Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

 

Krzysztof Suchomski


Jej Wysokość Kultura (3/3)

 

 

 

Ryszard TomczykTata Adasia dorastał w czasach przenikania się kultur, estetyk, stylów. Wydawało się, że pójdzie to dalej w tym zapoczątkowanym w szalonych, eksperymentujących latach sześćdziesiątych kierunku. Nie doczekał się cywilizacyjnego edenu, w którym literaturę, muzykę czy sztukę filmową dzieli się jedynie na dobrą, przeciętną i kiepską. Wahadło wychyliło się i rozpoczęło ruch powrotny w oswojone rejony szufladek i etykietek. "Szuflandio, moja Szuflandio" - chciałoby się zaśpiewać. Sztuka "pomiędzy" ciągle uchodzi za eksperyment, tacy artyści, jak Nigel Kennedy, nadal mają status osobliwości. A Tata Adasia uważa, że uprawianie sztuki niekoniecznie musi być śmiertelnie poważne. Niejednemu twórcy z przerośniętym ego przydałoby się trochę dystansu i luzu, takiego choćby, jaki serwuje Waldemar Malicki. Dowcipy w filharmonii? A dlaczego nie? Skoro już w osiemdziesiątym dziewiątym mógł być benefis kabaretu w operze. Nikomu to ujmy nie przyniosło, cała poznańska śmietanka zwaliła się na przedstawienie. Ale opery miewały już takie niekonwencjonalne wydarzenia, historycznie rzecz biorąc, to nawet upiory się zdarzały, czy jakoś tak... A na salach koncertowych śmiertelna powaga i zadęcie, nie tylko w instrumenty dęte. Dawniej filharmonia kojarzyła się Tacie Adasia z facetami ubranymi jak kamerdynerzy. Do czasu.

 

Cud w Filharmonii

 

Otwieram biurową, zawiązywaną tasiemką teczkę z brązowego kartonu. W jej nagłówku napisałem dawno temu słowo PAMIĄTKI. W środku stare dyplomy, wycinki z gazet, kilka pocztówek, dziecinne rysunki, list pewnej dziewczynki do gwiazdora i parę innych talizmanów. Wieki całe tu nie zaglądałem, człowiek chowa pieczołowicie drogie mu rzeczy, a potem one leżą sobie zupełnie zapomniane.


Patrzę na prostokątny kawałek papieru. Od góry, na tle, które nigdy nie było białe, a dziś nie jest białe jeszcze bardziej, czarny nadruk CENA i obok ręką Nieznanego Pracownika dopisane czarnym cienkopisem 50 zł. Z prawej małe logo i napis INTERNATIONAL HOUSE. Przez środek biegnie poziomy pas w kolorze matowej jasnej pomarańczy. Na nim duże, czarne, drukowane czcionką stencil litery PETER HAMMILL. Pod kolorowym paskiem: FILHARMONIA POMORSKA W BYDGOSZCZY 14 PAŹDZIERNIKA 1995 GODZ. 19.00. Niżej: STRONA P RZĄD 9 MIEJSCE 3. Nad dolną krawędzią najmniejszą czcionką: W czasie trwania koncertu obowiązuje zakaz dokonywania nagrań audio-video oraz fotografowania.


Określenie "prostokątny" nie jest szczególnie precyzyjne, choć właśnie jako taki, skrawek papieru zaczynał swą historię. Bilety są przedzierane przy wejściu. Deflorowane niezapamiętanymi rękami niezapamiętanych osób. Taki ich los, jednych i drugich, przedzieraczy i przedzieranych. Bilet udarty jest jak ostemplowany znaczek pocztowy. Dopiero kasujący gest nadaje mu rangę, upoważnia do opowiedzenia swojej historii. Mój jest przedarty z prawej strony. Zauważyliście, że większość biletów jest przedzierana z prawej? To nie jest zmowa przedzieraczy, jeśli już, to drukarzy, tak drukują odcinki, które należy biletowi urwać.


Wpatruję się w niewielki, ale namacalny dowód tego, że coś wydarzyło się naprawdę. Ten bilet tam był, ze mną. Trzymam go w ręku. Jeśli wierzyć fizykom i ich teoriom, to postrzegana przez nasze zmysły materia jest tylko drganiem, wibracją niewidzialnych strun. W wibracjach tego kawałka papieru musi być echo wibracji sprzed kilkunastu lat.


Latem zadzwonił Rysiek Drygas. – Jedziesz na koncert Hammilla? Jasne, a gdzie? Do Bydgoszczy. OK, wchodzę. Dobrze, bo już zamówiłem bilety, dla ciebie dwa. Super. Przyjechaliśmy wcześniej, z zapasem na wszelki wypadek. Krążymy po tarasie przed budynkiem, po foyer. Rysiek z córkami i ja z Moniką. Nasze żony zrezygnowały. Hammilla się kocha albo nienawidzi. Monika przejęta, wypieki na twarzy. Nie dlatego, że koncert, do tego już przywykła. Pierwszy raz zabrałem ją, gdy miała dziewięć lat. To był Shakin' Stevens, jej ówczesny idol. Musiałem stać jak najbliżej sceny, a ona siedziała na moich ramionach, żeby go lepiej widzieć. I żeby jej nie zadeptali. Teraz jest dorosła, w tym roku odebrała pierwszy dowód osobisty i od dawna nie słucha popu. Moją płytotekę zna na pamięć. Wie, kim jest Hammill, zna parę solowych albumów i nagrania Van der Graaf Generator.


Rozglądamy się "po ludziach". Nikt tu nie zjawił się przypadkiem, bilety wyprzedano parę tygodni przed koncertem. Pierwszym i jedynym w naszym kraju. Pielgrzymi przybywali z różnych stron, o czym świadczą rejestracje zaparkowanych wokół pojazdów. Duża rozpiętość wieku, lecz dla większości matura jest mglistym wspomnieniem. Niektórzy fani wyglądają trochę ekscentrycznie, nikogo to nie dziwi – w końcu artysta offowy. Atmosfera ma w sobie coś z religijnego mistycyzmu. W powietrzu unosi się Wielkie Nareszcie. Niektórzy z nas czekali dwie dekady.


Pomiędzy nami przemykają podekscytowani organizatorzy ze szkoły języka angielskiego. Żadna profesjonalna agencja nie chciała się tego podjąć. A im ktoś powiedział, że to będzie dobra promocja języka – Hammill to muzyk i poeta. Zaryzykowali i wypaliło, sala pełna, wszyscy zapłacili, więc chłopaki się cieszą. Mówi o tym jeden z nich, kiedy już siedzimy na miejscach i bacznie się rozglądamy. Scena dobrze oświetlona, na środku mikrofon. Drugi mikrofon, niczym żuraw, pochyla się nad klasycznym fortepianem królującym po lewej stronie. Przed tym pierwszym staje wyraźnie wzruszony Tomasz Beksiński. Wielu obecnych o Hammillu usłyszało właśnie w jego audycjach. Dowiadujemy się, że Peter przyjechał sam, bez zwykle towarzyszących mu muzyków, nawet bez nieodłącznego ostatnio Stuarta Gordona, skrzypka. Będzie tylko on, fortepian i akustyczna gitara, żadnych playbacków czy elektronicznych sztuczek. I kameralnie, bez migających świateł i kolorowej oprawy. Gdzieś na drugim planie świadomości pojawia się nutka niepokoju, przecież znamy te przepysznie rozbudowane i ornamentowane kompozycje. Udźwignie je sam? Czy może spełnienie, jak to często bywa, nie sprosta oczekiwaniu? Na pierwszym planie wciąż rejestruję słowa Tomka, który przekazuje nam prośbę Petera, żeby zdjęcia robić jedynie w trakcie drugiego utworu z akompaniamentem fortepianu i drugiego z części gitarowej (bo tak, okazuje się, będzie podzielony występ). Jedynie gościowi ze Szwajcarii, "dyżurnemu" akustykowi i fotografowi artysty, wolno pstrykać do woli. Szkoda, że nie mamy aparatu, poznaniak przestrzega zakazów, a na bilecie "stało napisane", że nie wolno. Ale gdybyśmy mieli, usłuchalibyśmy na pewno. To jest Peter-Hammill-bóg-sziwa-jahwe-budda-jemu-wolno-wszystko. Jeśli poprosi, żeby go słuchać z opaską na oczach i lewą ręką w kieszeni sąsiada z prawej, wykonamy bez szemrania.


