Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Krzysztof Lubczyński rozmawia z JACKIEM FEDOROWICZEM


JACEK FEDOROWICZ czyli głos Dinozaura…



-  Nakładem wydawnictwa Świat Książki ukazała się kolejna -  w Pana dorobku pióra dziewiąta -  pozycja książkowa:  „Ja jako wykopalisko”. Jest ona o tyle nietypowa, że stanowi połączenie napisanego przez laty swoistego pamiętnika z dołączonymi do niego dopiskami współczesnymi. Gdy czytał Pan to swoje „Znalezisko” z 1972 roku, sprzed blisko 40 lat, czyli gdy obcował Pan ze sobą samym sprzed prawie czterech dziesięcioleci, to jakie wrażenia i myśli Panu towarzyszyły?


-  Pierwsze wrażenie było – wstyd się przyznać – że to nieźle napisane...


-  Istnieje powiedzenie: „Styl, to człowiek”. Jakiego człowieka rozpoznaje Pan w sobie,  w tamtym swoim stylu?


- Dość pewnego siebie. Nie stroniącego od udzielania porad i dumnego z osiągniętej pozycji społecznej. Wedle wszelkich kryteriów byłem wtedy człowiekiem, który zrobił karierę, a który jednocześnie zdawał sobie sprawę, że teoretycznie nie miał prawa jej zrobić. Odsyłam do pierwszego rozdziału opisującego egzamin wstępny na studia wyższe – wszyscy byli przekonani, że jako syn wroga ludu, dodatkowo obarczony nienależeniem do ZMP, nie miałem w ogóle szans dostać się na studia. A tu proszę, nie tylko dyplom wyższej uczelni, ale jeszcze uznane przez wybitnych ówczesnych ludzi sztuki osiągnięcia teatralne, plus „masowa” popularność telewizyjna. Obawiam się, że z książki wyłazi ta duma rozpierająca autora….


-  Czy ma Pan poczucie, że bardzo się Pan zmienił od tamtego czasu, czy nie aż tak bardzo?...


-  Diametralnie!...  Mam w sobie co prawda jeszcze spore pokłady satysfakcji z racji wielu różnych mniej lub bardziej uznanych „dokonań”, proszę to ująć w cudzysłów, bo nie znajduję właściwszego słowa – ale przeważa przekonanie, że po pierwsze można było zrobić więcej, napisać lepiej, wymyśleć atrakcyjniej, a po drugie, że to już niestety przeszłość. Owszem, robię groźne miny i napinam muskułki, że „ja wam jeszcze pokażę”, ale realna ocena możliwości każe podejrzewać, że tak wiele to pewnie już mi się nie uda.


-  Poświęcił Pan cały obszerny rozdział poświęcony swoim  studiom w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku...


-  Zdawałem i zdałem na malarstwo. Nie tylko rozdział, ale właściwie cała książka dzieje się w ciągu tych siedmiu lat studiów, choć nie tylko studiów dotyczy, jako że działo się wówczas  bardzo wiele. Robiliśmy teatr, potem dwutygodnik społeczno-kulturalny; z powodzeniem próbowałem anektować radio, jako środek wyrazu, który leży mi wyjątkowo, potem doszły pierwsze próby telewizyjne. Niech pan sobie wyobrazi, że przed kamerą telewizyjną stanąłem w roku 1956, czyli – no nie wiem ile pan ma lat, dla mnie wszyscy poniżej sześćdziesiątki to dzieci – czyli w momencie, kiedy pewnie jeszcze nie tylko pana  nie było na świecie, ale nawet pańskich rodziców. To było w ramach występu w warszawskiej telewizji naszego teatru Bim-Bom, zaprosili nas tam z fragmentami programu. Nie wiem ile osób nas oglądało, telewizorów w prywatnych rękach było wtedy pewnie w Warszawie tak ze trzydzieści… Przepraszam, rozgadałem się. Tak. Studia w PWSSP zajmują potężny kawał książki, ale to jest taki hołd oddawany tej uczelni. I chęć odtworzenia intensywności przeżywania tamtych lat. Przyznam się, że w pewnym momencie pokazanie, że jestem coś wart jako plastyk, było dla mnie niesłychanie ważne. A potem inne ambicje okazały się ważniejsze. Powiedziałbym nawet: wkrótce potem.


-  Z wyuczonym zawodem artysty malarza zerwał Pan bardzo dawno, ale czy – jak to czasem bywa – zostało coś w Panu z dawnego, „przedpotopowego” wykształcenia, z artysty malarza bądź co bądź? (abstrahuję w tym momencie od Pana znanej działalności rysunkowej)


-  Oczywiście. Bardzo wiele!...


-  Czy na przykład ma Pan skłonność do postrzegania rzeczywistości obrazami, kategoriami plastycznymi?


-   A nie, to nie na tym polega. Przede wszystkim ta niezapomniana, wspaniała gdańska PWSSP (dzisiaj już ASP) ukształtowała mój smak i gust. Nie tylko plastyczny. W czasach stalinowskich -  to było coś w rodzaju oazy, w której chroniły się resztki normalności, kultury, niezależnego myślenia. Natomiast wpływ malowania obrazów na warsztat człowieka piszącego jest – choć niewątpliwy – to jednak dość skomplikowany, niebezpośredni i trudny do opowiedzenia. Wie pan, że  na przykład  pisząc scenariusz filmowy, starałem się zachować w dramaturgii zasady kompozycji rządzącej płótnem. A w każdym razie wydawało mi się, że się staram.


-  Czy w Pana domu wisi na ścianie choć jeden „duży olej” własnego autorstwa?


-  Trzy. Ale nie jestem z nich dumny. Lepsze gdzieś się zagubiły w czeluściach archiwum ASP.


-   Czy może Pan podzielić się choć garścią wspomnień z gdyńskich czasów licealnych i z maturalnego liceum św. Augustyna w Warszawie? Czy wspomina Pan dobrze jakichś nauczycieli, a także jakichś profesorów z PWSSP? Chodzi mi o porcję takich trochę „wspomnień niebieskiego mundurka” i „wspomnień samowara”…


-  O przepraszam! Nie po to piszę książkę, żebym ją miał teraz streszczać w rozmowie z panem! Ktoś przeczyta ten wywiad i uzna, że już nie musi zaglądać do książki. A mnie bardzo zależy, żeby ona jednak skusiła możliwie jak największą liczbę czytelników. Więc zachęcam do przeczytania. O PWSSP jest tam niemało, o profesorach też, a jeszcze więcej o studentach, którzy potem stali się profesorami, a teraz są z reguły profesorami na emeryturze. Mogę za to  słówko o nauczycielach licealnych. Otóż wspominam bardzo dobrze nauczycieli przedwojennych (wielu takich jeszcze uczyło i w Gdyni, i w Warszawie, gdzie się przeniosłem przed maturą) i bardzo źle nauczycieli „z awansu”. Starsi ludzie wiedzą, co znaczy to określenie. Komuniści cierpieli na brak popierających ich inteligentów, wobec tego starali się produkować inteligentów własnych w przyspieszonym tempie. Skutki bywały opłakane. Dość nienormalną sytuacją jest gdy uczeń (siebie mam na myśli) znacznie lepiej mówi po polsku od swego nauczyciela i dysponuje większym zasobem słów. Wiele cech językowych moich nauczycieli licealnych przeniosłem potem po wielu latach do radiowej postaci „Kolegi Kierownika”.


-  Nie pozostawia Pan w swojej książce wątpliwości co do tego, że nie ma Pan żadnego sentymentu do PRL.  Bardzo krytycznie ocenia Pan czasy swej młodości, choćby ich żmudną siermiężność. Zauważyłem jednak, przy okazji rozmów z ludźmi kultury, że część z nich nieco złagodziła swoje ostre, antypeerelowskie nastroje z przełomu lat 80. / 90. i skłonna jest do chwalenia uprzywilejowanej – przy wszystkich ograniczeniach cenzuralnych, ideologicznych – roli kultury wyższej w tamtym okresie czy choćby faktu, że przywódcy PRL dawali pieniądze na arcydzieła – nie tylko  kina -  atakujące ustrój.  Czy drażnią Pana wspomniane postawy, jeśli się Pan z nimi zetknie?


- Drażnią mnie owszem, ale przede wszystkim postawy skrajne, w obu – że tak powiem – kierunkach, bo rzeczywistość jest zawsze złożona niestety. Skrajne potępienie PRL na przełomie lat 80. /  90. było wytłumaczalne, ponieważ czas wojny wymusza skrajność – inaczej być nie może. Nasza wojna była bezkrwawa, ale to była wojna o odzyskanie niepodległości jednak, i wtedy nikt nie szukał dobrych stron w Peerelu. Ja mogę przyznać, że komuniści dawali pieniądze na kulturę, ale nie mogę nie zaznaczyć przy tym, że dawali, bo chcieli przy tym mieć swoje zyski propagandowe. W sferze kultury działo się w PRL bardzo dużo dobrego, ale to co najlepsze działo się wbrew PRL, lub przynajmniej pomimo. Dawali pieniądze na arcydzieła atakujące ustrój? To nie tak. Te pieniądze były im wydzierane, czasem w trudnych bojach. Wiem coś o tym jako współscenarzysta dwóch zrealizowanych i siedmiu (albo i więcej, już sam nie mogę się doliczyć) niezrealizowanych komedii filmowych, pisanych ze Staszkiem Bareją. A także jako autor książki „W zasadzie TAK” którą Stefan Kisielewski określił jako „najbardziej antykomunistyczną książkę wydaną za pieniądze komunistów”.

 

-  Zatem komuniści na własne życzenie – niejako psuli swój wizerunek?...

 

-  W tamtych latach - do powstania Solidarności -  państwo było jedynym producentem wszystkiego i jeżeli ktoś chciał docierać ze swoją sztuką,  czy powiedzmy szerzej – ze swoim przekazem, do większej niż towarzystwo przy kawiarnianym stoliku   liczby odbiorców, musiał korzystać z pieniędzy państwa. Dopiero po 1980 można się było uniezależnić, bo dzięki Solidarności można było trafiać do odbiorców bez pośrednictwa państwa. Po wygranej „wojnie” skrajności już nie toleruję, bo już nie obowiązują reguły z pola walki, jest normalnie i trzeba widzieć rzeczywistość taką, jaka ona jest, czyli skomplikowaną, co w praktyce sprowadza się po prostu do tego, że ani nie można wychwalać komunistów, ani też potępiać w czambuł. W książce opisuję zdumiewające, trudne dziś do wyobrażenia zdarzenia, jak na przykład  przygodę z cenzorem, który walczył o to, żeby mojego felietonu nie skreślać i całą historię wydania „W zasadzie TAK”, gdzie redaktor państwowego wydawnictwa ryzykował chyba więcej niż autor….

 

-   Czy koresponduje to Panu jakoś z postawami, o których mowa jest w Pana książce, czyli  postawami pogodzenia z PRL, które wśród ludzi kultury w tamtej epoce,  szczególnie w latach 60. i 70.  dominowały, choćby były motywowane konformizmem? A może i Pan doszedł po latach do wniosku, że przy wszystkich swych ciężkich wadach, PRL była - per saldo - rajem dla kultury?

