Elżbieta Musiał o kodzie mistrza i benefisie Katarzyny Gärtner

 

Mistrz Katarzyna1

Benefis K. Gärtner, Teatr Groteska; zdj. E. Musiał

 

 

Krystyna Konecka

SZYMON KOBYLIŃSKI. TEN, KTÓRY WIEDZIAŁ…

 

     „Ile razy nie mogę znaleźć w swojej niewąskiej bibliotece (…) natychmiast dzwonię do Szymona i błyskawicznie otrzymuję odpowiedź. Dobrą lub złą, ale zawsze prawdziwą. Bo Szymon wie wszystko! - napisał Eryk Lipiński w katalogu warszawskiej ekspozycji pn. „Szymon Kobyliński” w 1976 roku. – Jest w nim pasja popularyzacji wiedzy historycznej, wiedzy o sztuce, hippice, starej broni, mitologii…”.

     Dowód na tę pasję poznałam dwa lata później za sprawą książki, której posiadaczką jestem do dzisiaj, i która właśnie teraz, czterdzieści lat po wydaniu, okazała się być jednym z materiałów źródłowych w roku 100-lecia odzyskania Niepodległości przez Polskę: to „Krótka o hymnie, orłach i barwach gawęda”. Ileż od tamtego czasu książek napisał i zilustrował Szymon Kobyliński do chwili odejścia w roku 2002… Ile już lat minęło od naszych spotkań i rozmów, których części zapisu nigdy nie miałam sposobności opublikować…

 

Szymon Kobyliński. Fot. Piotr Sawicki (za zgodą autora)

Szymon Kobyliński. Fot. Piotr Sawicki (za zgodą autora)

 

     Artysta i wspaniały gawędziarz nie żył już od roku, kiedy (27 grudnia 2003) na łamach „Plus Minus” – dodatku do „Rzeczypospolitej” Krzysztof Masłoń przywołał jego postać w tekście, który trzy lata później znalazł się także w zbiorze autorskim pt. „Nie uciec nam od losu” (bezcenna pozycja). Otóż w tekście owym, zatytułowanym „Blisko Wańkowicza. O Aleksandrze Ziółkowskiej - Boehm”, a nawiązującym do opublikowanej w tymże samym roku 2003 pt. „Nie minęło nic prócz lat” wieloletniej korespondencji pisarki i Szymona Kobylińskiego, Krzysztof Masłoń napisał o nim sprawiedliwie: „świetny rysownik i niedoceniony pisarz”.

Opracował Piotr Müldner-Nieckowski

 

JERZY BOGDAN KOS

HONOROWY OBYWATEL TRZEBNICY

 

Kos Jerzy Bogdan 1931 2018

Dnia 9 października 2018 r. zmarł Jerzy Bogdan Kos – poeta, pisarz, zasłużony lekarz, społecznik, Honorowy Obywatel Trzebnicy.

Urodził się 24 marca 1931 w Myszkowie. W 1938 rozpoczął naukę w miejscowej Szkole Powszechnej, w latach okupacji niemieckiej uczęszczał do szkoły o ograniczonym programie nauczania oraz uzupełniał naukę na tajnych kompletach. Po wojnie – w latach 1945-1947 – był uczniem Państwowego Liceum i Gimnazjum w Tarnowskich Górach, a następnie w Zawadzkiem, na Opolszczyźnie, gdzie uzyskał w 1950 maturę.

W latach 1950-1955 studiował na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej we Wrocławiu. Podczas studiów był zastępcą asystenta w Zakładzie Anatomii Patologicznej AM oraz wykładowcą (1954 - 1956) w Liceum Felczerskim. W tym również czasie należał do koła młodych pisarzy przy wrocławskim oddziale ZLP. W 1953 r. debiutował wierszami w „Dziś i Jutro”, publikował wiersze i opowiadania m.in. we „Wrocławskim Tygodniku Katolickim”, a następnie w „Nowych Sygnałach”, „Poglądach” i w „Odrze” oraz – sporadycznie – w „Więzi”, „Życiu Literackim”, „Współczesności” i w „Literaturze na Świecie”.