I wreszcie padają słowa: "Panie i panowie, marzenie się spełniło, przed wami Peter Hammill". W ostrym świetle pojawia się chudy, szpakowaty mężczyzna… jak ten czas leci, krótka, męska fryzura, okulary. Już nie kaskada ciemnych włosów opadająca na czarną pelerynę czarodzieja z okładki "In Camera". Ani nie postać rozmarzonego, trzydziestoletniego efeba z okładki "Over". Przed nami intelektualista. Na szczęście nosi się nadal po luzacku, rozpięta ciemnoturkusowa koszula, wypuszczona na białe spodnie. Spontaniczne standing ovation na dobry początek i już wie, że jest wśród swoich.


Czary potrafi rzucać i bez czarnej peleryny. Zaczyna od Mirror Images. Po trzech minutach zapominam o drugoplanowych obawach. Hammill brzmi świetnie, fantastycznie, bosko. Gra "gęsto", intensywnie, żaden support nie jest potrzebny. Akustyka znakomita, w końcu to świątynia dźwięku, przynajmniej dla mnie – faceta, co muzyki jednak częściej w tancbudach niż w koncertowych salach się nasłuchał. A czego mogły słuchać przedtem te ściany? Wiadomo czego, ale teraz z Hammillem też całkiem im do twarzy i nie odnosi się wrażenia, że on tu nie pasuje, wręcz przeciwnie. Godny szacownych murów artysta, godna i publiczność. Nie ma wieśniackiego przerywania soliście oklaskami po pierwszych taktach, żadnych gwizdów i stadionowych wyrazów okazywania podniecenia. Kiedy gra, jest absolutna cisza, nastrój święta i sztuki przez duże S, ale taki nastrój Hammill potrafiłby wytworzyć nawet w barze mlecznym o poranku.


Jedno z moich ulubionych chandlerowskich porównań brzmi: "Miał twarz znoszoną jak torba listonosza". To samo mógłbym powiedzieć o głosie Hammilla. To głos mężczyzny "po przejściach". On sam powiedział kiedyś, że chciałby używać głosu tak, jak Hendrix gitary. Trafne porównanie. Peter nie oszczędza swoich strun głosowych. Przyłożony do nich papieros niechybnie by się zapalił. Jego bardzo osobista, emocjonalna artykulacja jest miejscami jeszcze bardziej drapieżna niż na nagraniach, a miejscami delikatna, tkliwa lub elektryzująca szeptem. Tu nie musi iść na kompromisy z producentem płyty, z muzykami. I już wie, że publiczność go kocha, zaakceptuje wszystko, co robi, więc odwdzięcza się pełną gamą ekspresji i emocji. Pozytywne fluidy, atmosfera tak gęsta, że można by nią ocieplać bloki z wielkiej płyty. Co jakiś czas muszę głęboko zaczerpnąć powietrza, bo skupienie jest tak intensywne, że zapominam oddychać. Siedzę bez ruchu, słucham każdą komórką, jestem żywą anteną, czułą na każde drgnienie. I to znajome ekstatyczne uczucie. Wibracja zaczyna się w okolicach krzyża i stopniowo przesuwa do góry, wzdłuż kręgosłupa, między łopatkami, rozlewa się ciepłem na ramiona, wspina na kark, podnosząc wszystkie włoski i elektryzując skórę czaszki. Nirwana…


Hammill w świetnej formie, my też, owacje po każdym utworze, tylko ten czas płynie za szybko i już Peter wstaje od fortepianu, sadowi się na barowym stołku w centrum sceny. Zaczyna od Modern – pierwsze, charakterystyczne dźwięki gitary i dobrze znana strofka „Jericho's strange throbbing with life at its heart” podkręcają potencjometr emocji do maksimum. Podziwiam jego kunszt. Na płycie nastrój współtworzy bogatsze instrumentarium – gitara elektryczna, keyboardy. Tu prąd za ciebie nie popracuje, trzeba się więcej nagimnastykować, naszarpać ze strunami instrumentu. Nie jest błyskotliwym wirtuozem, niejeden ortodoks wytknąłby mu techniczne niedoskonałości, ale nie o to chodzi w jego muzyce, w jego przedstawieniu. Chodzi o emocje, więc zmusza gitarę do ich wydobycia. Ten pełen dramaturgii i zmian tempa fragment instrumentalny po trzeciej strofie, choć to niewiarygodne, unplugged brzmi jeszcze lepiej. Chyba unosimy się wszyscy nad ziemią. Czy to się dzieje naprawdę?


Just Good Friends, Ophelia, piękne, nastrojowe, mniej ekspresyjne, pozwalają trochę odetchnąć, na szczęście, bo po chwili obsesyjny Patient. I powtarzane wołanie: „Waiting for the doctor to come”. Gdzie naprawdę jesteśmy? W świecie Petera Hammilla, zagadkowym, niesłychanie osobistym, niemożliwym do rozszyfrowania bez klucza. Myślisz, że coś rozumiesz? „But can you really be so sure?” – pyta Hammill, kończąc Patient.

Happy Hour? Jakie tam hour, już półtorej godziny. Peter kończy koncert powrotem do fortepianu. Patrzę na jego profil, na palce unoszące nas do innego wymiaru. Już wiem, że nie przeżyję drugi raz czegoś podobnego, tak intensywnego, cud nie zdarza się dwa razy. If I Could... A gdybym ja mógł, zapisałbym każdy szczegół na twardym dysku pamięci... gdybym miał taki dysk.


Stoimy, bijemy brawa, krzyczymy. Peter zostawia nas na chwilę i wraca na bis. Euforia sali niesie go, pozwala pokonać zmęczenie. Po paru minutach znów stoimy, klaszczemy, skandujemy jego imię. Przerwa przed drugim bisem trwa znacznie dłużej. Musi już być wykończony, ale my nie chcemy się z nim rozstawać. Nareszcie wychodzi, kładzie rękę na sercu, kłania się głęboko, dziękuje, mówi, że jest szczęśliwy, i najważniejsze, że zagra dla nas jeszcze raz.


Siada do fortepianu i od pierwszych dźwięków wbija nas w fotele. Still Life. Czy to możliwe? To jak wspiąć się na Mount Everest zaraz po biegu maratońskim. Ale tego wieczoru możliwe jest wszystko. Także to, że wyczerpany artysta zagra ten monumentalny, stawiający trudne wyzwania strunom głosowym utwór, jak nigdy przedtem. „Nie grałem jeszcze dla takiej publiczności” – wyzna później, po koncercie.


To już koniec. Ściany jeszcze odbijają echo jego głosu, cichną ostatnie akordy fortepianu. Jeśli istnieje poczucie absolutu, właśnie go doświadczamy. Sylwetka Petera zastyga pochylona nad klawiaturą. Nikt nie śmie się poruszyć, jesteśmy jak jeden organizm, świadomy, że najlżejszy ruch może spłoszyć magię tej sceny. Wibracje gasną powoli, kiedyś definitywnie rozpłyną się w czasie jak łzy w deszczu. Ale teraz niech trwa ta chwila, jak zatrzymana klatka filmu. Boimy się nawet poruszyć. Cisza... cisza... cisza...


