Jacek Matecki



Notatki z rosyjskiej prowincji




jacek matecki


We wrześniu 2014 roku wyjeżdżałem z Rosji na zawsze. Od Smoleńska do Kamczatki przez ten kraj przewalała się euforia po przyłączeniu Krymu. W Donbasie trwały zacięte walki. Popularność prezydenta oscylowała wokół dziewięćdziesięciu procent. W mediach trwał spektakl, przy którym wszelka dotychczasowa znana światu propaganda, wydawała się solidną, wyważoną narracją. Co gorsze działała…
Trudniej było oddychać i pomyślałem, że kilka lat, które tu spędziłem, wystarczy.

Po powrocie do Polski z niejakim zdziwieniem zauważyłem, że nasze  media, aczkolwiek z mniejszym natężeniem, również karmią się same sobą, nie faktami. Podobnie było na Ukrainie, którą odwiedziłem niedługo po powrocie z Rosji. Oglądając na przemian obrazki z ukraińskiej TV i doniesienia Made in Ostankino (siedziba rosyjskiej telewizji) miałem wrażenie, że wyprodukowane zostały przez tę samą agencję reklamową i sprzedawane w pakiecie zainteresowanym stronom. Te same zdjęcia rozwalonych chałup, płaczących staruszek i biegających w panterkach gości. Komentarze i relacje toczka w toczkę: bandyci strzelają do cywilów, nasi chłopcy nas bronią. Cała różnica sprowadzała się do koloru flagi na transporterze opancerzonym. Powiewała żółto-niebieska na przemian z biało-czerwono-niebieską.

Zanim ktoś się obruszy, że i ja uprawiam tu wiadomą propagandę, powinien zajrzeć na YouTube gdzie takich relacji są setki. Jeśli w ogóle jest gdzieś jakaś prawda o tym wszystkim, co się na świecie dzieje, to na pewno nie dotrze się do niej korzystając ze środków masowego przekazu. Wiem, że mówienie czegoś takiego ludziom, którzy każdy dzień zaczynają od lektury ulubionej gazety, czy portalu, nie ma sensu. Nie mniej mówię…

Po siedemnastu miesiącach wróciłem do Rosji. Znowu na głęboką prowincję, aż za Ural, żeby sobie pochodzić po krzywych chodnikach, pojeździć po dziurawych drogach i wytrząść w zatłoczonych elektryczkach. Wróciłem z mocnym postanowieniem: żadnej polityki!

Ale nie da się… W Rosji wszystko jest polityką, bo tu nic nie dzieje się bez jej kontekstu. Po raz tysięczny przekonałem się o tym już w godzinę po przekroczeniu granicy. Zajechałem na lotnisko w Kaliningradzie – to najszybsza i najtańsza droga do Rosji – i zastałem je w gorszym stanie niż zostawiłem. Kilka lat temu rozpoczęto przebudowę, były wielkie plany zrobienia z niego okna na świat i na nich się skończyło. Połowa gmachu rozgrzebana, tu się coś skrzywiło, tam odpadło. Ludziom bardziej opłaca się latać z niedalekiego Gdańska. Człowiek, chcąc nie chcąc, zaczyna porównywać, jak było kilka lat temu a jak jest dzisiaj. Jest gorzej. Może nie tak źle jak chcieliby widzieć zaprzysięgli wrogowie Putina, niemniej różnicę widać gołym okiem. Najprościej zajrzeć do pierwszego z brzegu supermarketu w stylu naszych dyskontów. W 2012 roku półki uginały się od towarów. W 2016 sporo w nich pustej przestrzeni. Tylko spojrzeć na tę pustkę trzeba trochę „rozumiejąco”. Weźmy na przykład taki zielony groszek… Mało kto wie, że Rosja była rajem dla wybrednych smakoszy. W tym nieszczęsnym groszku można było przebierać; francuski, polski, włoski, hiszpański, niemiecki, skądś tam i skądś inąd jeszcze. Dziś jest rosyjski który, doprawdy nie wiem jak producentowi udało się to osiągnąć, rozłazi się w puszce i smak ma taki sobie. Ale jest. Podobnie jest z innymi towarami. Ser, makaron, fasola, kiełbasa, soki, jogurty, mrożonki… Tylko oliwki hiszpańskie. Jabłka z Chin, kiepskie! Piwa z całej Europy. Wódka rosyjska.

Gospodyni może spokojnie podać na obiad spaghetti tyle, że nie posypie go już parmezanem. Nikt jednak nie narzeka. Tak oto polityka wkroczyła do kuchni.

Poza tym obraz, który opisuję dotyczy głębokiej prowincji. W takim Jekatyrenburgu, trzecim mieście Rosji, sklepy, ulice, kawiarnie i domy wyglądają inaczej. Widać pieniądz, wszak to jedno z centrów przemysłowych.

W ostatnim tygodniu spędziłem ponad dwanaście godzin w pociągach podmiejskich i żadnego narzekania, o wzburzeniu już nie wspomnę, nie słyszałem. Naród jest cierpliwy. Naród dostał to, za czym tęsknił od roku 1991 – imperium. Tylko czy prawdziwe imperium, czy jego iluzję?

Obserwując rosyjskie media wątpliwości nie może być żadnych. Wielokrotnie pokazywana relacja powrotu rosyjskich myśliwców opatrzona była komentarzem: po wykonaniu zadania nasi piloci odlecieli do domu, zabierając ze sobą złudzenia Obamy o jednobiegunowym świecie!

Rozmowy Kerry - Ławrow relacjonuje się w TV na żywo, aby udowodnić światu, że wiceprezydent USA musi uzgadniać z Moskwą wszystkie szczegóły. Jaka jest prawda tego, jak powiedziałem, nie wiem. W każdym razie dla Rosjan wygląda ona tak właśnie i warta jest wszelkich wyrzeczeń. A już na pewno poparcia dla polityki swojego prezydenta, który pokazuje palcem na brukselskie leje po bombach i pyta: tego chcecie? Zaraz potem główna stacja telewizyjna nadaje dyskusję z udziałem ekspertów od wszystkiego i oni udowadniają – właściwie to nie udowadniają, bo ekspert nie ma takiego obowiązku, tylko głoszą ex cathedra – że w Rosji udaremnia się 80 procent przygotowań do zamachów, a w Europie na odwrót. W Rosji, podobnie jak w Polsce ekspertów jest jak psów.

W tej wojnie medialnej nie chodzi – jeszcze raz powtórzę - o informację i fakty. Stawką jest wizja świata i przekonanie biednych szarych ludzi, że albo będziecie żyli tak jak wam mówimy, albo przyjdą tamci…

Kim są „my”, kim „tamci” i kto jest „szarym człowiekiem” powinien dopowiedzieć sobie każdy sam.


Jacek Matecki


Pin It