekuwała na tryby które mełły wznosiła domy fabryki i kamieniołomy zamarzniętych w transportach wznosiła tych co w dole
czerwona od krwi
gwiazda uświęcającego celu
* uwaga drzwi się zamykają uwaga nadchodzi śnisz się sobie w zawalonym schronie w mgle oddechów tak ciężkich jak pamięć nic się nie zdarzy dym ciągnie się nad ruchomymi granicami kraju odsłania niedowcielone tren dymu popiół pamięci i ci obok zaprzątnięci trwaniem tak dojmująco młodzi skryte przejścia usprawiedliwień drzwi się zamykają wracający z pracy jadący do pracy gazety notatki z wykładów tak nieprawdopodobnie żywi drzwi się zamykają poddany rzeszy robotnik w fabryce broni w folwarku na wschodzie przysypany gruzem zabity w ucieczce na pruszkowskiej szosie umierający na poboczu kolumna nie przerwie marszu uwaga nadchodzi z wszystkich możliwości to co się zdarzyło jest najmniej prawdopodobne następna stacja pole mokotowskie
nad miasto płynie przedwieczorna mgła
* wiem ale nie pamiętam – sypki piasek zdarzeń przez wichrowe aleje – światło prosto w oczy płakałem wtedy na pruszkowskiej szosie – tak mi mówiono
skazany wyniosłem miasto płonące z płonącego miasta płonąc i popielejąc
* wloką się – długie jak tren wozów ciągnących na zachód włosy snu przez wszystkie miasta gdzie mieszkałeś
obłoki skryte za ciężką zasłoną chmur są – wiesz z doświadczenia
i miasto – niedoznane – przepływa przez pamięć
wzgórza błękitu wznoszą się wysoko
* to bezpowrotnie utracone miasto – stolicę byłego państwa – gdzie się urodziłeś właśnie wzniesiono z ruin
i jest ci obce który pokochałeś czerwono-żółty sztywny neogotyk – bo miałeś go pokochać
choć kto teraz dojdzie jak to było naprawdę
wspominając trawę porastającą zgliszcza i drzewa rosnące na ruinach wiesz tyle: że rosły i tym były zajęte
* z wnętrza doświadczeń z ciemnych warstwic snów sztolni głębokich rytych w żywych ciele co się wyświetla krwawiąc co się zszywa co w kryształ rośnie i co wewnątrz horyzontu zdarzeń świeci jak gasnąca gwiazda – zapadająca się do wewnątrz
i to – zewnątrz – milczące
* mewy krzyczą za oknem ołowianym niebem ciągną gawrony mgła nadciąga rok się kończy szadź opada
świat jeszcze istnieje
92-93,97-98
kraje średniej wielkości
skąd to nadciąga ta szara skłębiona mgła spraw nierozstrzygalnych
kraje średniej wielkości czułe na swój rzeczywisty wymiar śnią imperialną przeszłość pełne lęku że ktoś im to wypomni liczą swych wielkich zmarłych swoje utracone szanse swoje blizny
nie ma dobrych rozwiązań są tylko mniejsze i większe pomyłki mniejsze i większe rozczarowania
ciemny szary welon nad wolno stygnącymi zwłokami nadziei
i ty jeszcze żywy w kraju średniej wielkości * * * pomyśl – zaprawdę jesteś dzieckiem szczęścia dzieciństwo – pod bombami – lecz jednak przeżyłeś wyszedłeś z płonącego miasta nie zginąłeś w kolumnach idących do obozu przeżyłeś wielką wędrówkę ludów głód i inne przypadłości kraju wstępującego z jednej w drugą ciemność
i nawet nie masz na swe usprawiedliwienie poczucia wspólnoty nie potrafisz odnaleźć w tym wszystkim spraw naprawdę ważnych * * * jak w odwróconej przepaści ujrzałeś tego chłopca
idzie brzegiem rzeki łąką cudowną jak świat co właśnie ocalał – ale on o tym nie wie
ocalały przypadkiem i w tym także podobny do świata nic nie wie o tym
by mógł tu iść trzeba było milionów śmierci gruzów miast traktatów które rozpalą nowe pożary
– lecz co to go obchodzi niesie kaczeńce ssie rozcięty palec kropla krwi spadła na trawę z której przed chwilą uleciała czerwona jak ona biedronka * * * dzień się otworzył jak zdanie dzień się zamknął jak zdanie
ciemno; tak ciemno; jakby z rany świata trysnęło światło; jasne; otworzyło to co zamknięte: dawną ranę albo płacz wsiąkający w ciemność; nierozpoznawalny jakby się przyśnił; pospólny; ten płacz wyciekał z otwartej rany trwał jakby był zawsze
nie ma już pytań tylko odpowiedzi
dzień jak niespodziewana szansa; jeszcze jeden pochmurny; z przelotnymi deszczami; chodny wczesnojesienny; jego długie zdanie cóż mogło obiecywać?
tyle pewności ile samotności
ołowiany błękit przez który wędrują obłoki szary beton wilgotny po przelotnym deszczu
dzień się otworzył jak zdanie dzień się zamknął jak zdanie * * * to się powiększa: obszary niewiedzy książki których nie przeczytasz zdarzenia w których mógłbyś odmówić udziału podróże z których mógłbyś zrezygnować ruiny których mógłbyś się wyrzec
wieczór kolejny kolejnego roku jak jeszcze jeden niepotrzebny wiersz
albo jak komunikat o przerwaniu głodówki lokalnych przymrozkach zawieszeniu strajku
wiosna się spóźnia jak każda nadzieja doświadczenie mówi że przyjdzie ale nie wierzysz już doświadczeniu
tyle spraw błąka się teraz samotnie
i tylko zmęczenie nadciąga – ogromne – jak poblask po łunie
widok z okna. epifania
zakwitły mlecze żółtozłoty trawnik o czym on opowiada przeciw czemu kwitnie nim posiwieje i rozda się światu w małych spadochronikach z szansą na przetrwanie
|
Andrzej K. Waśkiewicz
morena, zima
* okno otwarte w kamieniołom ciemności deszcz przeszedł lśni jeszcze asfalt i mokre gałęzie drzew
rzeczywiste; jak ze snu
są; jeszcze
* zmienny we zmiennym pośród dryfujących powidoków zdarta skóra świata jak on nagi rzeczywisty jak ze snu
i spojrzałeś w głąb dołu wapna unosił się płynął pośród obłoków dół po ekshumowanych wyludniona planeta
wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome światło latarni odbija się w drobnych kropelkach drżą i spadają jak gwiazdy
sny na jawie ciężkie lotniskowce chmur nad strzaskanymi płytami imperiów kończy się wiek i milenium
głosy dawno zmarłych tułają się po niewypowiedzianych zdaniach
* lgniesz do widoków pospiesznych piszesz inskrypcje na smugach dymu
obłoki płyną ołowianym niebem i wstaje ciężki świt nad kontynentem
szturmówki wieją nad twarzami które z tej odległości są nie do poznania
ci co zamarzli sami sobie winni już nawet nieprzydatni na nagłówki gazet
(zamarzło dwustu dwudziestu potem porzuciłem gazety)
zmienny we zmiennym ruchome centrum świata
nagie bezsenne oko
* królestwo konieczności: spadł śnieg i stopniał teraz znowu pada przykrywa zrudziałą trawę zmarznięte kałuże biały – póki co – całun
rozgwieżdżone niebo wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome światło latarni odbija się w drobnych kropelkach
drżą i spadają jak gwiazdy
* one nie zadają już pytań
jak wiersz pisany na odwrocie wezwania do zapłaty zaległego czynszu
* ciemne i grząskie jak ze snu obrazy wynoszą cię na powierzchnię i trwa nieciągła rzeczywistość wracają w dowolnej kolejności głosy i obrazy
ty którego mówią słuchający głosów
ale przecież lgniesz do widoków pospiesznych przypadkowych słów jakbyś wierzył we wspólnotę krwi i doświadczenia zmienny we zmiennym
* i to rozsypane pokruszone strzaskane śni się rozpostarte na zdartej skórze świata
wielki plan budowniczowie ruin
i sen – już niczyj – jeszcze tu się błąka śniąc nagle obudzonych z recydywy marzeń
* sny pod piaskiem wiejącym przez ruiny
nagie bezsenne oko
* sam bez sankcji i powinności bez usprawiedliwień pośród snów porzuconych w zgiełku giełd i trzasku płonących gmachów dryfując wraz z nimi w wielki dół wapna
otwarte groby jak otwarte konto
* niejasne znaki: nagły grad w bagdadzie w samo południe upalnego dnia topniał na hotelowym dziedzińcu mgła obejmowała twe stopy i nagle rozwiała się zaświeciło słońce
rozwietlony wiosennym słońcem rynek w kożuchowie z wiśni kwitnącej na zgliszczach ratusza sypią się płatki spadają pod stopy
ciężki nawilgły poranek kwietniowy afisze wieszczą strajki policjantów coś w rodzaju barykad i napis wchoda niet zagwożdżone działa aurory autokary czekają na nabrzeżu
i jeszcze pospieszny zdyszany rytm tego fragmentu
niejasne znaki z ciemnych złóż pamięci
* forsycje w pąkach niedługo zakwitną w nieżywą ziemię spada późny deszcz topnieje szybko
* nie brama: furtka szczelina w widoku zarastającym blizną
* ślepy kret w zwałach piachu w glinie powidoków
płynący przez błękit dół wapna
* śni się dawna zima wrak autobusu który ugrzązł w zaspach strzępy ulotek w brudnym śniegu okrzyk gestapo i zatarte hasła na murach gaz w podziemnych przejściach (z ulic wywiał go wiatr) królestwo wolności państwo i społeczeństwo czemu śni się teraz w parę dni po tym jak stara kobieta koczująca na schodach właśnie się wyniosła (człowiek=toboł; smutne błoto)
* śnieg znowu pada i znów liczą trupy tych zamarzniętych zmarłych pod bombami w obozach dla uchodźców w utarczkach ulicznych przypadkowych przechodniów
* nadciąga burza i niebo ciemnieje grom się przetacza jest jeszcze bezgłośny i nagła błyskawica dobywa z ciemności nagie drzewo i lśniące na nim drobne sople lodu
wciąż jeszcze zima
* rankiem wysoko ponad lasem płyną okręty wirują białe płatki śniegu
zmienna – jak obłok – twarz rzeczywistości piasek zdarzeń
* są odpowiedzi ale nie ma pytań
* śnią się bezludne sny obrazy i zdania strzępy rozmów fragmenty przeczytanych wierszy kursy walut urywki doniesień prasowych utopie cnoty wymuszone przez haniebne zbrodnie i cichy zachwyt mijającym światen i dźwięczne zdanie które się przyśniło dziejąc się – podobne światu tak wiele zawisło od niego przecinek albo może średnik rozdzielał je - tak wiele zawisło od znaku – śniąc powtarzałeś je i śniąc zapomniałeś zdania układanego w pamięci w tylu wersjach że sens się zagubił i dźwięk się zatarł zdanie dryfowało słowa odklejały się od sensów obrazy płynęły samotnie i bezdźwięcznie
białoskrzydła morska pławaczka
niejasna amfibolia w środku przyśnionego zdania błyskawica przedzierająca się przez ciemność
pusta pamięć
* lustra odbite w lustrach
szczeliny powidoków
okno otwarte w kamieniołom ciemności
* dzieje się zima wiatr ustał i lśnią sopelki lodu na wiotkich gałęziach ciemno lecz świecą latarnie uliczne nieprawdopodobnie realne
* jak krzyk zmierzchnicy usłyszany dawno nocą nad rzeką w wznoszących się mgłach wspólny ale osobny
jakby płynął z gwiazd niewidocznych w tej mgle
* i się wydobyłem z grzęzawisk iłów ciemnych złóż pamięci pagórków z kości dołów z wapnem równych mogił ekshumowanych aktywa pasywa rachunek zysków i strat
* pośrodku żywiołów ciemnych okoliczności pośrodku nieciągłej stającej się rzeczywistości pośród zdarzeń jak trawa na równinach sen o hunach długie eszelony i łopot na wietrze sztandarów proporczyków szturmówek i haseł skandowanych rozgłośnie długi proporzec dymu i spokojny błękit w którym rozprasza się i niknie
stare sny śnią się pod gruzami miast wzniesionych z ruin
i śpią umarli śniący jeszcze żywych
lekkie prawie nieważkie srebrne płatki sadzy
* gawrony krzyczą rankiem na trawniku
* znów kopią groby znowu liczą kości sztandary z kości wieją po gazetach sztandary z kości wymienne na akcje wchodzą na giełdę popiół po spalonych otwarte groby jak otwarte konto
* śnią się szturmówki śnią przemarsze wojsk czołgi transzeje śnią się szturmujące niebo katedry pałace kultury publiczne gmachy zmienione na banki kościoły supermarketów kursy walut śnią śpiący na dworcach lumpeksy śmietniki noclegownie posiłki dla bezdomnych śni sen o jednakich żołądkach dykta na której pisano postulaty cudownie odnalezione drzwi wymienne na akcje
* znaki co znaczą lecz już ich nie czytasz
* i toczy się ścięta twoja głowa w jedwabnem płynie przez kanały w mieście spalonym i wzniesionym z ruin - nie do poznania obcym
wciąż śnią się śniegi w narodowych barwach głuchy i ślepy gniew wydziedziczonych
strzaskany pomnik płomiennego serca znowu się wznosi na placu przed bankiem
w widmowym mieście
* i śnią się strajki protesty głodówki targi o cenę pracy (dobra rzadkie mają cenę umowną) poszuściły w kątku jakieś proklamacje
* rzeczy tak ciemne jak zawsze nad ranem są tylko tyle
żółta forsycja w białych płatkach śniegu nagie drzewo butelki i puszki po piwie na trawniku przed blokiem
i pies co przybiegł gdy go zawołałeś
i szliście razem
martwiejąc w tym wierszu
* śnisz się w snach bezludnych w skrytych przejściach zdarzeń bez przeświadczenia żeś cokolwiek winien sobie i światu
* błyskawica zalśniła lecz grom się nie rozległ nagie drzewa wciąż stoją w tym gęstszej ciemności i cisza niewybuchu przetacza się w ciemnym niebie po którym płyną ukryte obłoki a wyżej jeszcze skryte satelity rozpoznają cię po cieple które rozproszyłeś w wielkiej komunii ze światem
* widmowe miasto wciąż się buduje i wciąż nad nim płyną - jakby z ołowiu – ciężkie lotniskowce chmur
* zmienny we zmiennym ruchome centrum świata
nagie bezsenne oko
1998-2002
|
Andrzej K. Waśkiewicz
morena, zima
*
okno otwarte w kamieniołom ciemności
deszcz przeszedł lśni jeszcze asfalt i mokre
gałęzie drzew
rzeczywiste; jak ze snu
są; jeszcze
*
zmienny we zmiennym pośród dryfujących
powidoków zdarta skóra
świata jak on nagi rzeczywisty
jak ze snu
i spojrzałeś
w głąb dołu wapna
unosił się płynął
pośród obłoków dół
po ekshumowanych wyludniona
planeta
wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome
światło latarni odbija się w drobnych kropelkach
drżą i spadają
jak gwiazdy
sny na jawie ciężkie
lotniskowce chmur nad strzaskanymi płytami imperiów
kończy się wiek i milenium
głosy dawno zmarłych
tułają się po niewypowiedzianych zdaniach
*
lgniesz
do widoków pospiesznych piszesz
inskrypcje na smugach dymu
obłoki płyną ołowianym niebem
i wstaje ciężki świt nad kontynentem
szturmówki wieją nad twarzami które
z tej odległości są nie do poznania
ci co zamarzli sami sobie winni
już nawet nieprzydatni na nagłówki gazet
(zamarzło dwustu dwudziestu potem
porzuciłem gazety)
zmienny we zmiennym ruchome
centrum świata
nagie
bezsenne oko
*
królestwo konieczności: spadł śnieg
i stopniał
teraz znowu pada
przykrywa zrudziałą trawę zmarznięte kałuże
biały – póki co – całun
rozgwieżdżone niebo
wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome
światło latarni odbija się w drobnych kropelkach
drżą i spadają
jak gwiazdy
*
one
nie zadają już pytań
jak wiersz pisany na odwrocie wezwania do zapłaty zaległego czynszu
*
ciemne i grząskie jak ze snu obrazy
wynoszą cię na powierzchnię i trwa
nieciągła rzeczywistość wracają
w dowolnej kolejności głosy i obrazy
ty którego mówią
słuchający głosów
ale przecież lgniesz
do widoków pospiesznych
przypadkowych słów
jakbyś wierzył we wspólnotę krwi i doświadczenia
zmienny we zmiennym
*
i to rozsypane
pokruszone strzaskane
śni się rozpostarte
na zdartej skórze świata
wielki plan
budowniczowie ruin
i sen – już niczyj – jeszcze tu się błąka
śniąc nagle obudzonych
z recydywy marzeń
*
sny pod piaskiem
wiejącym przez ruiny
nagie
bezsenne oko
*
sam
bez sankcji i powinności
bez usprawiedliwień
pośród snów porzuconych w zgiełku giełd i trzasku
płonących gmachów dryfując wraz z nimi
w wielki dół wapna
otwarte groby jak otwarte konto
*
niejasne znaki: nagły grad w bagdadzie
w samo południe upalnego dnia
topniał na hotelowym dziedzińcu mgła
obejmowała twe stopy i nagle
rozwiała się zaświeciło
słońce
rozwietlony
wiosennym słońcem rynek w kożuchowie
z wiśni kwitnącej na zgliszczach ratusza
sypią się płatki
spadają pod stopy
ciężki nawilgły poranek kwietniowy
afisze wieszczą strajki policjantów
coś w rodzaju barykad
i napis
wchoda niet zagwożdżone działa
aurory
autokary
czekają na nabrzeżu
i jeszcze
pospieszny zdyszany rytm tego fragmentu
niejasne znaki z ciemnych złóż pamięci
*
forsycje w pąkach niedługo zakwitną
w nieżywą ziemię spada późny deszcz
topnieje szybko
*
nie brama: furtka szczelina w widoku
zarastającym blizną
*
ślepy kret
w zwałach piachu w glinie
powidoków
płynący przez błękit
dół wapna
*
śni się dawna zima
wrak autobusu który ugrzązł w zaspach
strzępy ulotek w brudnym śniegu okrzyk
gestapo i zatarte hasła
na murach gaz w podziemnych przejściach
(z ulic wywiał go wiatr) królestwo wolności
państwo i społeczeństwo
czemu śni się teraz
w parę dni po tym jak stara kobieta
koczująca na schodach właśnie się wyniosła
(człowiek=toboł; smutne błoto)
*
śnieg znowu pada i znów liczą trupy
tych zamarzniętych zmarłych pod bombami
w obozach dla uchodźców w utarczkach ulicznych
przypadkowych przechodniów
*
nadciąga burza i niebo ciemnieje
grom się przetacza jest jeszcze bezgłośny
i nagła błyskawica dobywa z ciemności
nagie drzewo i lśniące na nim drobne sople lodu
wciąż jeszcze zima
*
rankiem wysoko ponad lasem płyną
okręty wirują
białe płatki śniegu
zmienna – jak obłok – twarz rzeczywistości
piasek zdarzeń
*
są odpowiedzi ale nie ma pytań
*
śnią się bezludne sny obrazy i zdania
strzępy rozmów fragmenty przeczytanych wierszy
kursy walut urywki doniesień prasowych
utopie cnoty wymuszone przez haniebne zbrodnie
i cichy zachwyt mijającym światen
i dźwięczne zdanie które się przyśniło
dziejąc się – podobne światu
tak wiele zawisło od niego
przecinek albo może średnik
rozdzielał je
- tak wiele
zawisło od znaku –
śniąc powtarzałeś je i śniąc zapomniałeś
zdania układanego w pamięci
w tylu wersjach że
sens się zagubił i dźwięk
się zatarł zdanie
dryfowało słowa
odklejały się od sensów obrazy
płynęły samotnie i bezdźwięcznie
białoskrzydła
morska pławaczka
niejasna
amfibolia w środku przyśnionego zdania
błyskawica
przedzierająca się przez ciemność
pusta pamięć
*
lustra
odbite w lustrach
szczeliny powidoków
okno otwarte w kamieniołom ciemności
*
dzieje się zima
wiatr ustał i lśnią
sopelki lodu na wiotkich gałęziach
ciemno lecz świecą latarnie uliczne
nieprawdopodobnie
realne
*
jak krzyk zmierzchnicy usłyszany dawno
nocą nad rzeką w wznoszących się mgłach
wspólny ale osobny
jakby płynął
z gwiazd niewidocznych w tej mgle
*
i się wydobyłem
z grzęzawisk iłów ciemnych złóż pamięci
pagórków z kości dołów z wapnem równych
mogił ekshumowanych aktywa pasywa
rachunek zysków i strat
*
pośrodku żywiołów ciemnych okoliczności pośrodku nieciągłej
stającej się rzeczywistości pośród zdarzeń
jak trawa na równinach sen o hunach długie
eszelony i łopot na wietrze
sztandarów proporczyków szturmówek i haseł
skandowanych rozgłośnie
długi
proporzec dymu i spokojny błękit
w którym rozprasza się i niknie
stare sny
śnią się pod gruzami
miast wzniesionych z ruin
i śpią umarli śniący jeszcze żywych
lekkie prawie nieważkie srebrne płatki sadzy
*
gawrony krzyczą rankiem na trawniku
*
znów kopią groby znowu liczą kości
sztandary z kości wieją po gazetach
sztandary z kości wymienne na akcje
wchodzą na giełdę
popiół po spalonych
otwarte groby jak otwarte konto
*
śnią się szturmówki śnią przemarsze wojsk
czołgi transzeje śnią się szturmujące
niebo katedry pałace kultury
publiczne gmachy zmienione na banki
kościoły supermarketów kursy walut śnią
śpiący na dworcach lumpeksy śmietniki
noclegownie posiłki dla bezdomnych śni
sen o jednakich żołądkach dykta na której
pisano postulaty cudownie odnalezione
drzwi
wymienne
na akcje
*
znaki co znaczą lecz już ich nie czytasz
*
i toczy się ścięta
twoja głowa w jedwabnem płynie przez kanały
w mieście spalonym i wzniesionym z ruin
- nie do poznania obcym
wciąż śnią się śniegi w narodowych barwach
głuchy i ślepy gniew wydziedziczonych
strzaskany pomnik płomiennego serca
znowu się wznosi na placu przed bankiem
w widmowym mieście
*
i śnią się strajki protesty głodówki
targi o cenę pracy (dobra rzadkie
mają cenę umowną)
poszuściły w kątku jakieś proklamacje
*
rzeczy tak ciemne jak zawsze nad ranem
są
tylko tyle
żółta forsycja w białych płatkach śniegu
nagie drzewo
butelki
i puszki po piwie
na trawniku przed blokiem
i pies co przybiegł
gdy go zawołałeś
i szliście razem
martwiejąc w tym wierszu
*
śnisz się w snach bezludnych w skrytych przejściach zdarzeń
bez przeświadczenia żeś cokolwiek winien
sobie i światu
*
błyskawica zalśniła lecz grom się nie rozległ
nagie drzewa wciąż stoją w tym gęstszej ciemności
i cisza niewybuchu przetacza się w ciemnym
niebie po którym płyną ukryte obłoki
a wyżej jeszcze skryte satelity
rozpoznają cię po cieple które rozproszyłeś
w wielkiej komunii ze światem
*
widmowe miasto
wciąż się buduje i wciąż nad nim płyną
- jakby z ołowiu –
ciężkie lotniskowce chmur
*
zmienny we zmiennym ruchome
centrum świata
nagie
bezsenne oko
1998-2002