Wreszcie czyjś głos uwalnia energię skupioną jak energia wszechświata przed wielkim wybuchem. Dziękujemy, Peter. On znów kłania się pięknie, "I'll be back" – obiecuje. Tomek Beksiński łamiącym się głosem prosi: „Nie wymagajmy zbyt wiele, Peter dał już z siebie wszystko”. Czujemy to. Owacja trwa, my też dajemy z siebie, co w nas najlepsze. To nasze podziękowanie i pożegnanie. Łza na policzku, ocieram dłonią. Nie tylko ja. Wszyscy jesteśmy wzruszeni, oszołomieni. To się zdarzyło naprawdę? Dobrze, że jest Monika, że ktoś bliski mógł ze mną przeżywać te chwile. I potem upewnić mnie, że to nie był sen.


Wychodzimy w ciemność jesiennego wieczoru. Trudno podzielić się emocjami, są tak wielkie, że niełatwo nam dobrać słowa. Myśli wciąż uciekają do opuszczonej już sali, do jasno oświetlonej sceny. Do szpakowatego mężczyzny w okularach. Gdyby był z nami Julio Cortazar, napisałby: Peter Hammill, wielki, przeogromny kronopio.

 

„Death walks behind you” śpiewał Vincent Crane na drugim albumie formacji Atomic Rooster. Ano kroczy. Pojawiła się bezszelestnie na tych kartach wcześniej, a kiedy wspomniałem prezenterów muzycznych Trójki, wiedziałem już, że przed nią nie ucieknę. Że będę musiał się z nią zmierzyć. Koncert Hammilla – w tej historii nie sposób było pominąć Tomka Beksińskiego.


Śmierć Beksińskich urasta do rangi symbolu. To wizytówka współczesnego społeczeństwa, które jest efekciarskie, głupie, pogięte, pazerne, brutalne, niewdzięczne. „Nothing shocking” – Perry Farrell wiedział już o tym w 1989 roku. Możemy się spierać, czy to symbol rozkładu naszej cywilizacji, czy symbol upadku kultury i odrzucenia wartości, a może tylko wyraz głupoty, egoizmu i chciwości.


Czy było im to przeznaczone? Czy jest nadużyciem doszukiwanie się w ich tragedii ukrytego sensu? – oto pytania, które nasuwały się automatycznie na wieść o drugiej śmierci – Zdzisława.


Który z nich więcej dla mnie znaczył? Głos Tomasza towarzyszył mi częściej, choć przyznam, że nie wszystkie jego muzyczne pasje podzielałem. Za to humor Monty Pythonów kupowałem w ciemno. Sztukę Zdzisława przeżywałem silniej. Na początku fascynowała mnie odmiennością, mocą wizji, klimatem. Refleksja przyszła później: a co, jeśli to on ma rację, jeśli to on widzi lepiej, a my mamy łuski na oczach? Nie od razu zorientowałem się, że są ojcem i synem, nie pamiętam, kiedy to wyszło.


Ojciec był prorokiem sztuki ekstremalnie elitarnej, syn – prorokiem popkultury. Ojciec: wyraziście zdefiniowany, pewny swoich wyborów, konsekwentnie antykomercyjny, skoncentrowany na osiągnięciu celu artystycznego. Syn: szukający swojego miejsca, siejący dowody nietuzinkowego talentu to tu, to tam, oczekujący aprobaty. Ojciec, świadomie pozostający poza światłami rampy, i syn, koniecznie pragnący wyjść z cienia. Obaj dostrzegali wokół siebie więcej niż inni, mieli wzrok lepiej wyostrzony, pozwalający przebić się przez zasłony i dekoracje. Artysta widzi świat inaczej, po tym się artystę poznaje.


Byli jak karty tarota. Zdzisław reprezentował cierpliwość, bezkompromisowość, niedostępność, skromność, tajemnicę, równowagę, śmierć. Tomasz reprezentował niecierpliwość, błyskotliwość, elokwencję, ekscentryzm, przekorę, nierównowagę, śmierć. Wydawało się, że mieli lecieć razem jak Dedal z Ikarem. Ale Ikar nie dał rady. Czego zabrakło? Nadziei. I pewnie czegoś jeszcze.


Postać, idąca z małym dzieckiem... nie sposób tego obrazu zapomnieć (1975, 87x73), brunatne niebo, brudny, topniejący śnieg, w tle jeździec z głową ptaka, dziecko ma czarne oczodoły, postać trzyma rękę na jego głowie. Kto kogo prowadzi?


Jak trudne może być dorastanie u boku kogoś, kto przebywa w rejonach śmiertelnikom niedostępnych, kto, jak Dante, podróżuje w zaświatach i między-światach? Jaki wpływ miało na dorastającego chłopca obcowanie z emocjami kłębiącymi się na obrazach ojca? Co myślał jedenastolatek, patrząc na wizerunek kobiety w pomarańczowym bikini (1969, 122 x 98)? Czy to pozostało bez śladu?


„Trzydzieści lat temu zniekształcony głos Grega Lake'a obwieścił apokalipsę zaćpanemu światu słodko pogrążonemu w bezmiarze psychodelii. Powszechnie wiadomo, że choremu polepsza się tuż przed śmiercią. Niesamowity rozkwit artystyczny na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych był początkiem końca.”


Tak zaczyna się ostatni napisany przez Tomasza felieton, później zwany "Testamentem" – bez problemu znajdziecie tekst w Internecie. Wysłał go, jak zwykle, do redakcji magazynu "Tylko Rock", do styczniowego wydania. Może ktoś tam zwrócił uwagę na nietypowy podpis: Tomasz Beksiński (1958 - 1999), a może uznano to za kolejny ekscentryzm. W końcu, czegóż oczekiwać po facecie, o którym mówią, że sypia w trumnie? Nie żartował, zamknął za sobą drzwi w Wigilię 1999 roku.


Testament Tomasza poruszył mną, co oczywiste, bo czytając, wiedziałem o jego samobójczej śmierci. Ale też dał sporo do myślenia. Spojrzałem na świat jego oczyma i już tego widoku nie zapomnę. Minęło tyle lat, a tamte słowa nic nie tracą ze swojej aktualności. Co napisałby dzisiaj? Przecież jest dużo gorzej… Prawda, wszak właśnie to przewidział. Czy to znaczy, że można dziś jeszcze bardziej nie chcieć żyć?


To nie był pierwszy raz. Istnieje teoria, że samobójcza próba jest krzykiem o pomoc, próbą zwrócenia na siebie uwagi. Jeśli tak, to on jednak definitywnie rozwiał wątpliwości. Był konsekwentny w swoim wyborze. Łudzę się – może parę moich słów sprawi, że jego decyzja nie będzie daremnym gestem. Jakbym zapalił świeczkę.


21 lutego 2005 kilkanaście ciosów nożem zakończyło życie Zdzisława Beksińskiego. Doszukiwaliśmy się w tej zbrodni przeznaczenia, mistycznych aspektów. Śledztwo wykazało, że kryła się za nią chciwość i pospolity bandytyzm. Trudno pojąć, że tak niezwykły człowiek umiera dla tak prozaicznych, banalnych, prostackich powodów. Łatwiej by nam było uwierzyć w jakieś fatum, misję, akt wyższej woli.


Pozostały jego dzieła – wspaniałe, wymykające się wszelkim próbom zdyscyplinowania przez umysł, obnażające bezradność języka. Przychodzi mi na myśl tylko cytat z Harlana Ellisona:

„Nie mam ust, a muszę krzyczeć!”

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Polecamy publicystykę


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli