Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Krzysztof Lubczyński rozmawiał Z MIROSŁAWĄ DUBRAWSKĄ (1928-2010), aktorką Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hȕbnera w Warszawie


Jesteśmy pokoleniem Zelwera


Co Panią najbardziej pociągało w aktorstwie, co sprawiło, że wybrała Pani ten zawód?


- Byłam często samotna, jako że sporo czasu spędzałam w internatach warszawskich. Proszę pamiętać, że Tarchomin, gdzie był mój dom, był¸ wtedy bardzo daleko od Warszawy. Żeby rozproszyć tę samotność czytałam poezję, często na głos, tańczyłam, ćwiczyłam przed lustrem i tak dalej. Z tej przyczyny to marzenie o aktorstwie gdzieś w mojej głowie kiełkowało. Według zaleceń rodzinnych powinnam była pójść na farmację, ponieważ mój ojciec prowadził firmę farmaceutyczną Spiessa w Tarchominie i chciał żebym poszła jego śladami. Jakoś wytargowałam od niego zgodę na to, że najpierw pójdę do szkoły teatralnej, a potem skończę farmację. Śmiał się i mówił, że ja tej farmacji nie skończę i ja to także wiedziałam. Wszystko zawaliło mi się po śmierci ojca, który zmarł tuż po mojej maturze, a z macochą miałam raczej złe stosunki. Pod jej naciskiem zdawałam egzamin na farmację i na stomatologię, ale udało mi się nie dostać na żaden z tych kierunków.

 

I co wówczas Pani postanowiła?


- Poszłam więc do Teatru Polskiego w Warszawie, żeby spotkać Aleksandra Zelwerowicza, który był wtedy rektorem szkoły teatralnej. Portier w teatrze skinieniem głowy dał mi znak, że schodzący po schodach mężczyzna to Zelwerowicz. Podeszłam do niego i powiedziałam, że muszę dostać się do szkoły teatralnej i powiedziałam, że od dziecka marzyłam o aktorstwie - wyśmiał mnie. Jednak kazał mi przyjść ponownie i ja przez trzy dni do niego przychodziłam. Zelwerowicz wziął mnie na rozmowę, by sprawdzić, czy cokolwiek wiem o sprawach teatru, ale ja nic nie wiedziałam, poza tym, że widziałam „Lillę Wenedę” Słowackiego, wystawioną na inaugurację działalności Teatru Polskiego po wojnie. Przed wojną widziałam tylko balet Różyckiego i „Straszny dwór” Moniuszki w Operze oraz jakieś jasełka. Coś tam wiedziałam o literaturze, malarstwie, rzeźbie, ale akurat o teatrze nic. Po trzech dniach zdałam egzamin w obecności wszystkich studentów dwóch dotychczasowych lat, kierowanych przez Janusza Strachockiego i z nowego rocznika, pierwszego roku Zelwera w Warszawie. Wykonałam swoje zadania i zostałam przyjęta. Szkoła była dla mnie czymś cudownym. Spełniło się moje marzenie. Mogłam uczyć się wiersza, który do tej pory mówiłam okropnie. Podczas pierwszej lekcji z panią Wiercińską mówiłam patetycznie jakieś wiersze, a ona mnie „niszczyła” swoimi uwagami. Wiele się w szkole nauczyłam, ale najważniejsza była atmosfera, prawdziwie rodzinna, szkoła była dla mnie czymś niezwykłym. Najpierw uczyliśmy się w palarni Teatru Polskiego, a potem przenieśliśmy się do pobliskich, dawnych sal Reduty. Następnie przenieśliśmy się na Ochotę, na ulicę Reja, tam gdzie teraz jest Teatr Ochoty. Wtedy już szkołę Zelwerowiczowi odebrano i przejął ją Leon Schiller. Jednak Zelwer zdążył nam przekazać zasady pracy w teatrze - punktualność, poczucie obowiązku i tak dalej. Nasze pokolenie, pokolenie Zelwera bardzo różni się od następców, właśnie tymi cechami, a także swoistym poczuciem misji, posłannictwa. Dla większości z nas nigdy nie liczyły się do końca pieniądze, lecz to, co się robi i po co się to robi. Kończę obecnie moje życie zawodowe, ale mogę powiedzieć, że nigdy nic nie robiłam dla pieniędzy. Jeżeli coś nie odpowiadało mi pod względem zawodowym, to nie podejmowałam się tego, bo uważałam, że szkoda czasu.


O jakich osobach ze szkoły, wykładowcach i koleżankach i kolegach chciałaby Pani wspomnieć?