Kalina Izabela Zioła

 

Mój jedwabny sen

 

            Któż z nas nie marzył, by zwiedzać egzotyczne, dalekie kraje? Ja też nie jestem  wyjątkiem i zawsze ciągnie mnie gdzieś, gdzie jeszcze nie byłam. Chiny jednak wydawały mi się zawsze poza zasięgiem, tylko czasami po cichutku marzyłam sobie, że być może kiedyś tam pojadę. I nagle tej jesieni otrzymałam niezwykłą wiadomość – zaproszenie na chiński Międzynarodowy Festiwal Poetycki „Tydzień na Jedwabnym Szlaku” ( Xichang Qionghai Silk Road International Poetry Week) w Xichang, w prowincji Syczuan.

Nie mogłam uwierzyć, że spotkało mnie to naprawdę. Jak we śnie, cały czas będąc w kontakcie z Elisą, pracownicą festiwalu ds. kontaktu z uczestnikami, załatwiałam wizę (musiałam dwukrotnie jechać w tym celu do Gdańska), pisałam esej na temat poezji, przygotowywałam tłumaczone już wcześniej na chiński moje wiersze, wypełniałam i wysyłałam ankietę zgłoszeniową – jednak ciągle nie bardzo wierzyłam, że wszystko prawidłowo załatwię i że wyjadę do tego pięknego, owianego legendą kraju.

Jednak udało się! Otrzymałam od Jidi Majii, wielkiego chińskiego poety i zarazem organizatora i dyrektora festiwalu „Tydzień na Jedwabnym Szlaku”, papierowe zaproszenie i bilety na samolot. Mogłam jechać.

 

ziola moj jedwabny szlak1

Uczestnicy festiwalu

 

            Już sama podróż była wielką przygodą. Leciałam najpierw z Poznania do Warszawy, a następnie wielkim Dreamlinerem z Warszawy do Pekinu, lotem bezpośrednim. Pierwszy raz miałam okazję lecieć tym ogromnym Boeningiem 787-8, a robi on naprawdę ogromne wrażenie. Trochę bałam się przylotu do Pekinu, choć organizatorzy festiwalu zadbali o zatrudnienie tłumacza ze znajomością rosyjskiego, który, jak mnie zapewniono, miał czekać na lotnisku. A co by było, gdyby tłumacz nie przyszedł? Angielski znam bardzo słabo, chińskiego oczywiście nie znam wcale, więc miałabym trudności z dotarciem do zarezerwowanego hotelu. Wysiadłam w Pekinie z samolotu i tu zaczął się lekki koszmar. Procedury na lotnisku dla osób przyjeżdżających do Chin są bardzo surowe, łącznie ze skanowaniem wszystkich palców u obu rąk, wypełnianiem formularzy wjazdowych i.t.p. Z pewnością z dobrą  znajomością angielskiego byłoby mi dużo łatwiej, ale musiałam sobie jakoś dać radę bez tego. Po załatwieniu wszystkich formalności (nareszcie!) chciałam odebrać bagaż. I tu znowu pojawił się problem – tabliczki wskazywały kierunek odbioru bagażu, ale przede mną pojawiła się szklana ściana. Obok znajdowało się wejście do metra, wszyscy podróżni tam wsiadali. Nie bardzo mogłam się dopytać, czy to jest pojazd do hali odbioru bagażu, ale zaryzykowałam i wsiadłam razem z innymi. Ktoś potwierdził mi, że tak, dojadę po bagaż, ale nie wiedziałam, gdzie wysiąść. Obawiałam się, że mogę tym metrem dojechać na drugi koniec Pekinu, bez bagażu, bez tłumacza i bez znajomości języka. Ale patrzyłam, co robią inni, i wysiadłam razem z pasażerami mojego samolotu, których wcześniej zauważyłam. I okazało się, że rzeczywiście dotarłam do drugiego terminalu pekińskiego lotniska, gdzie można było odebrać walizki. Odebrałam swoją, bardzo dużą i ciężką, i udałam się do wyjścia. I tam, przy barierce oddzielającej przylatujących od oczekujących, zobaczyłam wysokiego młodego człowieka trzymającego dużą kartkę z napisem KALINA IZABELA ZIOŁA. Kamień spadł mi z serca! Ktoś na mnie czekał! Był to Rosjanin z Władywostoku, Nikołaj Troszin, miły i bardzo kompetentny chłopak, magistrant sinologii i doktorant - stypendysta  Uniwersytetu Pekińskiego. Odwiózł mnie do hotelu DAY HOTEL i zaproponował zwiedzenie Pekinu. To było właśnie to, na co czekałam! Wreszcie mogłam zobaczyć wymarzone miejsca. Przede wszystkim chciałam zobaczyć słynne Zakazane Miasto (po chińsku Gu Gong, co dosłownie oznacza Starożytny Pałac), więc pojechaliśmy do centrum. Niko zaprowadził mnie najpierw na Plac Niebiańskiego Spokoju (plac Tian’anmen), gdzie znajduje się Mauzoleum Mao Zedonga (Mao Tse-Tunga) i pomnik Bohaterów Ludu. W głównym holu Mauzoleum znajduje się zabalsamowane ciało Mao Zedonga w kryształowej trumnie umieszczonej na postumencie z czarnego marmuru. Dotychczas Mauzoleum było miejscem pielgrzymek wielu przybywających do Pekinu turystów, którzy stali w długich kolejkach, by zobaczyć ciało chińskiego przywódcy. Teraz jednak Mauzoleum jest zamknięte, i, jak poinformował mnie mój przewodnik, ciało Mao  przygotowywane jest do przeniesienia do prowincji Hunan, miejsca jego urodzenia. Sama nazwa placu Tiān’ānmén oznacza Bramę Niebiańskiego Spokoju,  to brama położona na północnym krańcu placu, stanowiąca wejście na teren dawnej rezydencji cesarzy. Po zwiedzeniu placu weszliśmy nareszcie do Zakazanego Miasta przez ogromną, zakończoną łukowato bramę, największą  z pięciu. Jak opowiedział mi tłumacz, wielkość bramy miała kiedyś wielkie znaczenie. Przez największą z bram mógł wchodzić, a właściwie zostać wnoszony, tylko Imperator, przez dwie boczne, mniejsze bramy wchodzili najwyżsi, będący blisko cesarza dostojnicy, a przez niskie, najmniejsze bramy dostawali się do wewnątrz najmniej ważni, choć oczywiście zaproszeni przez władcę goście. Bez specjalnego zaproszenia i zezwolenia nikt nie mógł wejść do rezydencji, stąd wzięła się popularna nazwa Zakazane Miasto. Cesarska siedziba do dziś robi ogromne wrażenie. Piękne czerwono-niebiesko-zielono-złote budynki, bogato rzeźbione, cudowne kamienne i metalowe rzeźby, niesamowite wyposażenie komnat, ogromne wazy, w których kiedyś przechowywano i podgrzewano wodę na potrzeby cesarza – wszystko to zachwyca i fascynuje. Usłyszałam też wiele historii i anegdot, związanych z poszczególnymi budynkami Gu Gong, gdyż Nikołaj znał to miejsce doskonale i chętnie dzielił się ze mną swoją wiedzą. Po zwiedzeniu rezydencji poszliśmy na niedalekie wzniesienie z pagodami, skąd był doskonały widok z góry na cały obszar Starożytnego Pałacu. Bardzo byłam wdzięczna mojemu przewodnikowi za tę wycieczkę. A nie był to jeszcze koniec poznawania Pekinu. Nikołaj zaprowadził mnie w miejsca mało znane turystom – urokliwe wąskie uliczki, parki z cienistymi tunelami, utworzonymi przez zwisające gałęzie drzew, zaułki ciasne tak, jak te widywane w Wenecji. Wreszcie, nieco już zmęczeni, weszliśmy do kawiarenki na herbatę i  cappuccino. Po chwili relaksu ruszyliśmy  do hotelu, bo następnego dnia o bladym świcie odlatywał mój samolot do Xichang. W hotelowym foyer spotkaliśmy dwoje kolejnych uczestników festiwalu, Lucię Cupertino z Włoch i Daniela Calabrese z Argentyny. Po przywitaniu umówiliśmy na wspólny poranny wyjazd na lotnisko i rozeszliśmy się do pokoi. Rano hotelowym autobusem dotarliśmy (oczywiście pod troskliwą opieką Nico Troszina) na terminal linii krajowych. I tu okazało się, jakim szczęściem dla nas wszystkich była obecność Nikołaja. Odprawa była samoobsługowa, a ponieważ był to terminal krajowy, wszystkie napisy zamieszczono w języku chińskim. Niko sprawnie załatwił naszą odprawę i mogliśmy udać się do hali odlotów. Tym razem pekińskie lotnisko już mnie nie przerażało. Wiedziałam o tym, że trzeba jechać metrem do odpowiedniej bramki, nie stresowały mnie podniesione głosy pracowników lotniska, gdyż zorientowałam się, że jest to po prostu taki gardłowy, głośny sposób mówienia. Razem z Lucią i Danielem dolecieliśmy do Xichang, gdzie przed lotniskiem powitali nas opiekunowie, którzy zawieźli nas do hotelu Qionghai. I tu spotkał nas prawdziwy szok! Hotel był nowoczesnym, pięknym budynkiem, położonym w rozległym, przecudnym parku, nad samym jeziorem Qionghai, drugim co do wielkości jeziorem w Chinach. To była prawdziwa bajka! W parku znajdowało się wiele ciekawych budowli, centra konferencyjne, restauracje, było mnóstwo stawów, fontann, rzeźb i... dostojnie spacerujące po trawnikach modre pawie. Powitano nas bardzo serdecznie, już w wejściu czekali ubrani w wielobarwne ludowe stroje przedstawiciele ludu Yi (Nuosu), rdzenni mieszkańcy tych ziem. Powitali nas „chlebem i solą”, czyli miejscowym alkoholem bai jiu, podanym w pięknie malowanych drewnianych kieliszkach. Po otrzymaniu identyfikatorów, antologii oraz programu zajęć i rozlokowaniu w hotelu rozpoczęliśmy festiwal „Tydzień na Jedwabnym Szlaku”. Z zagranicy przybyło piętnaścioro gości - oprócz wspomnianych wcześniej Lucii i Daniela przyjechali Clarissa i George Szirtes z Wielkiej Brytanii, Barbara Orłowski z Niemiec, Didi i Major Jackson oraz Eduardo Espina z USA, Angeles i Cristina Mora z Hiszpanii, Igor Costanzo z Włoch, Jodie Williams i Mark Tredennick z Australii, Libor Martinek z Czech oraz ja, jedyna przedstawicielka Polski. Tym, którzy nie władali dobrze językiem angielskim, przydzielono tłumaczy. My z Barbarą, która urodziła się w Polsce, miałyśmy wspólnego tłumacza, Dawida Sulikowskiego, polskiego malarza, który już od sześciu lat mieszka w Chinach i znakomicie posługuje się zarówno niemieckim i angielskim, jak i chińskim. Poza tym świetnie zna Xichang i już pierwszego dnia zaprowadził nas do kawiarni „Drzewo oliwne”, gdzie podawana jest najlepsza w tym mieście kawa. Ja oczywiście wypiłam swoje ulubione cappuccino z serduszkiem na mlecznej piance. Należy podkreślić, że Dawid codziennie, od wczesnego rana do nocy służył nam swoją pomocą jako niezawodny tłumacz, przewodnik i przyjaciel. Władając kilkoma językami, był nieoceniony w kontaktach z Chińczykami oraz innymi uczestnikami festiwalu. Prawdziwy skarb!

 

ziola moj jedwabny szlak2

Pagoda na starych murach Xichang

 

Organizatorzy „Tygodnia na Jedwabnym Szlaku” z dyrektorem Jidi Majią na czele postarali się o to, by ten festiwal poezji odbył się na najwyższym światowym poziomie. Elegancki hotel, doskonałe jedzenie, opieka nad uczestnikami, tłumacze – to wszystko sprawiało, że poeci od samego początku czuli się ważnymi i oczekiwanymi gośćmi. Wszelkie spotkania organizowano w pięknych pomieszczeniach, z bardzo bogatą oprawą taneczno - muzyczną,  z ogromną liczbą słuchaczy. Właśnie to było uderzające – na spotkania z autorami przychodziły nie dziesiątki, ale setki czy nawet tysiące ludzi. Mogłabym tylko życzyć sobie i polskim kolegom poetom, by na naszych spotkaniach w Polsce była choć w części taka frekwencja, jak w Xichang.

            Już od pierwszego dnia festiwalu czekało uczestników mnóstwo atrakcji. Po powitalnej kolacji w restauracji Asiniuniu pojechaliśmy do Teatru ARENIU na niesamowite widowisko pełne barw, muzyki, tańca i ognia. Przedstawienie to wprost zapierało dech. Późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu, wciąż mając pod powiekami feerię świateł.

Drugiego dnia po śniadaniu odwiedziliśmy Liangshan Slave Society Museum w Xichang, gdzie zapoznaliśmy się z historią, kulturą i wierzeniami ludu Yi (Nuosu), stanowiącego mniejszość etniczną w Chinach. Była to bardzo ciekawa wycieczka, przybliżyła nam ona lud, na którego ziemiach gościliśmy. Trochę miałam o tym pojęcie, gdyż przed dwoma laty czytałam książkę Jidi Majii, silnie związanego z prowincją Syczun. W książce „Ryty wieczności” zawarł on swoją miłość do ojczystej ziemi, przyrody i mieszkających tam ludzi, opisywał ich obrzędy i odwieczne rytuały. Książka zainteresowała mnie na tyle, że napisałam jej recenzję, która później znalazła się w języku polskim i chińskim w wielkiej dwutomowej antologii, poświęconej twórczości tego niezwykłego pisarza. Na festiwalu otrzymałam w prezencie tę antologię. Po pobycie w Liangshan Slave Society Museum   zwiedziliśmy jeszcze miasto i pospieszyliśmy na obiad.

Po południu w Centrum Konferencyjnym nastąpiło uroczyste otwarcie festiwalu  „2018 Xichang Qionghai Silk Road International Poetry Week». Pan Jidi Majia wraz z Zarządem przywitali zebranych i obsypali złotym pyłem transparent festiwalowy, na którym rozkwitły złote litery, tworzące nazwę festiwalu. Później nastąpiły występy artystyczne, czyli piękne tańce i śpiewy przedstawicieli ludu Yi. Następnie rozpoczęła się konferencja uczestników na temat poezji i jej wpływu na dzisiejszy świat.

Wieczorem pojechaliśmy do liceum w Xichang, gdzie w wypełnionej po brzegi  auli poeci czytali swoje wiersze. Każdy czytał w swoim języku, a tłumacze czytali te utwory po angielsku i chińsku, by każdy mógł zrozumieć i docenić wartość przedstawianych utworów. Czytali zarówno poeci zagraniczni, jak i chińscy autorzy. Cieszyliśmy się, że również Pan Jidi Majia, wiceprezes Związku Pisarzy Chin i jeden z najwybitniejszych poetów tego kraju również razem z nami przedstawiał swoją poezję. Miałam przyjemność siedzieć obok niego podczas prezentacji poetów i widziałam, że był wzruszony, słuchając naszej poezji w  przekładzie na chiński.  Po zakończeniu czytania długo nie mogliśmy opuścić gościnnych progów liceum. Młodzież chciała jeszcze porozmawiać i zrobić sobie z nami zdjęcie, przeważnie selfie telefonem, co przy takiej ich ilości trwało naprawdę  długo. Ale muszę przyznać, że to zainteresowanie i szczera sympatia młodych słuchaczy były bardzo miłe, tym bardziej, że u nas rzadko można się z tym spotkać. Wieczorem trochę zmęczeni, lecz bardzo zadowoleni wróciliśmy, by trochę przespać się przed następnym obfitującym w zdarzenia dniem.

Nazajutrz od rana pojechaliśmy zobaczyć stare miasto w Xichang, ze starą bramą Gatong Gate i dawnymi, kilkusetletnimi murami obronnymi, przypominającymi nieco słynny Chiński Mur. Stare, spajane ryżową zaprawą cegły, w które wrastały korzenie drzew robiły imponujące wrażenie. Przeszliśmy starym traktem do prześlicznej, różnokolorowej pagody, gdzie znajdowało się małe muzeum kultury. Po zwiedzeniu Starówki czekała nas konferencja w Centrum Kultury Nuosu – Nuosu Art Museum & Intl Poets House w Xichang. Po uroczystym powitaniu, pysznych miejscowych ciasteczkach i deserach zasiedliśmy, by wysłuchać prezentacji kilkorga kolegów, którzy przedstawiali swoją twórczość i swoje spojrzenie na temat współczesnej poezji. Nie zabrakło również muzyki ludowej. Grały także dwie studenckie kapele, których nowoczesne formy zupełnie nie przypominały wcześniej słuchanych przez nas utworów. Tam też, z przemówienia dyrektora Jidi Majii dowiedzieliśmy się, że w tym właśnie Centrum Kultury, w którego nazwie figurują również słowa „Dom Poetów”, rzeczywiście oferuje poetom z całego świata możliwość darmowego zamieszkania tam i tworzenia, zupełnie za darmo. Z czymś takim nie spotkałam się się jeszcze nigdzie. Jest to naprawdę piękna i pożyteczna inicjatywa. Można pojechać, pomieszkać tam, poznać tamtejszych ludzi i ich obyczaje i pisać o nich książkę, patrząc przez okno na piękno chińskiego krajobrazu. Bardzo mi się to spodobało!

 

ziola moj jedwabny szlak1

Moja prezentacja - z tłumaczami Dawidem Sulikowskim i Hu Wei

 

Po kolacji wybraliśmy się do kolejnego liceum w Xichang na czytanie wierszy. To wieczorne czytanie poezji było stałym, bardzo przyjemnym punktem programu każdego dnia. Naprawdę miło było obserwować setki ludzi, zarówno młodzieży jak i dorosłych, chcących posłuchać poezji.

Kolejny dzień niósł nowe niespodzianki. Rano zwiedzaliśmy wielki park krajobrazowy Qionghai Wetland Park. To było naprawdę coś! Najpierw popłynęliśmy na płaskich łodziach na drugi brzeg jeziora Qionghai. Wokół nas była spokojna tafla wody, pokryta przekwitającymi już kwiatami i opadłymi liśćmi. Cieniste zatoczki kryły wiele tajemnic. Nad wodą zwieszały się długie gałęzie wierzb płaczących, z wysokich trzcin wychylały głowy zaciekawione ptaki. Otaczające jezioro góry spowite fioletową mgłą wyglądały bajecznie. Następnie kolejkami objechaliśmy duży obszar parku, a później czekał nas jeszcze spacer pośród bananowców i palm, drewniane mosty i ażurowe altanki. Zobaczyliśmy nawet ogromne drzewa z gwiazdami betlejemskimi, które w Polsce znane są tylko jako małe rośliny doniczkowe.

Po południu w Centrum Konferencyjnym Hotelu Qionghai zaplanowała była kolejna prezentacja uczestników festiwalu. Tego dnia ja miałam swoje ważne wystąpienie. Trochę się denerwowałam, ale dzięki życzliwej pomocy dwóch tłumaczy, wspomnianego wcześniej Dawida Sulikowskiego i doskonałego tłumacza chińskiego Hu Wei wszystko poszło dobrze. Dawid tłumaczył z polskiego na angielski, Hu Wei z angielskiego na chiński. Odważyłam się nawet zaśpiewać jeden ze swoich wierszy, uprzedzając jednak tłumaczy, że nie będą musieli śpiewać. Wieczorem poproszono nas o czytanie wierszy, na które przyszło bardzo wielu mieszkańców Xichang. To niezmiennie było wzruszające i zaskakujące.

Przedostatniego dnia festiwalu czekała nas dalsza wycieczka, do Xide Sunshine Springs, miejscowości górskiej z ciepłymi źródłami. Zakwaterowano nas w niezwykłym hotelu, w którym każdy pokój, obok normalnej łazienki, posiadał pomieszczenie z małym basenem (można go było napełniać ciepłą albo gorącą wodą ze źródeł). Po wczesnym lunchu pojechaliśmy do miasteczka, gdzie mogliśmy zobaczyć, jak żyje lud Nuosu. Pokazano nam wyrób wełny, pracę kowali, misterne malowanie pięknych wyrobów z drewna, odwiedziliśmy przedszkole i fabrykę mebli. Wszędzie witani byliśmy bardzo życzliwie. Zwiedzanie zakończyło się wspólnym tańcem ludowym na środku rynku. Niektórzy z nas zdążyli się go nauczyć i wcale nieźle sobie radzili. Późnym wieczorem na stadionie w Xide miało się odbyć ostatnie wielkie czytanie wierszy, połączone z rozpoczęciem Nowego Roku. Na widowni zasiadło ponad 1500 osób. Bardzo uroczyste występy baletu, chórów dziecięcych i pieśniarzy ozdabiało czytane przez poetów strofy. Choć w górach temperatura spadła nagle do kilku stopni powyżej zera i musieliśmy poubierać się w zimowe okrycia, atmosfera na stadionie była gorąca. Prawie do północy pod rozgwieżdżone chińskie niebo ulatywały wiersze ze wszystkich stron świata.

Następnego dnia w południe, w towarzystwie Eduardo i Libora, wylatywałam najpierw do Chengdu, a następnie do Pekinu. Żal mi było opuszczać ten piękny, pełen kolorów i muzyki kraj. Żal było żegnać ludzi, z którymi się zaprzyjaźniłam: sympatycznego,  dyrektora i doskonałego organizatora tego festiwalu Jidi Maiję, miłą koleżankę Basię,  nieocenionego tłumacza Dawida, przystojnego Igora, piękną Jodie i czarującego Marka. Żegnałam się również ze wspaniałym chińskim tłumaczem Hu Wei, który potrafił nawet „na kolanie” przetłumaczyć mój wiersz, i który bardzo rzadko się uśmiechał. Wszystkim im musiałam powiedzieć „do widzenia”, chociaż nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy. Pożegnania zawsze są takie smutne.

            Odwieziono nas na lotnisko w Xichang i zaczął się powrót do domu. Wieczorem dolecieliśmy do Pekinu, gdzie czekał niezawodny Nikołaj Troszin. Trochę porozmawialiśmy i trzeba było iść spać, bo wcześnie rano odlatywał mój samolot do Warszawy. W towarzystwie Niko szybko przeszłam odprawę i znów trzeba było się żegnać. Za chwilę potężny Dreamliner zabierze mnie do nieba. Ale z pewnością w mojej pamięci na zawsze pozostanie ten egzotyczny chiński festiwal, ludzie, których miałam przyjemność poznać i kraj, który kryje w sobie jeszcze tyle tajemnic. I na pewno nie zapomnę koloru słońca, wschodzącego nad spokojną taflą jeziora Qionghai.

 

Papierową wersję tej relacji będzie można przeczytać w 22 numerze kwartalnika LiryDram w pierwszym kwartale 2019 roku.

 

 

Krystyna Cel

 

Portret literacki Stanisława Nyczaja

(fragment Zakończenia)

 

Nyczaj okladkaTwórczość poetycka Stanisława Nyczaja jest sferą najbardziej złożoną, tajemniczą, intymną. Tu wyraża poeta, co czuje najgłębiej i do czego skłania go intuicja. Liryce tej nieobce jest też napięcie dramatyczne, dzięki któremu w oparciu o jeden z jej głównych nurtów mogły powstać dla celów inscenizacyjnych poematy Puls i Pojedynek z Losem. Nie jest to ekspresja zamknięta w sobie, lecz dzięki ironii, grotesce, elementom żartu autor osiąga dystans rozładowujący zbytnią powagę i zbyt wysokie napięcie. W tym sensie, spajając ze sobą różne postawy podmiotu, nawiązuje do tradycji romantycznej, w której bez kolizji czy sprzeczności występowały np. tragizm i komizm. Równowaga tonacji serio i tonacji groteskowej sprawiają, że w refleksji nad współczesnością i tradycją każdego odbiorcę skłoni do zadumy i mądrego krytycyzmu. Znamienne, że ta synchronizacja w warstwie artystycznej objawia się wyważeniem proporcji między obrazem (metaforą) a refleksją (dyskursem). Przy tym czytelnik czy słuchacz wyczuwa, że nic tu nie jest wykalkulowane, a rozwija się na fali autentycznych emocji, z podszeptu natchnienia, z potrzeby wyrażenia swojej postawy (światopoglądu) językiem poezji.