 

- Niech pan nie żartuje. Ale co do postaw, to nie nazywałbym konformizmem prób urządzenia sobie normalnego życia. Nie można kilku dziesięcioleci spędzić w okopach. We wczesnych latach 60. i 70. wszyscy byli przekonani, że komunizm będzie trwał jeszcze Bóg wie jak długo i wszystko sprowadzało się do tego, żeby urządzić się jakoś, a jednocześnie nie być świnią. Mówiłem na spotkaniach autorskich (w latach 80.),  że żyjemy w wielkiej kadzi g….. , w której muszą być wszyscy, ale stopień umazania zależy już od nich samych. Jedni starają się ubabrać tylko do kostek, inni decydują się, że dla dobra rodziny będą w tym tkwić po kolana, ale ani kawałka dalej;  a są też i tacy, co w tej kadzi z lubością zanurzają się po szyję, a czasem i  nurkują!…

-  Mimo, że był Pan i jest krytykiem PRL, co wyraziło się w opozycyjnej części Pana biografii przypadającej na czas stanu wojennego, to jednocześnie jest Pan (z wzajemnością)  bardzo nielubiany przez środowiska dzisiejszej radykalnej prawicy z PiS na czele. Czy spodziewał się Pan, że kiedyś tak bardzo nie będzie się Pan lubił z częścią środowisk wywodzących się z ruchu solidarnościowego?


- Absolutnie się nie spodziewałem i bardzo mi się to nie podoba. Ale nie obwiniam obu stron  po równo. Przepraszam,  ale uważam, że to oni błądzą. Ale nie mówmy o polityce. Proszę o pytanie obyczajowe….


-  O obyczajowości czasów PRL mówi się często jako o brutalnej, często naznaczonej chamstwem, na które odtrutką mieli być kulturalni, zjawiskowi Starsi Panowie Dwaj….   Jednakże poetyka ówczesnej estrady i popkultury była milusińska, liryczna, naiwna (ci bajkowo chłopięcy, poetyczni w zachowaniu młodzi mężczyźni), podczas gdy dziś panuje moda na brutalną dosłowność, a i  obyczaje obecne też nie są specjalnie łagodne. Czy nie sądzi Pan, że po zmianie ustroju wcale nie złagodnieliśmy, że nadal stosunki w naszym społeczeństwie są brutalne, tyle że ta brutalność zmieniła „poetykę” i formy?


-   Chamstwo i brutalność są nie do uniknięcia w żadnym ustroju, ponieważ są właściwe naturze ludzkiej. Choć dawniej chętnie wierzyliśmy, że to socjalizm promuje to co najgorsze. Tak owszem było, ale to nie znaczy że w demokracji nagle wszyscy staną się aniołami. Choć trzeba przyznać, że tak jak socjalizm wymuszał wzajemną wrogość jednostek konkurujących do ograniczonej, wciąż malejącej ilości dóbr, tak kapitalizm promuje grzeczność, jako sposób na wzajemne skłanianie jednostek, by nabywały dobra, których mamy nadmiar i które strasznie trudno jest sprzedać. Wolę udawaną grzeczność, niż szczerą brutalność.


-  Był Pan uczestnikiem, współtwórcą legendarnego fermentu, fenomenu kultury przełomu lat 50. / 60., jakim był  na przykład  teatr Bim-Bom z Wybrzeża, boom teatrzyków i kabaretów, twórczości studenckiej. Jakie to uczucie - świadomość i pamięć zaistnienia w legendzie, bycie częścią mitu?


- Oczywiście uczucie satysfakcji, ono dominuje, przynajmniej w moim wypadku. Tym bardziej, że uważam, że wtedy zrobiliśmy coś naprawdę bardzo dobrego i wszelkie pochwały są zasłużone. Tu proszę nie oczekiwać ode mnie żadnej skromności.


-  Ważnymi postaciami tej legendy byli tacy artyści jak Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela. Gdyby żyli, mieli by dziś ponad 80 lat. Czy zdarzyło się Panu wyobrażać sobie, kim byli by dziś, gdyby razem z nami przeżyli minione cztery dziesięciolecia?


-  Ciekawe pytanie. Nie. Nie wyobrażałem sobie nigdy. Bobek byłby teraz tuż przed osiemdziesiątką. Zbyszek miałby 84. Lata. Teoretycznie obaj mieliby szanse wciąż grać;  to już zależałoby od tego, czy w pewnym momencie umieliby się wziąć w garść. Wierzę, że tak. W książce dużo piszę o nich obydwu i nie tylko o nich, bo przecież jeszcze:  Wowo Bielickim, Tadeuszu Chyle, aktorze Tadeuszu Wojtychu, reżyserze Witoldzie Leszczyńskim, Sławomirze Mrożku, Jerzym Afanasjewie. Jedni dali sobie radę w dalszym życiu, inni niestety nie. Mój przyjaciel występujący na prawie każdej stronie, Wojciech Stankiewicz, jest do dziś(!) dyrektorem Szpitala Psychiatrycznego w Gdańsku i wziętym psychiatrą…

 

- … w obecnych czasach – jak sądzę - także bardzo przydatna znajomość…

 

-  ….inny wielostronicowy bohater opowieści, Włod Łajming, to przez dłuższy czas pan dziekan wydziału malarstwa naszej ASP;  Rysiek Zawadzki, wicemistrz pamiętnego biegu dookoła Opery Bałtyckiej, do dziś gra w tenisa jak szatan i jest konstruktorem wielkich budowli w Kanadzie i tak dalej i tak dalej…. Dzisiaj byłem na spotkaniu z Władysławem Bartoszewskim na Uniwersytecie Warszawskim z okazji promocji jego kolejnej książki. Co za temperament! A przy tym jak bezbłędnie funkcjonująca głowa! Dowcip, umiejętność trzymania sali w stanie stałego napięcia, fenomenalna pamięć! A przecież profesor lada chwila kończy 90 lat. To zdumiewające i krzepiące niebywale. Zbyszek, gdyby żył, nawet gdyby nie był w takiej formie fizycznej, żeby grać, to na pewno mógłby reżyserować. A Kobiela grałby na pewno. Mój Boże, wiele straciliśmy przez te głupie, przypadkowe śmierci…

 

-  Poświęcił Pan dużo miejsca swoim zajęciom malarsko-graficznym, redaktorskim, estradowym, a bardzo lakonicznie potraktował Pan swoje zajęcia aktorskie. A przecież jest Pan popularną, a nawet ikoniczną postacią polskiego kina - ma Pan na swoim koncie udział w tak ważnym i wybitnym filmie jak „Do widzenia do jutra”, czy role w tak popularnych komediach, jak „Kochajmy Syrenki”, „Lekarstwo na miłość” „Motodrama”, czy „Nie ma róży bez ognia”. Czy praca na planie tych filmów pozostawiła w Pana pamięci jakieś ciekawe wspomnienia, anegdoty?


-  Eeee, nie przesadzajmy z tymi pochwałami. Rzeczywiście mam sporo wspomnień związanych z kinem, ale – przypominam – książka „JA jako wykopalisko” ma swój ściśle określony czas: zaczyna się egzaminem wstępnym (1953) a kończy, po siedmiu latach, dyplomem. Debiut filmowy w „Do widzenia do jutra” (pamiętam, że w ostatniej chwili przed zatwierdzeniem ostatecznej wersji plakatu rozgorzała gorąca dyskusja czy „do widzenia” pisze się razem czy osobno) nastąpił tuż po dyplomie. Stąd brak tego tematu w moich opowieściach.


-  W finale swojej książki sugeruje Pan, że być może napisze Pan kolejną, dziesiątą już książkę. Czemu będzie poświęcona? Czego Pan jeszcze należycie  nie opisał ze swojego życia i działalności?


- No może właśnie filmu i o filmie by należało. Poradnik: jak zagrać trzy główne role w pełnometrażowych filmach fabularnych będąc antytalentem filmowym i cierpiąc na totalny paraliż podczas każdego kontaktu z kamerą filmową, jak zostać współscenarzystą najsłynniejszego autora komedii filmowych dokumentujących PRL -  będąc specjalistą od form krótkich nie przekraczających dziesięciu minut… Tak. Spróbuję coś takiego. Chyba, że nakład „Wykopaliska” wróci z księgarń niesprzedany. Wtedy się nie zdecyduję na żadne pisanie, ponieważ nigdy niczego nie piszę dla siebie. Wyłącznie dla czytelników (widzów, telewidzów, radiosłuchaczy).

 

---------------------------------------------------------------

JACEK FEDOROWICZ – ur. 19 lipca 1937 roku w Gdyni, w rodzinie warszawiaków współtworzących polską gospodarkę morską. Absolwent Wydziału Malarstwa Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku ( 1960). Był jednym z założycieli (m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bogumiłem Kobielą)  gdańskiego, studenckiego teatru Bim-Bom (1954–1960) i aktorów tego teatru. Jako autor i rysownik-karykaturzysta współpracował z prasą (m.in. "Dookoła świata", "Po prostu", "Dziennik Bałtycki", "Szpilki", "Itd").

W drugiej połowie lat 60. występował w Telewizji Polskiej, gdzie współtworzył m.in. wraz z Jerzym Gruzą programy rozrywkowe, między innymi Małżeństwo doskonałe” czy „Kariera”. W latach 70. w radiowej Trójce był współautorem magazynu satyrycznego „60 minut na godzinę, tworząc między innymi  postacie Kolegi Kierownika i Kolegi Kuchmistrza. W latach 80. zaangażowany  w działalność opozycyjną. W latach 90.  prowadził w TVP program satyryczny „Dziennik Telewizyjny”.  Obdarzony aktorskim talentem komicznym, zagrał role w popularnych filmach, głównie komediowych, takich jak:  „Do widzenia, do jutra (1960), „Małżeństwo z rozsądku (1966), „Lekarstwo na miłość (1966), „Kochajmy Syrenki (1967), „Motodrama (1971) (Jacek - rola główna), „Milion za Laurę (1971), „Poszukiwany, poszukiwana (1972), „Nie ma róży bez ognia (1974). Autor książek, m.in. „Porad estradowca dla kolegów dramatycznych” (1974) czy - przedostatniej - „PasTVisko” (2009).

 

--

W tym roku nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu ukaże się książka Krzysztofa LubczyńskiegoMieszanka firmowa. Rozmowy i szkice literackie”.

Składać się na nią będą przeprowadzone na przestrzeni 18 lat rozmowy z kilkunastoma znanymi i wybitnymi polskimi (jeden wyjątek – węgierski pisarz Gyorgy Spiro, wszakże zajmujący się problematyką na wskroś polską, autor głośnych „Mesjaszy") pisarzami i poetami starszego pokolenia, m.in. z R. Bratnym, J. Krasińskim, J. Henem, Z. Safjanem, E. Bryllem, A. Mandalianem, a także nieżyjącymi już J.S. Stawińskim i W. Żukrowskim).

Mieszanka firmowa” zawierać też będzie rozmowy z kilkoma znanymi krytykami i eseistami (m.in. z nieżyjącym już R. Matuszewskim, a także z M. Komarem, W. Sadkowskim czy A. Żurowskim), dwie rozmowy ze światowej renomy myślicielami (Z. Baumanem i A. Walickim) oraz kilka szkiców krytyczno-literackich poświęconych gronu pisarzy i krytyków, zarówno żyjących (m.in. J. Bocheński, T. Konwicki, S. Mrożek, J.M. Rymkiewicz, J. Głowacki, A. Żuławski, E. Niziurski), jak i nieżyjących (m.in. T. Breza, K. Brandys, K. Mętrak, W. Sokorski) .

Zgodnie z tytułem zawierającym słowo „mieszanka”, wspomniany zbiór charakteryzuje się wszechstronną różnorodnością. I to właśnie o nią chodziło autorowi - o różnorodność „ponad podziałami”. Rozmówcy Lubczyńskiego to twórcy najrozmaitszego autoramentu pisarskiego, estetycznego, a także środowiskowego i ideowo-politycznego, można by rzec, twórcy z różnych, nieraz antagonistycznych kręgów literatury polskiej. Dzieli ich niejednokrotnie bardzo, bardzo wiele, ale łączy jedno – każdy z nich pozostawił już swój ważny ślad na szlaku literatury polskiej. Dzięki temu książka ta jest ważnym przyczynkiem do obrazu polskiej literatury od 1945 roku.

JACEK FEDOROWICZ czyli głos Dinozaura…

Z JACKIEM FEDOROWICZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński

- Nakładem wydawnictwa Świat Książki ukazała się kolejna - w Pana dorobku pióra dziewiąta - pozycja książkowa: „Ja jako wykopalisko”. Jest ona o tyle nietypowa, że stanowi połączenie napisanego przez laty swoistego pamiętnika z dołączonymi do niego dopiskami współczesnymi. Gdy czytał Pan to swoje „Znalezisko” z 1972 roku, sprzed blisko 40 lat, czyli gdy obcował Pan ze sobą samym sprzed prawie czterech dziesięcioleci, to jakie wrażenia i myśli Panu towarzyszyły?

- Pierwsze wrażenie było – wstyd się przyznać – że to nieźle napisane...

- Istnieje powiedzenie: „Styl, to człowiek”. Jakiego człowieka rozpoznaje Pan w sobie, w tamtym swoim stylu?

- Dość pewnego siebie. Nie stroniącego od udzielania porad i dumnego z osiągniętej pozycji społecznej. Wedle wszelkich kryteriów byłem wtedy człowiekiem, który zrobił karierę, a który jednocześnie zdawał sobie sprawę, że teoretycznie nie miał prawa jej zrobić. Odsyłam do pierwszego rozdziału opisującego egzamin wstępny na studia wyższe – wszyscy byli przekonani, że jako syn wroga ludu, dodatkowo obarczony nienależeniem do ZMP, nie miałem w ogóle szans dostać się na studia. A tu proszę, nie tylko dyplom wyższej uczelni, ale jeszcze uznane przez wybitnych ówczesnych ludzi sztuki osiągnięcia teatralne, plus „masowa” popularność telewizyjna. Obawiam się, że z książki wyłazi ta duma rozpierająca autora….

- Czy ma Pan poczucie, że bardzo się Pan zmienił od tamtego czasu, czy nie aż tak bardzo?...

- Diametralnie!... Mam w sobie co prawda jeszcze spore pokłady satysfakcji z racji wielu różnych mniej lub bardziej uznanych „dokonań”, proszę to ująć w cudzysłów, bo nie znajduję właściwszego słowa – ale przeważa przekonanie, że po pierwsze można było zrobić więcej, napisać lepiej, wymyśleć atrakcyjniej, a po drugie, że to już niestety przeszłość. Owszem, robię groźne miny i napinam muskułki, że „ja wam jeszcze pokażę”, ale realna ocena możliwości każe podejrzewać, że tak wiele to pewnie już mi się nie uda.

- Poświęcił Pan cały obszerny rozdział poświęcony swoim studiom w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Gdańsku...

- Zdawałem i zdałem na malarstwo. Nie tylko rozdział, ale właściwie cała książka dzieje się w ciągu tych siedmiu lat studiów, choć nie tylko studiów dotyczy, jako że działo się wówczas bardzo wiele. Robiliśmy teatr, potem dwutygodnik społeczno-kulturalny; z powodzeniem próbowałem anektować radio, jako środek wyrazu, który leży mi wyjątkowo, potem doszły pierwsze próby telewizyjne. Niech pan sobie wyobrazi, że przed kamerą telewizyjną stanąłem w roku 1956, czyli – no nie wiem ile pan ma lat, dla mnie wszyscy poniżej sześćdziesiątki to dzieci – czyli w momencie, kiedy pewnie jeszcze nie tylko pana nie było na świecie, ale nawet pańskich rodziców. To było w ramach występu w warszawskiej telewizji naszego teatru Bim-Bom, zaprosili nas tam z fragmentami programu. Nie wiem ile osób nas oglądało, telewizorów w prywatnych rękach było wtedy pewnie w Warszawie tak ze trzydzieści… Przepraszam, rozgadałem się. Tak. Studia w PWSSP zajmują potężny kawał książki, ale to jest taki hołd oddawany tej uczelni. I chęć odtworzenia intensywności przeżywania tamtych lat. Przyznam się, że w pewnym momencie pokazanie, że jestem coś wart jako plastyk, było dla mnie niesłychanie ważne. A potem inne ambicje okazały się ważniejsze. Powiedziałbym nawet: wkrótce potem.

- Z wyuczonym zawodem artysty malarza zerwał Pan bardzo dawno, ale czy – jak to czasem bywa – zostało coś w Panu z dawnego, „przedpotopowego” wykształcenia, z artysty malarza bądź co bądź? (abstrahuję w tym momencie od Pana znanej działalności rysunkowej)

- Oczywiście. Bardzo wiele!...

- Czy na przykład ma Pan skłonność do postrzegania rzeczywistości obrazami, kategoriami plastycznymi?

- A nie, to nie na tym polega. Przede wszystkim ta niezapomniana, wspaniała gdańska PWSSP (dzisiaj już ASP) ukształtowała mój smak i gust. Nie tylko plastyczny. W czasach stalinowskich - to było coś w rodzaju oazy, w której chroniły się resztki normalności, kultury, niezależnego myślenia. Natomiast wpływ malowania obrazów na warsztat człowieka piszącego jest – choć niewątpliwy – to jednak dość skomplikowany, niebezpośredni i trudny do opowiedzenia. Wie pan, że na przykład pisząc scenariusz filmowy, starałem się zachować w dramaturgii zasady kompozycji rządzącej płótnem. A w każdym razie wydawało mi się, że się staram.

- Czy w Pana domu wisi na ścianie choć jeden „duży olej” własnego autorstwa?

- Trzy. Ale nie jestem z nich dumny. Lepsze gdzieś się zagubiły w czeluściach archiwum ASP.

- Czy może Pan podzielić się choć garścią wspomnień z gdyńskich czasów licealnych i z maturalnego liceum św. Augustyna w Warszawie? Czy wspomina Pan dobrze jakichś nauczycieli, a także jakichś profesorów z PWSSP? Chodzi mi o porcję takich trochę „wspomnień niebieskiego mundurka” i „wspomnień samowara”…

- O przepraszam! Nie po to piszę książkę, żebym ją miał teraz streszczać w rozmowie z panem! Ktoś przeczyta ten wywiad i uzna, że już nie musi zaglądać do książki. A mnie bardzo zależy, żeby ona jednak skusiła możliwie jak największą liczbę czytelników. Więc zachęcam do przeczytania. O PWSSP jest tam niemało, o profesorach też, a jeszcze więcej o studentach, którzy potem stali się profesorami, a teraz są z reguły profesorami na emeryturze. Mogę za to słówko o nauczycielach licealnych. Otóż wspominam bardzo dobrze nauczycieli przedwojennych (wielu takich jeszcze uczyło i w Gdyni, i w Warszawie, gdzie się przeniosłem przed maturą) i bardzo źle nauczycieli „z awansu”. Starsi ludzie wiedzą, co znaczy to określenie. Komuniści cierpieli na brak popierających ich inteligentów, wobec tego starali się produkować inteligentów własnych w przyspieszonym tempie. Skutki bywały opłakane. Dość nienormalną sytuacją jest gdy uczeń (siebie mam na myśli) znacznie lepiej mówi po polsku od swego nauczyciela i dysponuje większym zasobem słów. Wiele cech językowych moich nauczycieli licealnych przeniosłem potem po wielu latach do radiowej postaci „Kolegi Kierownika”.

- Nie pozostawia Pan w swojej książce wątpliwości co do tego, że nie ma Pan żadnego sentymentu do PRL. Bardzo krytycznie ocenia Pan czasy swej młodości, choćby ich żmudną siermiężność. Zauważyłem jednak, przy okazji rozmów z ludźmi kultury, że część z nich nieco złagodziła swoje ostre, antypeerelowskie nastroje z przełomu lat 80. / 90. i skłonna jest do chwalenia uprzywilejowanej – przy wszystkich ograniczeniach cenzuralnych, ideologicznych – roli kultury wyższej w tamtym okresie czy choćby faktu, że przywódcy PRL dawali pieniądze na arcydzieła – nie tylko kina - atakujące ustrój. Czy drażnią Pana wspomniane postawy, jeśli się Pan z nimi zetknie?

- Drażnią mnie owszem, ale przede wszystkim postawy skrajne, w obu – że tak powiem – kierunkach, bo rzeczywistość jest zawsze złożona niestety. Skrajne potępienie PRL na przełomie lat 80. / 90. było wytłumaczalne, ponieważ czas wojny wymusza skrajność – inaczej być nie może. Nasza wojna była bezkrwawa, ale to była wojna o odzyskanie niepodległości jednak, i wtedy nikt nie szukał dobrych stron w Peerelu. Ja mogę przyznać, że komuniści dawali pieniądze na kulturę, ale nie mogę nie zaznaczyć przy tym, że dawali, bo chcieli przy tym mieć swoje zyski propagandowe. W sferze kultury działo się w PRL bardzo dużo dobrego, ale to co najlepsze działo się wbrew PRL, lub przynajmniej pomimo. Dawali pieniądze na arcydzieła atakujące ustrój? To nie tak. Te pieniądze były im wydzierane, czasem w trudnych bojach. Wiem coś o tym jako współscenarzysta dwóch zrealizowanych i siedmiu (albo i więcej, już sam nie mogę się doliczyć) niezrealizowanych komedii filmowych, pisanych ze Staszkiem Bareją. A także jako autor książki „W zasadzie TAK” którą Stefan Kisielewski określił jako „najbardziej antykomunistyczną książkę wydaną za pieniądze komunistów”.

- Zatem komuniści na własne życzenie – niejako psuli swój wizerunek?...

- W tamtych latach - do powstania Solidarności - państwo było jedynym producentem wszystkiego i jeżeli ktoś chciał docierać ze swoją sztuką, czy powiedzmy szerzej – ze swoim przekazem, do większej niż towarzystwo przy kawiarnianym stoliku liczby odbiorców, musiał korzystać z pieniędzy państwa. Dopiero po 1980 można się było uniezależnić, bo dzięki Solidarności można było trafiać do odbiorców bez pośrednictwa państwa. Po wygranej „wojnie” skrajności już nie toleruję, bo już nie obowiązują reguły z pola walki, jest normalnie i trzeba widzieć rzeczywistość taką, jaka ona jest, czyli skomplikowaną, co w praktyce sprowadza się po prostu do tego, że ani nie można wychwalać komunistów, ani też potępiać w czambuł. W książce opisuję zdumiewające, trudne dziś do wyobrażenia zdarzenia, jak na przykład przygodę z cenzorem, który walczył o to, żeby mojego felietonu nie skreślać i całą historię wydania „W zasadzie TAK”, gdzie redaktor państwowego wydawnictwa ryzykował chyba więcej niż autor….

- Czy koresponduje to Panu jakoś z postawami, o których mowa jest w Pana książce, czyli postawami pogodzenia z PRL, które wśród ludzi kultury w tamtej epoce, szczególnie w latach 60. i 70. dominowały, choćby były motywowane konformizmem? A może i Pan doszedł po latach do wniosku, że przy wszystkich swych ciężkich wadach, PRL była - per saldo - rajem dla kultury?

- Niech pan nie żartuje. Ale co do postaw, to nie nazywałbym konformizmem prób urządzenia sobie normalnego życia. Nie można kilku dziesięcioleci spędzić w okopach. We wczesnych latach 60. i 70. wszyscy byli przekonani, że komunizm będzie trwał jeszcze Bóg wie jak długo i wszystko sprowadzało się do tego, żeby urządzić się jakoś, a jednocześnie nie być świnią. Mówiłem na spotkaniach autorskich (w latach 80.), że żyjemy w wielkiej kadzi g….. , w której muszą być wszyscy, ale stopień umazania zależy już od nich samych. Jedni starają się ubabrać tylko do kostek, inni decydują się, że dla dobra rodziny będą w tym tkwić po kolana, ale ani kawałka dalej; a są też i tacy, co w tej kadzi z lubością zanurzają się po szyję, a czasem i nurkują!…

- Mimo, że był Pan i jest krytykiem PRL, co wyraziło się w opozycyjnej części Pana biografii przypadającej na czas stanu wojennego, to jednocześnie jest Pan (z wzajemnością) bardzo nielubiany przez środowiska dzisiejszej radykalnej prawicy z PiS na czele. Czy spodziewał się Pan, że kiedyś tak bardzo nie będzie się Pan lubił z częścią środowisk wywodzących się z ruchu solidarnościowego?

- Absolutnie się nie spodziewałem i bardzo mi się to nie podoba. Ale nie obwiniam obu stron po równo. Przepraszam, ale uważam, że to oni błądzą. Ale nie mówmy o polityce. Proszę o pytanie obyczajowe….

- O obyczajowości czasów PRL mówi się często jako o brutalnej, często naznaczonej chamstwem, na które odtrutką mieli być kulturalni, zjawiskowi Starsi Panowie Dwaj…. Jednakże poetyka ówczesnej estrady i popkultury była milusińska, liryczna, naiwna (ci bajkowo chłopięcy, poetyczni w zachowaniu młodzi mężczyźni), podczas gdy dziś panuje moda na brutalną dosłowność, a i obyczaje obecne też nie są specjalnie łagodne. Czy nie sądzi Pan, że po zmianie ustroju wcale nie złagodnieliśmy, że nadal stosunki w naszym społeczeństwie są brutalne, tyle że ta brutalność zmieniła „poetykę” i formy?

- Chamstwo i brutalność są nie do uniknięcia w żadnym ustroju, ponieważ są właściwe naturze ludzkiej. Choć dawniej chętnie wierzyliśmy, że to socjalizm promuje to co najgorsze. Tak owszem było, ale to nie znaczy że w demokracji nagle wszyscy staną się aniołami. Choć trzeba przyznać, że tak jak socjalizm wymuszał wzajemną wrogość jednostek konkurujących do ograniczonej, wciąż malejącej ilości dóbr, tak kapitalizm promuje grzeczność, jako sposób na wzajemne skłanianie jednostek, by nabywały dobra, których mamy nadmiar i które strasznie trudno jest sprzedać. Wolę udawaną grzeczność, niż szczerą brutalność.

- Był Pan uczestnikiem, współtwórcą legendarnego fermentu, fenomenu kultury przełomu lat 50. / 60., jakim był na przykład teatr Bim-Bom z Wybrzeża, boom teatrzyków i kabaretów, twórczości studenckiej. Jakie to uczucie - świadomość i pamięć zaistnienia w legendzie, bycie częścią mitu?

- Oczywiście uczucie satysfakcji, ono dominuje, przynajmniej w moim wypadku. Tym bardziej, że uważam, że wtedy zrobiliśmy coś naprawdę bardzo dobrego i wszelkie pochwały są zasłużone. Tu proszę nie oczekiwać ode mnie żadnej skromności.

- Ważnymi postaciami tej legendy byli tacy artyści jak Zbigniew Cybulski i Bogumił Kobiela. Gdyby żyli, mieli by dziś ponad 80 lat. Czy zdarzyło się Panu wyobrażać sobie, kim byli by dziś, gdyby razem z nami przeżyli minione cztery dziesięciolecia?

- Ciekawe pytanie. Nie. Nie wyobrażałem sobie nigdy. Bobek byłby teraz tuż przed osiemdziesiątką. Zbyszek miałby 84. Lata. Teoretycznie obaj mieliby szanse wciąż grać; to już zależałoby od tego, czy w pewnym momencie umieliby się wziąć w garść. Wierzę, że tak. W książce dużo piszę o nich obydwu i nie tylko o nich, bo przecież jeszcze: Wowo Bielickim, Tadeuszu Chyle, aktorze Tadeuszu Wojtychu, reżyserze Witoldzie Leszczyńskim, Sławomirze Mrożku, Jerzym Afanasjewie. Jedni dali sobie radę w dalszym życiu, inni niestety nie. Mój przyjaciel występujący na prawie każdej stronie, Wojciech Stankiewicz, jest do dziś(!) dyrektorem Szpitala Psychiatrycznego w Gdańsku i wziętym psychiatrą…

- … w obecnych czasach – jak sądzę - także bardzo przydatna znajomość…

- ….inny wielostronicowy bohater opowieści, Włod Łajming, to przez dłuższy czas pan dziekan wydziału malarstwa naszej ASP; Rysiek Zawadzki, wicemistrz pamiętnego biegu dookoła Opery Bałtyckiej, do dziś gra w tenisa jak szatan i jest konstruktorem wielkich budowli w Kanadzie i tak dalej i tak dalej…. Dzisiaj byłem na spotkaniu z Władysławem Bartoszewskim na Uniwersytecie Warszawskim z okazji promocji jego kolejnej książki. Co za temperament! A przy tym jak bezbłędnie funkcjonująca głowa! Dowcip, umiejętność trzymania sali w stanie stałego napięcia, fenomenalna pamięć! A przecież profesor lada chwila kończy 90 lat. To zdumiewające i krzepiące niebywale. Zbyszek, gdyby żył, nawet gdyby nie był w takiej formie fizycznej, żeby grać, to na pewno mógłby reżyserować. A Kobiela grałby na pewno. Mój Boże, wiele straciliśmy przez te głupie, przypadkowe śmierci…

- Poświęcił Pan dużo miejsca swoim zajęciom malarsko-graficznym, redaktorskim, estradowym, a bardzo lakonicznie potraktował Pan swoje zajęcia aktorskie. A przecież jest Pan popularną, a nawet ikoniczną postacią polskiego kina - ma Pan na swoim koncie udział w tak ważnym i wybitnym filmie jak „Do widzenia do jutra”, czy role w tak popularnych komediach, jak „Kochajmy Syrenki”, „Lekarstwo na miłość” „Motodrama”, czy „Nie ma róży bez ognia”. Czy praca na planie tych filmów pozostawiła w Pana pamięci jakieś ciekawe wspomnienia, anegdoty?

- Eeee, nie przesadzajmy z tymi pochwałami. Rzeczywiście mam sporo wspomnień związanych z kinem, ale – przypominam – książka „JA jako wykopalisko” ma swój ściśle określony czas: zaczyna się egzaminem wstępnym (1953) a kończy, po siedmiu latach, dyplomem. Debiut filmowy w „Do widzenia do jutra” (pamiętam, że w ostatniej chwili przed zatwierdzeniem ostatecznej wersji plakatu rozgorzała gorąca dyskusja czy „do widzenia” pisze się razem czy osobno) nastąpił tuż po dyplomie. Stąd brak tego tematu w moich opowieściach.

- W finale swojej książki sugeruje Pan, że być może napisze Pan kolejną, dziesiątą już książkę. Czemu będzie poświęcona? Czego Pan jeszcze należycie nie opisał ze swojego życia i działalności?

- No może właśnie filmu i o filmie by należało. Poradnik: jak zagrać trzy główne role w pełnometrażowych filmach fabularnych będąc antytalentem filmowym i cierpiąc na totalny paraliż podczas każdego kontaktu z kamerą filmową, jak zostać współscenarzystą najsłynniejszego autora komedii filmowych dokumentujących PRL - będąc specjalistą od form krótkich nie przekraczających dziesięciu minut… Tak. Spróbuję coś takiego. Chyba, że nakład „Wykopaliska” wróci z księgarń niesprzedany. Wtedy się nie zdecyduję na żadne pisanie, ponieważ nigdy niczego nie piszę dla siebie. Wyłącznie dla czytelników (widzów, telewidzów, radiosłuchaczy).

---------------------------------------------------------------

JACEK FEDOROWICZ – ur. 19 lipca 1937 roku w Gdyni, w rodzinie warszawiaków współtworzących polską gospodarkę morską. Absolwent Wydziału Malarstwa Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku ( 1960). Był jednym z założycieli (m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bogumiłem Kobielą) gdańskiego, studenckiego teatru Bim-Bom (1954–1960) i aktorów tego teatru. Jako autor i rysownik-karykaturzysta współpracował z prasą (m.in. "Dookoła świata", "Po prostu", "Dziennik Bałtycki", "Szpilki", "Itd").

W drugiej połowie lat 60. występował w Telewizji Polskiej, gdzie współtworzył m.in. wraz z Jerzym Gruzą programy rozrywkowe, między innymi Małżeństwo doskonałe” czy „Kariera”. W latach 70. w radiowej Trójce był współautorem magazynu satyrycznego „60 minut na godzinę, tworząc między innymi postacie Kolegi Kierownika i Kolegi Kuchmistrza. W latach 80. zaangażowany w działalność opozycyjną. W latach 90. prowadził w TVP program satyryczny „Dziennik Telewizyjny”. Obdarzony aktorskim talentem komicznym, zagrał role w popularnych filmach, głównie komediowych, takich jak: Do widzenia, do jutra (1960), „Małżeństwo z rozsądku (1966), „Lekarstwo na miłość (1966), „Kochajmy Syrenki (1967), „Motodrama (1971) (Jacek - rola główna), „Milion za Laurę (1971), „Poszukiwany, poszukiwana (1972), „Nie ma róży bez ognia (1974). Autor książek, m.in. „Porad estradowca dla kolegów dramatycznych” (1974) czy - przedostatniej - „PasTVisko” (2009).

 

Polecamy publicystykę


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli