Leszek A. Nowak
Pokrętny Papież niemieckiej krytyki literackiej
Któregoś dnia postanowiłem napisać wspomnieniową książkę o moich niemieckich znajomych i przyjaciołach. Trochę o samych Niemczech i o tym jak je widzą inni. Bardzo ogólnie o DDR i BRD, jak to ja sam kiedyś odbierałem obydwie republiki, jak widzę wspólne Niemcy dzisiaj.
Wszyscy opisani przeze mnie są ludźmi z krwi i kości, występują pod swoimi prawdziwymi imionami i nazwiskami. Niektórzy po latach stali się bardzo znani i szanowani, inni osiągnęli niewiele. Niektórych już nie ma, jaka szkoda.
Moja przygoda z Niemcami zaczęła się już w dzieciństwie, mieszkaliśmy przez pierwsze lata po wojnie obok siebie w Ząbkowicach Śl., dawnym Frankensteinie. Potem zawędrowałem przez NRD do NRF. Komuna upadła, Niemcy się zjednoczyły, niemieccy przyjaciele pozostali, pojawiają się nowi. Między naszymi państwami, jak to między dobrymi sąsiadami, nie ma już granic.
Tylko jeden z przedstawionych przeze mnie ludzi nie był, i nie jest ani moim znajomym ani przyjacielem. Wręcz odbieram go nawet jako element wrogi i obcy mentalnie. Dlaczego więc o nim napisałem? Myślę, że w jakiejś mierze z szacunku do Heleny Starzyńskiej i jej syna Krzysztofa, oraz dlatego, że obydwaj darzymy kulturę i literaturę niemiecką wielką miłością. Może też dlatego, że jego tragiczne losy fascynują mnie i niepokoją. Dlatego pewnie też, że tyle jest wokół jego osoby niedomówień i przekłamań. A także z niepewności i chorej wyobraźni złego doświadczenia, które nie pozwalają mi prześwietlić jego postaci. Może też dlatego wciąż wkładam palce w jego ranę.
Z przed wielu lat, jeszcze z dzieciństwa, Marcin zapamiętał wiele różnorakich opowieści, toczonych podczas wakacyjnych, rodzinnych zjazdów w Kończyskach. Dochodziło do nich, najczęściej po podwieczorku, kiedy wszyscy rozsiadali się w cieniu parasola orzecha włoskiego, kontemplując z wolna zapadający zmierzch i ciesząc się swoim towarzystwem po rocznej rozłące. W takich magicznych chwilach snuto długie opowiadania o niedawno minionych, wojennych perypetiach poszczególnych członków rodziny. O czarnej nocy okupacyjnej i nie mniej ponurym początkiem życia w ponownie zniewolonym kraju. Marcin i jego równoletnie kuzynostwo z ciemnych stron nowego, w swej codziennej dziecięcej radości bytowania, nie zdawali sobie sprawy. Niemniej z zapartym tchem słuchali opowieści bardziej lub mniej kochanych wujów, cioć i ich żon i mężów. Marcin szczególnie zapamiętał jedną z nich, dotyczącą ulubionego wujka Bolesława, który zaraz po ustaniu działań wojennych, jeszcze w 1945 r. usiłował rozpocząć nowe życie w Katowicach, jako że Górny Śląsk od dawna był mu bliski. Przed wojną bowiem, jako prawnik, pełnił funkcję sędziego w Siemianowicach Śląskich. Z chwilą wybuchu wojny natychmiast opuścił Śląsk i zamieszkał w Zakliczynie nad Dunajcem, gdzie wraz z żoną Stefanią i ojcem Marcina, Stanisławem mocno zaangażowani byli w tajne nauczanie. Otóż wuj Bolesław, wielokrotnie skarżył się na niejakiego Marcela Reicha, który przesłuchiwał go, z niewyjaśnionych powodów w WUBP, gdy zgłosił się do pracy w formującej się w Katowicach, polskiej administracji. Wprawdzie podejrzewał, że powodem mógł być jego udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r. Uczestniczył w niej bowiem jako ochotnik i żołnierz pierwszej kompanii karabinów maszynowych drugiego pułku Brygady Syberyjskiej, a poza tym jako syn ziemianina mógł w mniemaniu owego Reicha nie pasować, do nowej „ludowej” rzeczywistości. Szczególnie zaś jako przedwojenny prawnik o niezłomnym i nieprzekupnym charakterze. Szczęściem kłopoty wujka szybko się skończyły, gdyż postać Marcela Reicha znikła z terenu Katowic. Nie mniej jednak po owym pierwszym przesłuchaniu, wolał na pewien czas wrócić do Zakliczyna, tam przez jakiś czas ukrywał się w Żurowej. Do Katowic zjechał ponownie po półtora roku.
Marcin po raz kolejny spotkał się z nazwiskiem Marcela Reicha, z dodatkiem do nazwiska Ranicki, gdy ten jako znany krytyk literacki zaatakował jego ulubionego niemieckiego pisarza Güntera Grassa i dosłownie, na oczach publiczności, zniszczył jego powieść „Rozległe Pole” o zjednoczeniu Niemiec. Wtedy oczywiście nie połączył ze sobą tych dwóch różnych, w swoim mniemaniu, postaci. Nie trwało to jednak długo, bo oto, czytając Gazetę Wyborczą natknął się w lokalnym dodatku na wspomnienie Krystyny i Jana Nowickich o Halinie Starzyńskiej, stryjecznej siostrze Stefana Starzyńskiego, który przeszedł do historii, jako niezłomny obrońca Warszawy w 1939 r. i ponura prawda wyszła na jaw. Otóż pani Starzyńska miała jedynego syna Krzysztofa, powstańca warszawskiego i żołnierza Armii Krajowej. Zdaniem państwa Nowickich do skazania w PRL -u Krzysztofa Starzyńskiego na śmierć, przyczynił się Marcel Reich – Ranicki, obecny krytyk literacki, a wówczas oficer Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie. Po przeczytaniu bulwersującego wspomnienia, Marcin wysłał odbitkę kserograficzną tekstu państwa Nowickich do pana Leona Kieresa, wtedy prezesa Instytutu Pamięci Narodowej i list z zapytaniem – czy IPN nie powinien przeprowadzić w przedmiotowej sprawie śledztwa, które wyjaśniłoby jaką rolę Reich – Ranicki odgrywał w Polsce od zakończenia drugiej wojny światowej do roku 1958, w którym to wyjechał do Niemiec. Wprawdzie sam Reich-Ranicki w swojej autobiografii przyznał się, że był agentem bezpieki, ale jednocześnie oświadczył, że nikomu krzywdy nie zrobił. Marcin pamiętając o przypadku swojego wuja Bolesława Budzyna, i znając z autopsji, opowiadań i literatury ówczesne realia, uznał stwierdzenie Reicha-Ranickiego za mało wiarygodne, a wręcz nieprawdopodobne. Niemal równocześnie wysłał również listy, z prośbą o zainteresowanie się okresem polskiej przeszłości guru niemieckiej krytyki literackiej, do redakcji „Sterna”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i „Die Welt”. Po kilkunastu dniach otrzymał z IPN list, informujący go, że [cytuję]: „Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu podjęła już czynności sprawdzające w sprawie wyjaśnienia czy wskazany w publikacji Gazety Wyborczej Reich – Ranicki dopuścił się zbrodni komunistycznej […] wobec Krzysztofa Starzyńskiego”. Z kolei, po niespełna czterech miesiącach, Marcin otrzymał kolejny list z IPN, tym razem z informacją, że postanowieniem z 27. X 2002 roku odmówiono śledztwa w sprawie współdziałania byłego funkcjonariusza Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Marcela Reicha-Ranickiego w wydaniu w 1950 r. wyroku skazującego na karę śmierci Krzysztofa Starzyńskiego za jego działalność niepodległościową. Decyzję wytłumaczono brakiem danych uzasadniających popełnienie przestępstwa. Jednocześnie poinformowano Marcina, że „Z uwagi na to, że nie jest stroną niniejszego postępowania w świetle art. 299 § 1 KpK, nie przysługuje Panu prawo otrzymania odpisu decyzji merytorycznej, prawo do przejrzenia akt sprawy ani prawo do złożenia zażalenia na postanowienie”. Cóż, decyzja była ostateczna. Marcin zaczął się zastanawiać, czy szanowna Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie zadała sobie przynajmniej trud, przeczytania książki „Uśpiony agent” napisanej przez Krzysztofa Starzyńskiego, a wydanej w Polsce i Niemczech w latach 90-tych XX w. Pomyślał też o głębokiej samotności jego matki, która przeżywszy niemal pełne 100 lat (1. VIII 1900-8. XII 2000), przez ostatnie 50 lat swego życia zmuszona była mieszkać samotnie i nie mogła cieszyć się swym jedynym dzieckiem i trójką wnucząt. Krzysztof po otrzymaniu wyroku zmuszony był do ukrywania się przed zemstą UB. W końcu udało mu się wyjechać i osiedlił się na Fidżi, tam ożenił się z córką przywódcy jednego z plemion, z którą miał troje dzieci. Pani Halina, mimo prób zaaklimatyzowania się na Fidżi, gdzie też w końcu dotarła, to na skutek różnic kulturowych i nienajlepszych stosunków z synową, zdecydowała się na powrót do Polski. Po zrehabilitowaniu Krzysztof trzykrotnie odwiedził matkę w Warszawie. Tam w końcu otrzymał godną swej działalności niepodległościowej satysfakcję, bowiem prezydent Lech Wałęsa odznaczył go Orderem Polonia Restituta. Pani Halina przeżyła swego syna o półtora roku. To na niej i na Krzysztofie skończyła się saga rodu Starzyńskich, wnuczęta nie mówią po Polsku i z krajem nie utrzymują żadnych związków. Tak więc, to nam pozostało kultywowanie pamięci.
Dopiero kilka dni po otrzymaniu listu z decyzją IPN, dotarło do Marcina sformułowanie, że nie jest stroną w ewentualnym, choć wykluczonym, postępowaniu. Doszedł wtedy do przekonania, że owszem prawnie stroną nie jest, ale moralnie, jako polski obywatel, stroną jest. I, że biała plama w życiorysie Marcela Reicha-Ranickiego powinna zostać wypełniona, skoro sam autor w swej autobiografii pozostawił ją niemal nie tkniętą. Zresztą już niedługo po pismach Marcina skierowanych do niemieckich czasopism, pojawiły się w nich jak echa, artykuły starające się tę wstydliwą lukę w autobiografii Reicha-Ranickiego wypełnić. Najpierw „Die Welt” z 12 sierpnia 2002 r. opublikował artykuł Gerharda Gnaucka swego korespondenta w Warszawie pt. „Kennt die Psyche des Agenten” Die polnische Geheimdienst – Karriere Marcel Reich-Ranickis im Spiegel seiner Personalakte” z komentarzem Johanna Michaela Möllera – „Nur eine Facette”, oraz wypowiedzią samego Reicha-Ranickiego o swojej autobiografii w rozmowie z dziennikarzem „Die Welt” – „Ich habe kein Wort zu korrigieren”. W tym samym dniu ukazał się niemal bliźniaczy artykuł Gerharda Gnaucka pt. „Kapitan Reich” w „Gazecie Wyborczej”. Tak więc kij włożony w mrowisko przyspieszył rozliczanie przeszłości znanego krytyka. Artykuły Gnaucka mimo że przynoszą wiele odpowiedzi na pytania o polski życiorys Reicha, to też zadają wiele pytań. Gnauck bowiem dotarł jedynie do Teczki akt osobowych Marcela Reicha-Ranickiego, która nie obejmuje „spraw operacyjnych” znajdujących się w teczkach operacyjnych. Jedynie te ostatnie mogłyby ukazać , czy bezpośrednio działał on na szkodę Krzysztofa Starzyńskiego i innych. To, że Reich-Ranicki pracował w polskiej służbie bezpieczeństwa znane już było w 1994 r., a całą sprawę ujawił na podstawie relacji, właśnie Krzysztofa Starzyńskiego, Tilman Jens – dziennikarz „Westdeutscher Rundfunk”. Sam zainteresowany jednak nie kwapił się ze spowiedzią, która mogłaby w jakiejś mierze, o ile by była szczera, rozwiać wątpliwości narosłe wokół jego osoby. W wydanej parę lat później autobiografii „Meine Leben”, Reich-Ranicki niemal pomija ten kontrowersyjny okres swego życia, a przynajmniej lekceważąco go weksluje. A przecież w opinii ówczesnych przełożonych uzyskuje znakomite opinie, którymi wtedy bezpodstawnie nie szafowano. No i, pomijając inne, w końcu ten awans na kapitana. Przecież musiał sobie na niego w jakiś sposób zasłużyć. W jaki? W 2005 r. w Monachium ukazała się biografia „papieża literatury” napisana przez niego i Uwe Wittstocka – „Marcel Reich-Ranicki. Geschichte eines Leben”, ale i ona nie rozwiała wątpliwości narosłych wokół powojennego okresu jego życia w Polsce. Autor po prostu przyjął punkt widzenia swojego bohatera, nie zgłębiając nic więcej ponadto.
Od roku 1994 w Niemczech o Reichu-Ranickim napisano sporo artykułów, kilka książek, nakręcono kilka filmów dokumentalnych, a ostatnio również film fabularny, będący już z założenia hagiograficznym ukazaniem monumentalnej i niemal bez skazy postaci bohatera. Film przemilcza fragmenty biografii , które są niewygodne dla ofiary dwóch totalitaryzmów, brunatnego i czerwonego. Oparto go przede wszystkim na autobiografii Reicha-Ranickiego, będącej w istocie wyrafinowaną autokreacją. Z uszczerbkiem dla prawdy, autor kolejno gnębiony przez nazistów, i później komunistów, niejednokrotnie mija się z prawdą. Reich-Ranicki swój życiorys zawsze dostosowywał do aktualnej sytuacji i potrzeb. Gdy starał się o pracę w bezpiece, wykreślił z życiorysu pobyt w gettcie i postarzył się o trzy lata, by móc dopisać sobie dwa lata studiów w Berlinie, których przecież nigdy nie podjął.
W listopadzie 1940 r. wraz z rodziną znalazł się za murami warszawskiego getta. Doskonałe opanowanie języka niemieckiego i znajomości umożliwiły mu otrzymanie posady jako tłumacza w Judenracie. Był wtedy również, w wieku 21 lat, nie mając ku temu żadnego profesjonalnego przygotowania, recenzentem muzycznym „Gazety Żydowskiej” będącej w istocie kolaboracyjną gadzinówką. Ze wspomnień Reicha-Ranickiego nie wynika czy miał jakieś skrupuły w związku z tą współpracą. Wojenna przeszłość Reicha, jak i późniejsza powojenna, Ranickiego, bo gdy w grudniu 1947 r. został wysłany do Londynu, tak właśnie spolonizował swoje nazwisko, w jego autobiografii mętnieje i staje się mało czytelna. Zbyt dużo w niej przekłamań i tajemnic. Czy nosił w gettcie, granatową czapkę policjanta żydowskiego, jak to wzmiankował pisarz Antoni Marianowicz, który również przeżył getto, chyba na zawsze pozostanie w sferze domniemań.
Po ucieczce z Umschlagplatzu na aryjską stronę, przeżył i uratował się wraz z żoną Teofilą Langnas, którą poślubił w gettcie, dzięki Bolesławowi Gawinowi – mieszkającemu na Powiślu, zecerowi z Gocławka. Gawin, w ukrywaniu dwojga Żydów, co groziło w razie wykrycia, niechybną śmiercią, widział swój prywatny udział w wojnie z całą potęgą hitlerowskich Niemiec. Reich-Ranicki, mimo poświęcenia polskiej rodziny, uważał że te kilkanaście miesięcy ukrywania się, było najgorszym okresem w jego życiu. Nie widać też z jego strony krzty empatii dla Polaków ryzykujących życie w jego ochronie. Wręcz znieważa ich pamięć, twierdząc że małżeństwo Gawinów było wiecznie pijane. Może i tak było, ale dzięki poświęceniu tej dzielnej rodziny, przeżyli on i jego żona.
Reich-Ranicki, jak to trafnie napisał Gnauck, poznał w Polsce „co to jest strach i czym jest władza.” Po wyzwoleniu, natychmiast związał się z komunistami. Ten okres jego życia Marcin poznał dokładnie dzięki badaniom Gnaucka. Słynny bon mot Reicha-Ranickiego w czasie rozmowy w 1958 r. z Günterem Grassem – że „gdy goli się w lustrze widzi pół Polaka, pół Niemca, i całego Żyda”, w istocie jest jednym wielkim kłamstwem, bo Polakiem nigdy nie był nawet w jednym calu. Zapytać jednak należy, mimo że gdybanie niczego nie wyjaśni, jakie byłyby dalsze dzieje Reicha-Ranickiego gdyby go nie wylano z partii i pozostałby dalej, a nawet awansował w strukturach UB. Czy wtedy też opuściłby Polskę? Wszak to po 1949 r., kiedy wydawało się, że komunizm wziął już z nim rozbrat, on wcale nie miał zamiaru się z tym pogodzić. Przeciwnie, usilnie walczył o odzyskanie legitymacji PZPR, co też w końcu nastąpiło w 1957 r. Poza tym, mimo że jak twierdził prześladowano go, między innymi zakazem publikacji jego tekstów, to Leon Kruczkowski przyjął Reicha-Ranickiego do Związku Literatów Polskich. Jego udana rodzinna ucieczka w 1958 r. do RFN, też nasuwa sporo wątpliwości i pytań, innym to tak łatwo nie przychodziło. Mimo cierpiętniczej pozy, po prostu wyjechał po odwilży, która nastąpiła po 1956 r. Wyjechała wtedy z Polski większość aparatczyków partyjnych i ubeckich, żydowskiego pochodzenia. W autobiografii pisał: „– Pytałem siebie, czego mam szukać w tym kraju, w którym się wprawdzie urodziłem, ale do którego nie powróciłem z własnej woli […] Polska pozostawała mi obca. Czy była ona kiedykolwiek moją ojczyzną?”. W innym miejscu czytamy – „Wolałem, żeby Polacy uważali mnie za Niemca, niż za Żyda”, w końcu reasumuje – „jestem obywatelem Niemiec, jestem niemieckim krytykiem literackim. Piszę po niemiecku. Przestrzenią moich dociekań i zachwytów jest niemiecka literatura i kultura. Ale nie jestem Niemcem i nigdy nim nie zostanę.”
W Niemczech zyskał niesłychaną wręcz popularność jako gwiazda „Zweiten Deutschen Fersehen” prowadząc swój „kwartet literacki”. Apodyktycznie kreował bestsellery, będąc jednocześnie prokuratorem, sędzią i katem w jednej osobie. Choć ani godziny nie spędził na studiach, to przez 13 lat prowadził swoją autorską audycję, zyskując szacunek, ale i lęk. Zachowywał się jak typowy schowmen nie unikający uproszczeń i niekiedy przekłamań. Jedni go kochali, inni nienawidzili. Otrzymał siedem doktoratów honorowych. Jego publiczne oceny literatury polskiej były niezmiernie surowe. Twierdził, że jest niezrozumiała i prowincjonalna. O wiele lepsza natomiast jest polska poezja, ale tej z kolei nikt nie czyta. W swoim wystąpieniu z 2000 roku opluł współczesną literaturę powstającą w Polsce. Porównał książki Olgi Tokarczuk, Andrzeja Stasiuka i Małgorzaty Tulli do powrotu do ciemnogrodu i średniowiecza. Wprawdzie w tomie zawierającym zbiór jego tekstów „Erst Leben, dann Spielen. Über polnischen Literatur” nieco ostrze swojej krytyki stępił, ale w rzeczy samej widzenia obrazu literatury polskiej nie zmienił. Według niego, co w pewnej mierze jest prawdą, Polakom nie udało się stworzyć prozy, która zawojowałaby światowych czytelników. Jego bezkompromisowość budzi jednak zdziwienie, gdyż to on sam w jednym z wywiadów powiedział, że o polskiej literaturze nie pisywał, gdyż nie mając odpowiedniego przygotowania, nie miał odwagi wypowiadać się na ten temat. Cóż, belferski ton i bezkompromisowość krytyki pod piórem, bądź co bądź amatora może najwyżej bawić , ale znając Reicha-Ranickiego, nie dziwić.
Reich-Ranicki z Niemcami prowadził chytrą grę, w momentach dla siebie niewygodnych, wyciągał z zanadrza problem niemieckiej winy. Przecież on – ofiara, nie musi i nie chce się z niczego wobec Niemców tłumaczyć. Według niego Niemcy nie uporali się jeszcze z problemem żydostwa, a on nie został upoważniony przez swoich rodziców i brata, żeby Niemcom wybaczyć, że oni ich zamordowali.
Nie ma się co specjalnie dziwić, że oceny postaci Reicha-Ranickiego w Polsce i w Niemczech są diametralnie różne, gdyż wynika to z różnego spojrzenia w obydwu krajach na historię, jak tłumaczy to zjawisko Hajo Funke – niemiecki historyk i politolog. Tezę tę potwierdza również stanowisko Ralpha Giordano, znanego pisarza niemieckiego, żydowskiego pochodzenia, który twierdzi, że w Niemczech nikogo specjalnie nie interesują dzieje Reicha-Ranickiego w powojennej Polsce. Takie spojrzenie nie jest niczym nowym, bo już w 2002 r. dziennikarka niemiecka Franziska Augstein w „Süddeutsche Zeitung” zadała pytanie – czy warto badać, li tylko w imię historycznej prawdy, białe plamy w biografii Reicha-Ranickiego, i po co ta prawda. Przecież to co robił może mieć znaczenie tylko w Polsce. Natomiast w Niemczech ta prawda, w ostatecznym rachunku może spaść na Niemców. Być może tak w istocie mogłoby być, ale chyba normy moralne i etyczne nie dzielą naszych krajów. Przypomina to niedawne dyskusje w polskiej prasie o prawniku Andrzeju Kryże, który w swoim czasie wydawał surowe wyroki na opozycjonistów, a teraz jako znakomity fachowiec, miałby pełnić eksponowane, państwowe stanowisko. Skoro ma odpowiednie przygotowanie i wiedzę, to kogo może obchodzić prawda o nim. Czy to, że w pierwszym parlamencie NRD siedemdziesiąt procent posłów rekrutowało się z byłych żołnierzy i oficerów Wehrmachtu, z których wielu wcześniej było członkami NSDAP, Niemców obecnie nie obchodzi? Być może to też byli dobrzy fachowcy, ale to przecież właśnie Wehrmacht w 1933 r. z radością powitał Hitlera i narodowych socjalistów.
(Przedruk z zgodą Gazety Kulturalnej)