- Po pierwsze o moim nieżyjącym już, a wtedy przyszłym mężu Zygmuncie Hȕbnerze, którego poznałam właśnie w szkole, wtedy studenta z roku niżej od mojego. Owocem naszego związku jest nasza córka i nasz wnuk. Poza Zelwerowiczem, wspominam też serdecznie Marię Dulębę, Jacka Woszczerowicza. To były wspaniałe indywidualności, stwarzające w szkole niepowtarzalną atmosferę. Nie zawsze byli wybitnymi pedagogami, ale już sam kontakt z ich osobowościami był ożywczy, wzbogacający. Oni byli prawdziwą skarbnicą duchową. Bardzo mile wspominam letnie wyjazdy ze szkoły z Zelwerowiczem, n.p. do Łańcuta, gdzie zamieszkaliśmy w tamtejszym pałacu, w którego sali teatralnej odbywały się zajęcia. Pamiętam takie zdarzenie, że w strasznej ulewie wróciliśmy zmoknięci z występu dla robotników budujących most na Sanie, a tu w cudownej sali jadalnej zastaliśmy zapalone świece i królewską zastawę, zaś do stołu podawała nam dawna, przedwojenna służba pałacowa. Obejrzeliśmy przy okazji karety i powozy. W ten sposób Zelwer uczył nas zachowania, manier, bo przecież po wojnie do szkoły przyszło wiele osób ze wsi, nie mających nawet elementarnego obycia, co zresztą było zrozumiałe.


Gdzie zaangażowała się Pani po ukończeniu szkoły?


- Na pół roku do Teatru Współczesnego w Szczecinie do Hugona Morycińskiego, gdzie zagrałam Horodniczankę w „Rewizorze” Gogola. Następnie wróciłam do Warszawy, gdzie w Ateneum rozpoczęliśmy tzw. pracę kolektywną u Ludwika René. To był szczyt okresu stalinowskiego i panowania socrealizmu w teatrze i pan Ludwik przygotował sztukę „Interwencja”, będącą panoramą czasów Rewolucji Październikowej w Rosji, różnych kręgów politycznych, bolszewików, „białych”, denikinowców. Sztuka trwała wiele godzin i była grana od godziny19 do 4 w nocy. Prawie nikt tego nie wytrzymał i rzecz zakończyła się wielką klapą. Graliśmy to naturalistycznie, metodą Stanisławskiego.


Później jednak grała Pani na ogół w znakomitych realizacjach...


Tak, miałam szczęście grać u znakomitych reżyserów, co bardzo sobie ceniłam, jako że praca z lepszymi pociągała mnie. Pracowałam więc w Krakowie z Konradem Swinarskim, z Jerzym Jarockim, Zygmuntem Hȕbnerem, później z Krystianem Lupą. Pracowałam też sporo ze wspomnianym Ludwikiem René, ciekawym, choć rozwichrzonym, chaotycznym artystą. Bardzo ceniłam, ale też bałam się Bohdana Korzeniewskiego, chłodnego, przenikliwego, ale i chimerycznego intelektualistę, który nota bene bardzo cenił mojego męża Zygmunta Hȕbnera. Z kolei ze Swinarskim praca to było szaleństwo duchowe. Nie lubiłam natomiast pracy z reżyserami, którzy ustawiają aktora na każdym kroku, do najdrobniejszego szczegółu.


Praca na scenie bardzo Panią
emocjonuje?


- Nie na tyle, bym nad nią straciła kontrolę. Raz tylko zdarzyła mi się sytuacja, kiedy emocje przerosły mnie i mojego partnera na scenie. Było to przy okazji „Lotu nad kukułczym gniazdem”, gdzie grałam siostrę Ratched, bezwzględną manipulatorkę. Moim partnerem był Wojciech Pszoniak, z którym przy okazji tej roli tak się pokłóciliśmy, że przez kilka lat nie odzywaliśmy się do siebie. Wytworzyły się niesłychane, rzadkie napięcia psychiczne. Nota bene przygotowywałam się do tej roli bardzo starannie, m.in. w szpitalu psychiatrycznym w Drewnicy.


O
Pani roli Idalii w „Fantazym” J. Słowackiego napisano: „Miłość daje jej siłę i Idalia nie obawia się śmieszności. Ani też aktorka, Mirosława Dubrawska, nie lęka się ośmieszenia. Nie boi się ostrych, kanciastych gestów, rozbieganych oczu, zamaszystych kroków (...) Jest ekscentryczna i tak siebie lubi”.


- Idalia była zazwyczaj grana jako postać ulotna, unosząca się nad ziemią. Moja Idalia była współczesna, realistyczna, siadała w nieprzyzwoitych pozach, z rozkraczonymi nogami. To była Idalia prowokująca, myśląca, samodzielna. Taki miałam na nią pomysł.


W filmie występowała Pani stosunkowo niewiele...


- Tak się jakoś złożyło. Debiutowałam rólką u Jana Rybkowskiego w filmie „Autobus odjeżdża o 6.20”. Grałam też m.in. w serialu Kazimierza Kutza „Sława i chwała”, w „Faustynie” Jerzego Łukaszewicza i kilku innych. Najwyżej cenię sobie rolę profesorowej w „Laureacie” Jerzego Domaradzkiego.


W naszej rozmowie kilkakrotnie wspominała Pani o swoim mężu, zmarłym w 1989 roku Zygmuncie Hȕbnerze, wybitnym reżyserze, aktorze, dyrektorze teatrów, od lat patronie Teatru Powszechnego. Był człowiekiem teatru cieszącym się wielkim i wszechstronnym autorytetem. Pewien aktor, który z nim pracował, powiedział dosadnie, że „Hȕbner, to był prawdziwy dyrektor z autorytetem, nikt tak jak on nie potrafił zapanować nad tą
dziką bandą, jaką bywali aktorzy”. Proszę coś o nim opowiedzieć...


- Rzeczywiście, Zygmunt Hȕbner miał niezwykły, można by rzec naturalny autorytet. Nic dziwnego, skoro w wieku 28 lat został dyrektorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, co w owych czasach było wyjątkową rzadkością. Był to człowiek wielkiej prawości, mądry, zrównoważony, o ogromnej wiedzy. Wiem, że robił nieraz wrażenie człowieka oschłego, kostycznego, nawet zarozumiałego, ale w istocie takim nie był. Wymagał dużo od innych, ale od siebie jeszcze więcej. Z domu, a był synem prawnika, wyniósł pracowitość i systematyczność. Bardzo dbał o aktorów, pomagał im w trudnych sytuacjach osobistych, chorych pierwszy odwiedzał w szpitalu. Miał nosa do aktorów. Był pełen kultury i dystyngowany, nie znosił chamstwa. Kiedy raz tylko, jeden jedyny stracił panowanie nad sobą i wyszedł z teatru, to poszliśmy go szukać w pobliskim Parku Skaryszewskim, bo zlękliśmy czy się nie utopił (śmiech).


Dlaczego porzucił aktorstwo na rzecz reżyserii, mimo że był świetnym, bardzo sugestywnym aktorem, także filmowym, o charakterystycznych oszczędnych środkach?


- Granie codzienne nużyło go i szukał pracy bardziej odpowiadającej jego predylekcjom, samodzielnej.


„Syndrom dyrektorowej” Pani nigdy nie dotknął?


- Nigdy i nigdy też nie byłam tak traktowana. Zawsze byłam po prostu aktorką. Mąż powierzył mi zaledwie trzy liczące się role i to w dużych odstępach czasu. Najpierw w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, gdzie zagrałam wymarzoną rolę Lady Makbet, a w Powszechnym Królową Małgorzatę w „Iwonie, księżniczce Burgunda” i właśnie Wielką Pielęgniarkę Ratched w „Locie nad kukułczym gniazdem”, do czego zresztą namówił męża Andrzej Wajda.


Dziękuję za rozmowę.

(Rozmowa nieautoryzowana)



MIROSŁAWA DUBRAWSKA -
ur. 28 kwietnia 1928 w Warszawie – zm. 12 października 2010 tamże, wybitna aktorka teatralna. W latach 1951-1957 w Teatrze Ateneum w Warszawie, od 1957 do 1960 w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, od 1966 do 1970 roku w Starym Teatrze w Krakowie, od 1970 do 1974 w Teatrze Narodowym. Od 1974r. grała w warszawskim Teatrze Powszechnym. Stworzyła wiele pamiętnych kreacji w repertuarze klasycznym, a przede wszystkim we współczesnym dramacie psychologicznym. Niektóre z jej licznych kreacji, to Elwira w „Cydzie” P. Corneille'a (1957), Andromaka w „Wojny trojańskiej nie będzie” J. Giraudoux (1958), Celia Pope w „Kapeluszu pełnym deszczu” V. Gazzo (1959). W Starym Teatrze stworzyła pamiętne kreacje w przedstawieniach Konrada Swinarskiego, w tym Solange w „Pokojówkach” ( 1966) J. Geneta, Eleonorę w „Tangu” S. Mrożka (1965), Olgę w „Trzech siostrach”. Czechowa (1969). W Teatrze Powszechnym m.in. pani Stockmann we „Wrogu ludu” H. Ibsena (1979), Maria w „Kotce na rozpalonym dachu” T. Williamsa (1992), Pani Dobrójska w „Ślubach panieńskich” Fredry (1995), Radczyni w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego (1995) i Enona w „Fedrze” J. Racine'a (1998). Ostatnio można było ją zobaczyć w roli Dophie w „Panieńskim raju” M. Regan (2005) i w Teatrze Dramatycznym jako Panią Hertę „Na szczytach panuje cisza” T. Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy (2006). Poza tym liczne role w Teatrze Telewizji, m.in. Elmira w „Świętoszku” Moliera (1971), Ewelina Royska w adaptacji „Sławy i chwały” J. Iwaszkiewicza (1974), pani Soerensen w „Niemcach” L. Kruczkowskiego (1981), księżna Yorku w „Ryszardzie III” Szekspira (1989). W kinie debiutowała w "produkcyjniaku" J. Rybkowskiego „Autobus odjeżdża o 6.20”(1954). Potem zagrała jeszcze kilkanaście ról, m.in. w „Seksolatkach” (1971) Z. Hȕbnera, „W biały dzień” (1980) E. Żebrowskiego, „Porno” (1989) M. Koterskiego,”, „Faustynie” J. Łukaszewicza (1994), a także w telewizyjnych serialach: „Panny i wdowy” (1991) J. Zaorskiego i „Na dobre i nagłe” (2005). Ostatnią rolę zagrała w „Czarownicach z Salem” A. Millera w reż. I. Cywińskiej w Teatrze Powszechnym.


 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Polecamy publicystykę


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli