Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki


Wiersze Tygodnia - Aleksander Nawrocki

 

Bogumiła Wrocławska

Piosenka I

Spojrzenie, które w deszczu gdzieś umilkło
i świt, co wtedy na imię miał Olga –
piękna pomyłka, która jeszcze boli,
jak w śmigłym locie zastrzelony krzyk.

Nie możesz mówić:  zostań. To za trudne.
Powiedzieć – odejdź, to jak rozbić perłę…
Płoniesz i płaczesz we mnie, jakby w studni
na drugie niebo ktoś zarzucał pętlę.

Na twojej drodze wrzosy, pokonane.
Płakać nie mogą, a płacz je rozdziera.
Żyć?  Nie potrafią, bo idą w pośpiechu
za twoim krokiem,  za wschodami słońca…


Piosenka

Byłaś bzem białym, duszą tańca,
w  ponurym niebie pomarańczą,
jesteś północą i kamieniem,
różą w nie mojej gaśniesz ręce.

Byłaś w gotyckim niebie śpiewem,   
moim olśnieniem i zbawieniem,
lecz lato z tobą wiatr potargał,
bo diabeł mi twe serce zabrał.



Esemesy

Gdzie jesteś, światło moich oczu?
Nie ma ciebie, nikogo nie ma.
Teresa rozpłakała się, gdy powiedziałem,
że jest po tobie druga.
Tu chmury, ty milczysz.
Pozdrawia cię Jelena. Jaka ona brzydka.
Sesja o teorii przekładu. Piszę
kolejne wersje twojego imienia.
Czas dwoi się i troi. Wyrzuciłem zegarek.
Złota skóra twojego ciała, chociaż noc głęboka.
Zaszedł  nawet księżyc. Od ciebie też nic nie przyszło.
Jednak płaczesz. Za kim?
Nienawiść w twoich oczach. Jakże one teraz niezwykłe.
Oglądasz się za siebie? Tamci tylko z tobą spali?
Twoje włosy – mój amulet.
Nie kochać cię – to nie żyć.
Za górami, za rozpaczą, ty.
Sesja literacka. Piersi ma ładne, ale bełkoce naukowo.
Pani profesor.
W Tverze noc obległy słowiki. Ciebie wołają.
Drogi do ciebie – gordyjski węzeł.
Dużo przeszłam. Nie wiem co dalej.
Mów, że kochasz. Tylko tego mi brak…
Siedzimy w domu rosyjskiego kupca,
dzisiaj muzeum,
poeci z krajów słowiańskich.
Pijemy z samowara herbatę
na trzy sposoby:
na prikusku – zagryzając cukrem,
na prismotrku: patrząc
na jedyną cukru kostkę
i na pridumku, kiedy cukru nie ma.
Samowary, o różnych kształtach,
wypucowanym blaskiem
szukają ciebie
między drewnianymi miskami,
drewnianymi łyżkami.
Według tradycji
najważniejsze miejsce za stołem
brał gospodarz,
obok gospodyni.
Pozostali
musieli patrzeć tylko przed siebie.
Kto się zagapił w gospodynię,
dostawał w łeb od gospodarza chochlą.
Ja też chętnie połamałbym chochlę
na łbach tych, co teraz
patrzą na ciebie
w dali – oddali…


* * *

Trzymam w ręku zdjęcie dziewczyny
sprzed 50 lat. Ognista uroda,
dłonie w geście – do mnie należy świat.
Wyliśmy razem do księżyca
w górach Rodhope, gdzie Orfeusz
zgubił Eurydykę.
Oboje wiedzieliśmy, że za chwilę
też się zgubimy: każde w swoją stronę, dlatego
zachłannie przekazywaliśmy sobie
smak naszych ciał, oddechów, spojrzeń
i słów – najprawdziwszej wtedy przysięgi…
Gdzie jesteś dziś… moja pamięci nieustanna…
Nie chcę cię spotkać. Na pewno, bo
kto by ocalił
sarnę nad potokiem, którą wtedy
zobaczyliśmy o świcie…



Graciella

Głóg pod stopami
niesiesz mi i w pół kroku milkniesz.
Porwać cię taką – za szkoda bajki,
lepiej roztrzaskać lustro, w którym byłaś.

I co mam robić? Głowę kłaść w imadło?
Słowom kazać drewnieć?
Kamień by ożył, gdy róża zapłacze.
Twych łez nie widać, więc kamień się turla
po suchym wierszu do martwego morza.

Graciella – Siena, czarnowłosy wieczór,
gotycki uśmiech na obrzeżach kwietnia –
pomyłką, głogiem pod stopami tupie
ślad twego imienia.


Na schodach


Każdego wieczoru gdy odchodził,
stała na najwyższym stopniu schodów,
oparta o rzeźbioną poręcz –
czeremcha w majowym deszczu
pożegnań.
Ramiona biegły za nim aż do drzwi
zamknięcia, samotniał uśmiech,
włosy jak jesienne liście spadały na oczy.

Po kilku dniach – Gorgona stanęła przed nim
z wężami pytań, zębami żądań;
palce – jarzące szpony
szarpały jego słowa,
którymi ciągle nazywał ją – najczulej.
Któregoś dnia w jej oczach
już nie znalazł swojego życia,
schody się stały przepaścią do nikąd,
a  na ich szczycie jeżyła się pantera
i opadały płatki
z niegdysiejszej czeremchy.


Znad jeziora Ohrid

Bałkańskie południe. Róże
pochyliły się ku jezioru,
góry przysnęły w upale,
woda banalnie błękitna.
Za czerwonym zapachem róż
ciebie widzę,
przez niebieskie wody jeziora
patrzą na mnie twoje oczy,
budzą się góry sylabizując
twoje imię
i  jeszcze obłoki
jak twoja sukienka
trzepoczą na wietrze
i  płyną na północ,
nad Bałtyckie Morze,
do Jantaru,
gdzie sosny i bursztynowa plaża,
gdzie teraz ty.
Zawieszasz ręce nad zachodzącym
słońcem sierpnia:
czysty Cezanne,
a  może Botticelli
w renesansowym objawieniu.

Filip Wrocławski

A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

Komentowanie tego artykułu jest zamknięte

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli