|
Wiersze Tygodnia - Aleksander Nawrocki Piosenka I Spojrzenie, które w deszczu gdzieś umilkło i świt, co wtedy na imię miał Olga – piękna pomyłka, która jeszcze boli, jak w śmigłym locie zastrzelony krzyk. Nie możesz mówić: zostań. To za trudne. Powiedzieć – odejdź, to jak rozbić perłę… Płoniesz i płaczesz we mnie, jakby w studni na drugie niebo ktoś zarzucał pętlę. Na twojej drodze wrzosy, pokonane. Płakać nie mogą, a płacz je rozdziera. Żyć? Nie potrafią, bo idą w pośpiechu za twoim krokiem, za wschodami słońca… Piosenka Byłaś bzem białym, duszą tańca, w ponurym niebie pomarańczą, jesteś północą i kamieniem, różą w nie mojej gaśniesz ręce. Byłaś w gotyckim niebie śpiewem, moim olśnieniem i zbawieniem, lecz lato z tobą wiatr potargał, bo diabeł mi twe serce zabrał. Esemesy Gdzie jesteś, światło moich oczu? Nie ma ciebie, nikogo nie ma. Teresa rozpłakała się, gdy powiedziałem, że jest po tobie druga. Tu chmury, ty milczysz. Pozdrawia cię Jelena. Jaka ona brzydka. Sesja o teorii przekładu. Piszę kolejne wersje twojego imienia. Czas dwoi się i troi. Wyrzuciłem zegarek. Złota skóra twojego ciała, chociaż noc głęboka. Zaszedł nawet księżyc. Od ciebie też nic nie przyszło. Jednak płaczesz. Za kim? Nienawiść w twoich oczach. Jakże one teraz niezwykłe. Oglądasz się za siebie? Tamci tylko z tobą spali? Twoje włosy – mój amulet. Nie kochać cię – to nie żyć. Za górami, za rozpaczą, ty. Sesja literacka. Piersi ma ładne, ale bełkoce naukowo. Pani profesor. W Tverze noc obległy słowiki. Ciebie wołają. Drogi do ciebie – gordyjski węzeł. Dużo przeszłam. Nie wiem co dalej. Mów, że kochasz. Tylko tego mi brak… Siedzimy w domu rosyjskiego kupca, dzisiaj muzeum, poeci z krajów słowiańskich. Pijemy z samowara herbatę na trzy sposoby: na prikusku – zagryzając cukrem, na prismotrku: patrząc na jedyną cukru kostkę i na pridumku, kiedy cukru nie ma. Samowary, o różnych kształtach, wypucowanym blaskiem szukają ciebie między drewnianymi miskami, drewnianymi łyżkami. Według tradycji najważniejsze miejsce za stołem brał gospodarz, obok gospodyni. Pozostali musieli patrzeć tylko przed siebie. Kto się zagapił w gospodynię, dostawał w łeb od gospodarza chochlą. Ja też chętnie połamałbym chochlę na łbach tych, co teraz patrzą na ciebie w dali – oddali…
|
* * *
|
A MOJE 88 URODZINY
Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.
I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.
Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.
Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.
Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.
POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU
Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,
Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.
Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.
Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.
Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.
Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.
W WARSZAWIE
Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?
Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?
Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.
Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.
Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,
Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.
Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.
ARS POETICA?
Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.
W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,
/ że w nas jest,
więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.
Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.
Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem
/ języków,
a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?
Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.
Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.
A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.
Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.
Berkeley, 1968













