Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

ANDRZEJ WOŁOSEWICZ

 

Aby nie było "demokracji" łajdaków

 

Filip WrocławskiOd razu pojawia się mnóstwo pytań. Wymieńmy kilka w swobodnej kolejności: czy są jakiekolwiek aksjologiczne podstawy demokracji? Czym są? Jak istnieją? Skąd się wzięły? Jak ich szukać czy dociekać? Co jest dla nas w tych kwestiach dowodem? Czy aksjologiczne podstawy demokracji to wartości samej demokracji (tzw. autoteliczne) czy też wartości w demokracji? A jeśli to drugie, to jakie tu zachodzą związki? A może mamy do czynienia i z jednym i z drugim tzn. z konglomeratem przemieszanych wartości demokracji i wartości w demokracji, którym ona sprzyja, które podtrzymuje lub też które neguje, zwalcza?...

         Jesteśmy w drodze, tak w wymiarze indywidualnym jak i społecznym, mamy swoje „za”, swoje „przed” i „obok”,. Coś jest przed nami i możemy obejrzeć się za siebie. Metafora drogi jest poręczna i dość sensowna. Twierdzę, że demokracja jest jedynie jednym ze sposobów regulacji naszego zbiorowego przemieszczania się, bycia w drodze, swoistym kodeksem drogowym i niczym więcej. Być może – jak twierdzą niektórzy - sposobem najlepszym. Wtedy już ewidentnie wartościujemy, oceniamy i to zapewne jest jeden z dobrych tropów dociekań aksjologicznych: demokracja jest dobra (ważna, potrzebna itd.) bo...., lub zgoła zła, bo... Owo „bo” jest konieczną do zrekonstruowania siatką odniesień.

 

         DEMOKRACJA: Słowo, które zrodziło się w klasycznych, greckich miastach-państwach i które oznaczało rząd „demos”, władzę obywateli, czyli prawo wszystkich do decydowania o tym, co wszystkich dotyczy.”[1] Rozpoznanie tego, co wszystkich dotyczy ma swoją historię, historię niejednoznaczności. Przypomina się o tym w dalszym ciągu przywołanej definicji: „Podstawą demokracji jest wiara w wartość jednostki ludzkiej. Za kryterium jej występowania uznaje się stopień, w jakim gwarantuje się każdemu obywatelowi pewne podstawowe prawa (w praktyce, a nie na papierze).”[2]

         Wiktor Osiatyński w tekście zatytułowanym „Demokracja pod stałą kontrolą” pisze: „U progu XX wieku demokracja nieśmiało wkraczała na arenę dziejów. (...) Na początku mijającego stulecia istniały dwie koncepcje demokracji, wywodzące się z XVIII wieku. W Europie demokraci odwoływali się do Jana Jakuba Rousseau, który uznawał, że lud jest zdolny do rządzenia sobą, a wola ludu nie może się mylić. Amerykanie nie podzielali tego optymizmu. Twórca ich teorii demokracji, Thomas Jefferson, obawiał się, że działający z woli ludu rząd może lud skrzywdzić, toteż wyznaczał granice woli ludu w postaci praw zachowanych przez lud w samym akcie powołania państwa. Obie teorie zakładały, iż demokracja może rozwijać się najlepiej w małych społecznościach, gdzie ludzie będą względnie samowystarczalni i nie będzie wielkiego bogactwa ani wielkiej biedy.” (Rzeczpospolita 13.04.2000r.) Stefan Bratkowski artykuł pod znamiennym tytułem „Skąd wzięliśmy nasz ustrój” zaczyna od konstatacji: „Przykro to stwierdzić, ale nigdy nie podjęliśmy uczciwej, wnikliwej dyskusji nad ustrojem naszej demokracji.” (Rzeczpospolita 7-8.10.2000r.) Zbierzmy z przywołanych wypowiedzi te, na które chcemy zwrócić uwagę:

 

1.prawo wszystkich do decydowania o tym, co wszystkich dotyczy,

2.brak tak wielkiej biedy jak i wielkiego bogactwa,

3.wiara w wartość jednostki ludzkiej,

4.podstawowe prawa każdemu obywatelowi w praktyce a nie na papierze.

 

Ad. 1. Zakres „tego, co wszystkich dotyczy” stwarza problem linii demarkacyjnej między „jeszcze dotyczy” a „już nie dotyczy” powodując spór między zwolennikami rozciągnięcia równych praw dla wszystkich obywateli ze sfery politycznej i prawnej również na ekonomiczną a przeciwnikami takiego rozwiązania i odsyła do kwestii równości. Leszek Kołakowski mówi np.: „Równość w ludzkiej godności i wynikająca stąd równość praw i obowiązków jest wymogiem, bez którego stoczylibyśmy się w barbarzyństwo. Natomiast żądanie pełnej równości w rozdziale dóbr jest receptą na powszechną opresję i nędzę.” (Gazeta Wyborcza 27.09.1996r.)

 

Ad. 2.  Ograniczenie rozwarstwienia w zakresie nędzy i bogactwa wskazuje na problemy, które poza tymi granicami mogą wystąpić niejako z definicji. Zdaje się, że nazbyt łatwo przechodzimy do porządku dziennego nad transponowaniem demokracji w przestrzeń społeczną o zmienionych parametrach tzn. do dużych i bardzo dużych społeczności o ogromnym rozwarstwieniu.

 

Ad. 3.   Tu wkraczamy w znane filozofom i teologom kwestie bezwzględności i apodyktyczności w wartościowaniu człowieka oraz wywoływane przez nie sprzeciwy. Problemy te dramaturgię pokazują choćby podczas dyskusji o sprawach ostatecznych np. karze śmierci. Zwróćmy jeszcze uwagę, że o ile dla samej demokracji podaje się kryterium jej występowania (stopień gwarancji każdemu obywatelowi jego praw), to już z człowiekiem jest znacznie gorzej, a wszak wiara w jego wartość ma, ex. definitione, kardynalne znaczenie!

Ad. 4.   Wymiar praktyczny realizowania zapisanych praw odsyła do struktur, instytucji i procedur powołanych (powoływanych) do przestrzegania demokracji, czyli do mechanizmów demokratycznej samoregulacji, np. parlamentu, sądów, wolnej prasy itd.[3]

         To, co powiedzieliśmy generuje kilka kolejnych pytań istotnych dla poszukiwań aksjologii demokracji. Dlaczego tak późno, bo ledwie od XIX wieku staliśmy się demokratami, skoro już Grecy demokrację ateńską zostawili nam w wianie? Jakie są konsekwencje wyboru między Jeffersonem i Rousseau? Już to wstępne rozeznanie dowodzi, że nic tu łatwe nie jest.

        

I. CO KONSTYTUTYWNEGO MOŻEMY POWIEDZIEĆ O WARTOŚCIACH?

 

         Skoro wiara w wartość jednostki ludzkiej stanowi podstawę demokracji musimy zacząć od wartości. Po pierwsze opieramy się na założeniu o ich ontologicznej, bytowej kruchości. Istotną konsekwencję tego założenia oddaje Znaniecki: „Wartości są aktualne społecznie, istnieją dla świadomości społecznej o tyle, o ile są użytkowane dla celów działalności ludzkiej; posługując się niemi przy tworzeniu nowych wartości, ciągle odnawiamy ich dawne znaczenie i nadajemy im znaczenie nowe.”[4] Innymi słowy wartości istnieją o tyle, o ile są w ruchu, o ile są użytkowane, czyli de facto istnieją jedynie w przestrzeni aktywności ludzkiej, w praktyce społecznej

Związanie wartości z człowiekiem nie wyjaśnia samo prze się natury, charakteru tego związku. Trzeba go opisywać ze świadomością, że wkraczamy tu w sferę mniej lub bardziej hipotetyczną. Ale jednak coś rzec trzeba i gdzieś poszukać wsparcia. Najbliższa moim poglądom jest koncepcja Kroebera. Oto kluczowe jej twierdzenia.

         Wartości „podobnie jak wszelkie przejawy społeczno-kulturowe są ponadosobowe. Znaczy to, że jednostka wchłania o wiele więcej wartości z zewnątrz, bezpośrednio lub pośrednio ze swego społeczeństwa, niż wytwarza.”[5] Stąd ich geneza ma charakter, jak powiada Kroeber, zasadniczej anonimowości. Ta asymetryczność relacji jednostki do kultury ma swoje konsekwencje w wymiarze uznawania wartości oraz ich uświadamiania. Trzeba mówić o zasadniczej, bo pierwotnej nierówności ludzi w relacji do wartości: „Udział różnych osobników w tworzeniu i urzeczywistnianiu ideałów jest nader nierównomierny. Podstawą tej nierówności jest względna ilość inicjatywy i twórczości, jaką każdy osobnik chce i może wnieść do wspólnego twórczego przebiegu. Znaczna większość zdolniejszą jest do naśladownictwa, aniżeli inicjatywy, i woli przytem powtarzać czynności, które już się stały dla niej zwyczajnemi, aniżeli naśladować czynności nowe, nawet, gdy te ostatnie zostały już zainicjowane przez innych.[6]

         Przyjmuję dalej – o czym już była mowa - że wartości spełniają swą konstytutywną wobec kultury rolę o tyle tylko, o ile są podtrzymywane tj. praktykowane, używane.. Ze względu na tę kruchość, samo ich wytworzenie nie wystarcza dla ich istnienia. Akceptujemy tu w pełni zastrzeżenie Kroebera: „Być czegoś świadomym i niepokoić się o to, to nie jedno i to samo. Ten, kogo rzeczywiście interesują zjawiska kultury wie doskonale, że wartości idealne zawsze w zetknięciu z realnym ludzkim życiem ponoszą szkody.”[7]

         Przyjmuję- po trzecie - że relacja człowieka do wartości nie jest w żadnej mierze naturalna, że musi mieć charakter ponadnaturalnego właśnie wysiłku, owego wyrywania się ze stanu zwierzęcości (by pozostać przy terminie Znanieckiego).

   Jak więc określić, ile wart jest człowiek? W baśni Andersena „Cień” tytułowy główny bohater powiada tak: „W gruncie rzeczy świat jest zły i nie zostałbym człowiekiem, gdyby nie było przyjęte, że człowiek ma jakieś znaczenie.” Jakie więc ma on znaczenie skoro wiara w wartość jednostki ludzkiej podtrzymuje gmach demokracji? Oto co na ten temat mówi Maria Janion w swojej książce pt. „Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?” (Wydawnictwo SIC! 1996) przywołując Ortegę y Gasseta: „Od czasów „deklaracji Praw Człowieka i Obywatela” wiadomo, że „każdy człowiek przez sam fakt przyjścia na świat i bez potrzeby zdobywania jakichkolwiek kwalifikacji, nabywa pewne podstawowe prawa polityczne, tak zwane prawa człowieka i obywatela, a także, że prawa te, wspólne dla wszystkich są w ogóle jedynymi rzeczywiście istniejącymi.”. Epoka potęgi masy przynosi konieczność istnienia w świecie przeludnionym, co więcej przepełnionym ludźmi przeciętnymi, połączonymi najdonioślejszą dla nich wspólną jakością, tj. społeczną nijakością.Nijakość jako wartość! I nie byłoby to smutne, gdyby nie było prawdziwe. Ze wszelkich wielowiekowych dywagacji nt. wartości i natury człowieczeństwa, jego wielkości i rangi, znaczenia i godności wyłania się obraz nie najciekawszy. Jeżeli nie chcemy poddać się tyranii nijakości, musimy szukać innych uzasadnień ludzkiej wartości. Najwłaściwszym rozwiązaniem jest odwołanie się do kategorii odpowiedzialności. Idziemy tu za Romanem Ingardenem.[8] Według niego fenomen odpowiedzialności dotyczy następujących sytuacji:

 

  1. 1.ktoś ponosi odpowiedzialność za coś,
  2. 2.ktoś podejmuje odpowiedzialność za coś,
  3. 3.ktoś jest za coś pociągany do odpowiedzialności,
  4. 4.ktoś działa odpowiedzialnie.

 

       A jak z tą odpowiedzialnością bywa? Oględnie mówiąc nie najlepiej „Jak dotychczas, duch demokratyczny charakteryzuje się maniacką i podejrzliwą ostentacją w podkreślaniu praw każdemu przynależnych. Uważam, że pierwsza próba demokracji zakończy się fiaskiem, jeśli zasady tej nie uzupełnimy. Do proklamacji praw należy koniecznie dołączyć proklamację obowiązków.[9] Odpowiedzialność i obowiązek, to dwie strony tej samej postawy, za którą człowiek współczesny nie wydaje się zbytnio przepadać. Tym bardziej, jeśli uświadomimy sobie znacznie większy zakres możliwych działań odpowiedzialnych(4) i podejmowania odpowiedzialności(2) niż pociągania do odpowiedzialności(3) i jej ponoszenia(1). Jesteśmy ciągle zasypywani informacjami z życia publicznego o działaniach i decyzjach urzędników, które są podejrzane czy naganne, ale nie podlegają sankcjom żadnej odpowiedzialności poza zwykłą ludzką przyzwoitością, której pilnowanie powierzono w demokracji tzw. czwartej władzy. Życie jest znacznie bogatsze i dość łatwo wymyka się wszelkim regulacjom zostawiając pole do działań budzących wątpliwości, którym jednak bardzo trudno zarzucić czy udowodnić łamanie prawa (np. słynna już „falandyzacja”) lub choćby wypowiedź gen. Jaruzelskiego na rozprawie sądowej 18.10.2001r, której kwintesencją podkreślającą oderwanie wartości od demokracji będącej zbiorem przepisów było stwierdzenie: nie złamałem Konstytucji, ponoszę (współ)odpowiedzialność moralną polityczną, ale nie prawną. Każdy z nas łatwo może przytoczyć przykłady działań złych, interesownych, ale nie podlegających sankcjom.

Demokracja daje prawa, arystokracja - obowiązki[10] To znów Ortega y Gasset. Oczywiście o arystokracji mówimy jedynie – za Florianem Znanieckim – jako o arystokracji umysłowej, będącej „całością klas przodowniczych w danej epoce i w danem społeczeństwie[11], która nie ma nic wspólnego z kwestiami pochodzenia lub stanu ekonomicznego, a jedynie z różnicą między samorzutnie twórczą mniejszością, a kulturowo bierną większością. Ale bycie arystokratą w takim właśnie sensie nie jest ani łatwe, ani proste, szlachectwo bowiem zobowiązuje, a o niechęci wobec zobowiązań już mówiliśmy. Odwołajmy się ponownie do Janion: „Zamiast drogi per aspera ad astra, która zakłada trudy i wysiłek, coraz ważniejsza staje się premia zależna w gruncie rzeczy od przypadku.”

 

Janion analizując stan kultury dzieli ją na wysoką i niską (na ogół tożsamą z masową) wcale nie deprecjonując tej ostatniej i wyciąga wniosek, że prawdziwym źródłem kultury masowej jest demokracja: „Masowy odbiorca kultury jest wszak wytworem demokracji. Zdawali sobie już z tego sprawę myśliciele XIX-wieczni, i tacy, którzy akcentowali nieuchronność i nieodwracalność demokratyzacji współczesnego społeczeństwa na równi z lękiem przed masą zagrażającą tradycji i kulturze niszczycielską siłą egalitaryzmu (...)”. To, co niebezpieczne to niwelacyjny wobec wszelkich innych form kultury charakter kultury masowej. Póki możemy wybierać, to istnieje szansa, że nie zawsze wybierzemy najgorzej. Póki możemy…

 

Demokracja doskonale wypłukuje z nas wszelką indywidualną odpowiedzialność, ponieważ kategoria egalitaryzmu posiłkująca się kategorią sprawiedliwości społecznej, o której Janion mówi, że „kłóci się z ideą kapitalistycznej konkurencyjności” za wszystko czynią odpowiedzialne państwo poszerzając zakres jego uzurpacji. Wojna toczy się o rząd rąk (głosów). W tej arytmetyce jeden znaczy jeden i każdy z nas jest tym „jednym”. Innej miary ludzkiej wartości już nie trzeba. A jeden jest w każdej konfiguracji sobą, dlatego tak łatwo zmieniają się konfiguracje. Konfiguracje oparte na tak „głębokiej” bazie są tylko kwestią wyczucia koniunktury: wokół kogo uformuje się większość, z którą łatwiej do władzy... Jak więc są perspektywy?

         Kazimierz Dąbrowski wprowadził i wylansował koncepcję dezintegracji pozytywnej dowodząc, że można wykorzystać na swoją korzyść proces rozpadu, że – co więcej – rozpad taki często bywa warunkiem koniecznym postępu, pójścia do przodu, zbudowani czegoś nowego, lepszego. Rozpad jest konieczną przesłanką rozwoju. Symboliczny rozpad muru berlińskiego i jego wcale już nie symboliczne znaczenie dla losów Europy. Niechęć do zniszczenia, rozliczenia określonych zaszłości, niechęć owocująca spowolnieniem przemian i koniecznością powrotu do zaniechanych czy odłożonych działań np. problem lustracji i „grubej kreski”. Tak więc rozpad, dezintegracja ma (może mieć) także i dobre strony. O ile potrafimy ją wykorzystać. Zagrożenie tkwi w niespełnionych przez dezintegrację pozytywną nadziejach, w ich ludzkiej realizacji.

 

II – ROZPAD OSOBOWOŚCI U PROGU TYSIĄCLECIA BARBARZYŃCÓW

 

         Historia w swej faktyczności już tylko zrealizowała pojawiającą się na horyzoncie możliwość. W 1789 Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela usankcjonowała równość. Nabywamy podstawowe prawa polityczne bez potrzeby zdobywania jakichkolwiek kwalifikacji, przez sam fakt przyjścia na świat; co więcej, prawa te zdają się być – przypomnijmy jeszcze raz za Ortegą y Gassetem – jedynymi rzeczywiście istniejącymi. Jesteśmy w sytuacji, którą lapidarnie i trafnie poetycko ujął Jacek Kaczmarski:

 

         za prawo uznałem to, że żyję

         za własną potem wziąłem to zasługę

         i co nie moje miałem za niczyje

         więc brałem nigdy się nie licząc z długiem

 

       Popatrzmy na pozaciągane długi. Nie łatwo je uznać, przypominają bowiem łatwy smak karty kredytowej, na której stan zero nie oznacza wcale kresu wydawania Jednym z tropów, na których możemy i powinniśmy śledzić nasze długi wobec samych siebie jako fundamentu demokracji jest faktyczne zaniedbanie samopoznania. Staliśmy się nie tyle „nieprzeźroczyści” dla siebie, co w ogóle „niewidoczni”. Dopiero po wiekach dzielących nas od naszych greckich protoplastów demokracji jesteśmy mądrzejsi słowami Tadeusza Śliwiaka z tomiku „Dłużnicy nadziei”:

 

         „poznaję cię po głosie

         poznaję cię po chodzie

         ale najbardziej cię poznaję

         po nieobecności

         I my swoją duchowość zaczęliśmy – paradoksalnie! – poznawać „po nieobecności”. Jednak ta nieobecność przyjęła we współczesności ze wszech miar niebezpieczny kształt, który wyłania się z klątwy Pasoliniego, który w wierszu „Zrozpaczona żywotność” mówi:

 

         „Śmierć nie jest w tym

         że już nie można nic powiedzieć

         lecz w tym, że już nie można zostać zrozumianym

 

       Czemu zawdzięczamy to powszechne wzajemne niezrozumienie? Według mnie brakowi „uczciwej, wnikliwej dyskusji nad ustrojem naszej demokracji”, o którym mówił przytaczany Stefan Bratkowski, tej demokracji ze swym sztandarowym postulatem zrównującym podmioty jako takie i traktującym je wszystkie równo bez względu na to, co te „równe podmioty” czynią, a nawet wyczyniają.. Twierdzę, że demokracja jest najbardziej ze wszystkich dotychczasowych formalną strukturą (samo)organizacji społeczeństwa: sankcjonująca matematyczną – i w tym sensie beztreściową – równość. Dlatego Ortega y Gasset mógł skonstatować, że podstawowe prawa posiada się bez potrzeby zdobywania jakichkolwiek kwalifikacji. To „bez potrzeby” jest kolejną nieobecnością, nieobecnością indywidualnego wysiłku. Nasze wnętrze, cokolwiek byśmy przez nie rozumieli, stało się pustynią. Odarte zostało z wartości, bo te dla „psychologii naukowej” trącą myszką. Wypłukane z intelektu, bo dla niego nasze wnętrze – jako fundament wszelakiego subiektywizmu – przestaje mieć jakąkolwiek wartość. Człowiek, dotychczasowe siedlisko wartości moralnych i intelektualnych stanął wobec faktu, że wartości te po prostu „wyprowadziły się” ze swej siedziby! Pozostało nam jedynie puste wnętrze, czysta nieobecność…

        

III – O RESTYTUCJĘ ŚWIADOMOŚCI INDYWIDUALNEJ

 

         Jako fundamentalne dla całej współczesnej kultury jawi się więc pytanie: czy i jak (ewentualnie) można sobie z tym sobie poradzić? Zadaniem najważniejszym, bez którego próżno oczekiwać ratunku, zdaje się być restytucja świadomości indywidualnej. Mówi o tym Roman Wapiński w doskonałej książce „Polska i małe ojczyzny Polaków” powołując się na konstatację Gerharda Kloski: „Wbrew sugestiom zawartym w pewnych powszechnie używanych wyrażeniach, takich jak: świadomość grupy, klasy czy narodu – świadomość jest zawsze świadomością konkretnej jednostki. To jednostka wyobraża sobie to lub tamto, posiada określone pojęcia o tym lub owym.[12]. Formalizm demokracji także na tym polega, że „rozbuchany” do granic absurdu system przedstawicielski przeradza się siłą własnej inercji w autonomiczność biurokracji i de facto nie pozwala wybierającym czegokolwiek wyegzekwować od wybranych. Oto paradoks współczesnego rozdarcia: najpierw „wyprowadziliśmy” wartości z ich ludzkiego siedliska, a później zrelatywizowaliśmy każdy potencjalny świat wartości do tego pustego człowieka ustanawiając go jedyną ich sankcją. Dlatego zagrożenie jest poważne. Już słychać tupot barbarzyńców nadchodzącego tysiąclecia.

 

ZAKOŃCZENIE

 

1. Źródłowo i „genetycznie” demokracja ma co najmniej dwa istotne ograniczenia. Pierwsze dotyczy skali, zasięgu najlepszej możliwości rozwoju, którą gwarantuje mała społeczność (nie istotne w tej chwili jak mała.) Można to porównać do meczu piłkarskiego. Zachowanie reguł gry nie rozwiąże problemów jakie powstaną, gdy na boisku będzie dajmy na to po stu zawodników. Tyle o tym. Drugie ograniczenie wyznacza nierozstrzygnięty dylemat Rousseau-Jeffersona: czy lud jest bezgranicznie zdolny do rządzenia sobą, czy też należy tu zachować zasadę ograniczonego zaufania. Dylemat ten wydaje się być nierozstrzygalny, o ile nie wrócimy do wartości ze sztandarową z nich tj. odpowiedzialnością jako konstytutywną dla człowieka.

2.  Jeżeli chcemy związać demokrację z jakimikolwiek wartościami, to musimy sobie uświadamiać, że wartości nie są twarde jak skała, na której zbudujemy gmach np. demokracji, lecz wprost przeciwnie: są kruche, a ich istnienie zależy od wysiłku podtrzymywania ich w bycie, kultywowania, zależy od naszej zapobiegliwości i troski.[13]

3. Świat wartości jest ponadto światem hierarchicznym, wertykalnym, gdy my tymczasem w „globalnej wiosce” kultury masowej przeszliśmy właśnie z dzierżonej przez stulecia dumnej i wyprostowanej, o określonym kośćcu pozycji wertykalnej ku bezideowemu, konsumpcyjnemu wygodnictwu leniwej pozycji horyzontalnej. Ten właśnie dylemat jako zasadniczy dla obrazu i przyszłości kultury rozważa Janion. Innym symptomatycznym dla demokracji przejawem jest ostentacyjne separowanie religii od państwa. Nie upieram się przy religii (takiej czy innej), ale nie widzę sensownego zwrócenia się demokracji ku jakiejś aksjologii, lecz – idąc śladami Ortegi i Znanieckiego – raczej dostrzegam kierunek a-aksjologiczny, bo i, jak pisałem, od demokracji porównanej do kodeksu drogowego, czyli demokracji jako sposobu funkcjonowania nie oczekujemy, w przeciwieństwie do gorących jej zwolenników, czegoś innego. Oczekiwanie takie uważamy za intelektualnie naiwne..

4. Klęska lub zwycięstwo każdej społeczności nie zależy jedynie od formy jej samoorganizacji. Demokrację jako taką formę uważamy za stricte formalną, być może możliwą do wypełnienia treścią czyli wartościami, ale o tyle, o ile postawimy na przywrócenie człowiekowi jego „kośćca” aksjologicznego. A to jest możliwe tylko i jedynie poprzez odbudowę przestrzeni, poprzez restytucję odpowiedzialności. To ona gwarantuje zawsze trudne przejście od praw (jakichkolwiek) na papierze do praw w praktyce, a nie prawa te same z siebie jako takie. Demokracja i jej dwie opoki tj. wolność i tolerancja bez odpowiedzialności stają się dramatem.

 

Ale wówczas spór musiałby dotyczyć wizji. A problemem polskiej filozofii, polskiej humanistyki i chyba polskiej polityki jest właśnie brak wizji. Aby cokolwiek zrobić, trzeba mieć wizję. Boimy się wizji, bo wizja musi odwoływać się do wartości. A wartościom w dzisiejszym świecie przetrącono kręgosłup, są pogruchotane – myślę tu o wartościach autentycznych, prawdziwych tj. takich, które o czymś stanowią w naszym życiu, które potrafią trzymać je w garści i kierować nim we wzburzonej współczesności. Osobiście nie wiem, jaką wizję proponują demokraci lub w jaką wizję wpisują swoje demokratyczne propozycje.

         Można by na koniec zapytać tak: skoro twierdzimy, że demokracja nie ma wartości (jest aksjologicznie pusta), to skąd takie pretensje? Ano stąd właśnie, że się ona do tej pustki nie przyznaje, że ustami swych żarliwych wyznawców mami górnolotnymi frazesami o wolności, równości, sprawiedliwości, tolerancji itd.

 

Jeżeli odpowiedzialnie chcemy mówić o wartościach demokracji, to musimy dokonać faktycznej oceny jej dokonań. Podkreślam w tym tekście z całą mocą: szukanie w demokracji samoistnych wartości lub jakowegoś dobrego wpływu na ludzi, dlatego, że demokracja jest nośnikiem wartości, czy choćby dlatego, że jej procedury jakoby sprzyjały wartościom jest skrajną naiwnością. Demokracja zgodnie z wszystkimi swymi świętościami równie dobrze może być demokracją łajdaków.

 



[1] A.Bullock, O.Stallybrass „Słownik terminów politycznych”, Warszawa 1990 wyd. „Fundacja dla demokracji”, s.20

[2] j.w. , s.21

[3] m.in. o różnicy między prawami w praktyce i na papierze trektuje książka Agnieszki Graff „Świat bez kobiet w polskim życiu publicznym” (Wydawnictwo WAB Warszawa 2001) wskazująca na kwestie równości i wartości w demokracji.

[4] F.Znaniecki „Upadek cywilizacji zachodniej” Poznań 1921, s.5.

[5] A. L .Kroeber „Istota kultury”, Warszawa 1970, s.306.

[6] F. Znaniecki dz.cyt., s.2.

[7] A. L. Kroeber, dz.cyt., s.309.

[8] R. Ingarden „O odpowiedzialności i jej podstawach ontycznych” w: „Książeczka o człowieku”, Kraków 1987, s. 73-169.

[9] J. Ortega y Gasset „Dehumanizacja sztuki i inne eseje”, Warszawa 1996, s. 31.

[10] j.w., s. 31.

[11] F. Znaniecki, dz.cyt., s. 3.

[12] R. Wapiński „Polska i małe ojczyzny Polaków” Ossolineum 1994, s. 6.

[13] Piszę o tym m.in. w tekście „O osobowych aspektach dziedziczenia kulturowego” w: „Problemy zarządzania dziedzictwem kulturowym” Warszawa 2000, ss. 54-59.

 

Polecamy publicystykę


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli