Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Andrzej K. Waśkiewicz

Warunki uprawiania zawodu literackiego w Polsce

 

W latach 1951-1952 toczyła się w Polsce, podobnie jak w innych krajach bloku, wielka dyskusja o pracy Józefa Stalina Marksizm a zagadnienia językoznawstwa. Tyczyła ona spraw różnych, nie tylko językoznawstwa i literatury. Prace literackie, wpierw publikowane w „Pamiętniku Literackim”, ukazały się w 1952 w osobnej odbitce zatytułowanej Tezy Stalina o języku a zagadnienia współczesnego literaturoznawstwa. W rozprawie zatytułowanej O trwałe wartości w nauce prof. Kazimierz Budzyk, znakomity historyk literatury i bibliolog, zastanawia się do jakiej mianowicie sfery należy książka: bazy czy nadbudowy? Otóż, powiada, badania nad książką tyczą dwóch sfer, pierwsza z nich – to produkcja, tj. drukarstwo. W tej sferze badamy książkę „jako wytwór działalności produkcyjnej człowieka”. Mniemać można – nieszczególnie się w tym względzie różni od produkcji butów czy na przykład muszkietów. Dopiero w sferze drugiej książka „staje się dokumentem działalności społecznej i jej faktycznego rezonansu w społeczeństwie. W tym znaczeniu badania nad książką będą częścią historii społecznej narodu”.

Podobnie jak broszura Stalina pozornie tylko tyczyła językoznawstwa, tak i praca Budzyka pozornie tylko reinterpretuje dotychczasowe doświadczenia bibliologii w świetle przywoływanej pracy. W istocie broni dość prostej tezy. Skoro książka, jako taka, nie należy do sfery nadbudowy, to dążąca do kompletności bibliografia rejestracyjna nie jest niczym zdrożnym, jest bowiem równie neutralna ideologicznie jak katalog butów średniowiecznych wraz z rejestrem zakładów je wytwarzających. Podobnie subtelne i precyzyjne dociekania bibliologiczne, są równie uprawnione (i nieskażone formalizmem), jak rozprawy tyczące produkcji muszkietów i ich cech szczególnych.

Przywołałem tę starą rozprawę, talmudycznie udowadniającą oczywiste tezy, po trosze jako samousprawiedliwienie. Zajmować się bowiem będę również książką, a także tekstami literackimi (i innymi pisanymi przez literatów) upowszechnianymi w formach innych niż książka, widząc w nich wytwór występujący w dwu formach: produktu i towaru. Każdy towar jest równocześnie produktem, natomiast niewiele tylko produktów ma szanse przekształcić się w towar. To znaczy uczestniczyć w wymianie towarowo-pieniężnej i to jeszcze tak, by wytwórcy przynieść godziwy zysk.  Z tego samego punktu widzenia powiemy, iż niewiele tylko wytwórców owych produktów,  których ze względu na ich wytwórczą specjalność klasyfikujemy jako pisarzy, w istocie uprawia zawód pisarski. Pisarstwo jako czynność i pisarstwo jako zawód, tak to rozgraniczamy.  Relacje między nimi są mniej więcej takie same jak między produktem a towarem.

Skupimy się na okresie po 1989 roku, sporadycznie tylko odwołując się do norm i obyczajów wcześniejszych. Na trzy rzeczy należy tu zwrócić uwagę. Po pierwsze – po raz pierwszy w nowoczesnej historii Polski twórczość literacka (podobnie zresztą jak inne gatunki piśmiennictwa) została wyłączona spod kontroli państwa. W wieku XIX i początkach dwudziestego były to cenzury państw zaborczych – Rosji, Austrii i Niemiec (wpierw Prus), każda z nich stosowała odmienne reguły, stąd książki zakazane na terenie zaboru rosyjskiego mogły się ukazywać np. na terenie, stosunkowo najbardziej w tym zakresie liberalnego, zaboru austriackiego. Po odzyskaniu niepodległości do r. 1939 była to cenzura represyjna, po 1945 – prewencyjna. Po raz pierwszy też działalność wydawnicza nie jest koncesjonowana, prawa wydawnicze mogą uzyskać podmioty prawne i fizyczne, te pierwsze –  jako działalność gospodarczą bądź prowadzoną w ramach działalności statutowej (jak stowarzyszenia, związki, organizacje społeczne). Nie koncesjonowane są też zakłady poligraficzne. Stąd też, odwołując się do poprzednich ustaleń – z punktu widzenia państwa – nie ma żadnej różnicy pomiędzy zamówieniem butów na obstalunek, a wydaniem przez autora tomu właśnie napisanych wierszy. I jedno, i drugie jest rodzajem usługi wykonanej na rzecz osoby fizycznej, od której to czynności wykonawca płaci należny państwu podatek. Kłopoty, raczej teoretyczne, pojawią się wtedy, gdy autor (będący równocześnie właścicielem nakładu), będzie chciał wprowadzić go do obrotu. Właściwie powinien zarejestrować działalność gospodarczą, albo przynajmniej wykazać wpływy i odprowadzić od nich należny podatek. Tyle, że z reguły rozdaje lub sprzedaje osobiście. Nie znam przypadku, by ktoś z tego tytułu był ciągany po sądach. Choć, co tu dużo mówić, jest to część sławnej „szarej strefy” gospodarczej (odmienną kwestią są wydawnictwa oficjalnie zarejestrowane jako działalność gospodarcza, a będące własnością pisarzy, mówimy tu wyłącznie o tzw. wydawcach okazjonalnych). Trzecia wreszcie różnica – to postęp technologiczny. To, co niegdyś wymagało skomplikowanych urządzeń i rzeszy fachowców dziś jest do wykonania we własnym zakresie. Dysponując średniej klasy sprzętem komputerowym autor jest w stanie przygotować książkę do etapu dużego montażu, resztę – tj. duży montaż, druk i oprawę – zlecić firmie poligraficznej. W efekcie są to usługi relatywnie tanie, mieszczące się w finansowych możliwościach przeciętnie zarabiającego pracownika najemnego. Średnia miesięczna wystarczy z nadmiarem na wydanie książki poetyckiej, dwie – na niewielką książkę prozatorską. W standardowym dla tego rodzaju wydawnictw nakładzie 300-500 egz. Niewiele dopłacając może tę czynność zlecić wydawnictwu, które  –  podobnie jak zakłady poligraficzne – też świadczą tego rodzaju „usługi dla ludności”.

Mówiąc to, co dotąd powiedzieliśmy, pominęliśmy jedną ważną różnicę. Otóż w r. 1989, przynajmniej w naszym obszarze geopolitycznym, zamknęła się epoka zimnej wojny. Wojny mają to do siebie, że toczą się na różnych frontach. Front literacki (szerzej – artystyczny i kulturalny) nie był może najważniejszy, ale też nie wymagał angażowania tak wielkich środków, jak np. zbrojenia. Część tych środków konsumowali twórcy. Sam fakt zresztą, że byli przedmiotem przetargów dowartościowywał i ich samych, i ich produkty. Nie mówiąc o tym, że z ich zawodowej organizacji (która, w tym kształcie w jakim funkcjonowała do 1989, była tworem lat trzydziestych i państw o charakterze co najmniej autorytarnym), czynił narzędzie walki politycznej, więc – pod szczególną opieką i kontrolą państwa. Z tego samego repertuaru pochodzi i inna zmiana – wymienialność lokalnych walut. Niewymienialność bowiem i limity dewizowe chroniły interes polskiego pisarza. Tamowały bowiem dopływ tego, co nazywam produktem wysokoprzetworzonym, to znaczy komercyjnej literatury amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej. Bawiłem się kiedyś pisząc, że gdy nie ma Conana, Pirx, bohater świetnych opowiadań Stanisława Lema, może funkcjonować jako Conan, gdy wszakże Conanów jest pod dostatkiem (a to cały przemysł, w którym pracują nieźli fachowcy), Pirx znajdzie się tam, gdzie jest jego miejsce – w niespecjalnie czytanej literaturze wysokoartystycznej.

Rynek otwarty, to taki, w którym produkt lokalny musi przegrać z produktem globalnym. Ten bowiem przychodzi z gotowym oprzyrządowaniem marketingowym, ponadto jest tak skonstruowany, by trafił w zapotrzebowanie tych, do których jest adresowany. Jest bowiem kolejnym ogniwem wytwórczości, której poprzednie zostały przetestowane i sprawdziły się rynkowo. Ryzyko istnieje, ale nie jest zbyt wielkie. Trafów jest zawsze więcej niż gaf.

W tak skonstruowanym rynku produkt lokalny uzupełnia globalny. Zagospodarowuje te nisze, w których wielcy producenci nie działają, bo im się to albo nie opłaci, albo nie rozeznali jeszcze specyficznych potrzeb. Producenci lokalni mają dwie możliwości: albo pracować wedle sprawdzonych na rynku globalnym standardów (= formatów) albo próbować narzucić własne normy. To znaczy stworzyć, adaptując już istniejące wzorce, własny format. Licząc, że – być może – uzyska on wymiar globalny.

Dopiero wówczas sukces jest pełny. Na rynku lokalnym – jedynie połowiczny.

Ale też rynki lokalne nie są jednorodne. Zależne przede wszystkim od zasięgu języka.

Język polski jest językiem lokalnym. Diaspora nie jest liczącym się odbiorcą.

Reguły, które rządzą zarobkami pisarzy są trywialnie proste. Są mianowicie wynagradzani procentem od zysku. Poprzednio, przed transformacją od ustalonego przez państwo wkładu pracy. Norma, która gdy została wprowadzona, była przyjmowana jako korzystna dla pisarzy, ustalała obligatoryjne wynagrodzenie od arkusza tekstu przy nakładzie podstawowym (różnym dla różnych gatunków piśmiennictwa) i kolejne, pomniejszone o degresję, dla dalszych nakładów i wydań. Zakładano przy tym, zresztą słusznie, iż główny wkład pracy daje autor przy pierwszym wydaniu, kolejne są dodatkowym zyskiem od już opłaconej pracy. Degresje, tak to można widzieć, były realizacją idei sprawiedliwości społecznej (lub – jak kto woli – społecznego solidaryzmu). Coś jak podatek progresywny, bogatszy świadczy na rzecz uboższego. Obowiązujące dziś prawo autorskie obligatoryjnie ustala tylko jedną normę. Stanowi ona, iż wydawcy dzieł, „których czas ochrony praw autorskich upłynął są zobowiązani do przekazywania na rzecz Funduszu [Promocji Twórczości] [...] od 5 do 8 proc. wpływów brutto ze sprzedaży tych utworów”. Norma ta zakłada milcząco, iż wydawca ze swojej działalności osiąga zysk, powinien więc podzielić się nim z państwem, które uzyskane w tej sposób wpływy dystrybuuje wedle ustawowych zobowiązań, stypendiując np. żyjących pisarzy, dofinansowując deficytowe druki. Ów wpływ brutto to cena zbytu, wynosząca mniej więcej połowę ceny detalicznej. Wedle podobnych zasad opłacani są też żyjący autorzy. Zwyczajowo – od 7 do 14 proc. Książka, która w księgarni kosztuje 30 zł powinna autorowi przynieść od złotówki do dwóch zł wpływu od 1 egz., który to wpływ zostanie przez państwo opodatkowany w wysokości 19 proc. od połowy wynagrodzenia (druga połowa to, wciąż kwestionowane, koszty uzysku). Nietrudno obliczyć, że – by osiągnąć poziom średnich płac (w trzecim kwartale 2007 r. było to 2703 zł) – autor musi miesięcznie sprzedać (w zależności od tego na jaki procent opiewa umowa) od tysiąca do prawie trzech tysięcy swych książek. Przy czym, jeśli nie jest pracownikiem etatowym lub emerytem, ilość tę powinien powiększyć o koszt ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego, po likwidacji specjalnego ubezpieczenia twórców i ich rodzin, zrównanego z innymi samozatrudnionymi, mniej więcej ponad 700 zł miesięcznie (w październiku 2007 – 764 zł). Zapewni mu to prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej i niską emeryturę. Tak więc wskazaną wyżej liczbę egzemplarzy należy podnieść o kilkaset. Szacunkowo, nie bawiąc się w szczegółowe obliczenia można przyjąć, iż jaki taki byt zapewnia pisarzowi sprzedaż 2-4 tysięcy książek miesięcznie, 24-48 tysięcy rocznie.

Obie funkcjonujące w Polsce organizacje pisarskie zrzeszają ponad 2000 autorów. Mniemam, że nie więcej niż kilkudziesięciu osiąga ten poziom poczytności.

Gdy w latach osiemdziesiątych odstąpiono od kwotowych norm wynagrodzenia za arkusz wydawniczy (ok. 40 tys. znaków), ustalono, że będzie ona równa średniemu wynagrodzeniu w podstawowych działach gospodarki narodowej. Milcząco zakładano, iż –  by się utrzymać  –  pisarz powinien wyprodukować miesięcznie ok. 20 stron tekstu.

Teraz powiemy, iż miesięcznie powinien sprzedać 2-4 tysięcy książek.

Wszelako książka książce nierówna. Ta, o której tu mówimy, jest produktem, który uzyskał cechy towaru. Jest przedmiotem obrotu, wymiany towarowo-pieniężnej. Jest to wszakże status, który – jak powiedzieliśmy na wstępie – uzyskuje tylko niewielka część produktów.

W 2000 roku ukazało się w Polsce 862 tomików poezji, 213 powieści, 159 tomów opowiadań napisanych przez krajowych autorów, przekładów w tym samym roku wyszło 5657. Spośród autorów polskich (żyjących)  najwyższe nakłady osiągnęli Stanisław Lem (74 tys.), Joanna Chmielewska (60 tys.), Andrzej Sapkowski (60 tys.). Nietrudno zauważyć – pamiętając wcześniejsze obliczenia – iż w ten sposób ich literackie dochody osiągnięte w kraju sytuowały ich w grupie średniozarabiających  A byli to absolutni rekordziści nakładowi.

Dodajmy, iż przeciętne wydatki na książki statystycznego Polaka nie przekraczają rocznie kilku złotych, produkcja zaś w roku 2000 wynosiła 2657 egz. na tysiąc mieszkańców. Łącznie w tym okresie wydano 21 674 tytuły w łącznym nakładzie 102,7 mln. egz.

Cena książki będącej towarem zawiera w sobie różne składniki. Mniej więcej połowa to koszty sprzedaży. W pozostałej – prócz zysku wydawcy i wynagrodzenia autora mieści się koszt produkcji (druk, oprawa, papier, farby energia i media grzewcze, wynagrodzenia, czynsze i podatki) a także  – to druga grupa – wynagrodzenie recenzentów, redaktora merytorycznego i technicznego, grafika, korektora, a także przypadająca na ten konkretny tytuł cząstka ogólnych kosztów funkcjonowania oficyny. Kolejny wreszcie składnik to koszty marketingu i reklamy. Oczywiście można ciąć wydatki, oszczędzając na recenzentach, redaktorach, etc.

Na owych pośrednich etapach produkcji bywali zatrudniani pisarze, występujący w roli, jak to nazywa Stefan Żółkiewski, techników literackich. Bywali recenzentami, konsultantami, czasem adiustatorami lub redaktorami. I oni, a także zawodowa kadra wydawnicza część, bywało że znaczną, dochodów przeznaczała na zakup książek. Skoro wpływy mają mniejsze, albo i zerowe, to i zakupy radykalnie ograniczają.

Co na własnym przykładzie mogę potwierdzić.

Przytaczając wyżej dość imponujące wskaźniki narodowej produkcji literackiej, nie dodałem, że są one raczej zaniżone. Po znowelizowaniu ustawy o egzemplarzu obowiązkowym i przeniesieniu obowiązku wysyłki z zakładów poligraficznych na wydawców oblicza się, iż upusty w Bibliotece Narodowej wynoszą  20-30 proc. Tak więc należy przyjąć, iż średnioroczna produkcja książek poetyckich przekracza 1000 tytułów, prozatorskich – pewnie o połowę mniej. I w jednej, i w drugiej grupie przeważająca część to pierwsze wydania utworów. Wśród nich – zwłaszcza w przypadku książek poetyckich – takie, w których cenie mieszczą się wszystkie wyszczególnione wyżej składniki stanowią zdecydowaną mniejszość. Reszta to szczególnego rodzaju produkty funkcjonujące poza rynkiem książki.

Moglibyśmy powiedzieć, że – być może – dla kultury narodowej mają one znaczenie, dla rynku książki są raczej obciążeniem, psują bowiem rynek.

Książka będąca towarem jest częścią narodowej gospodarki. Konsumuje produkty przemysłu papierniczego, chemicznego, energię i media grzewcze, pracuje na czynsze i podatki. Daje wreszcie zatrudnienie całej rzeszy pracowników.

By stała się towarem, to znaczy zbilansowała koszty, musi się sprzedać w ilości co najmniej 3 tys. ezgzemplarzy. Od pięciotysięcznych sprzedanych nakładów rozpoczynają się poważne kalkulacje, satysfakcjonujące wszystkie strony.

Książka-produkt funkcjonuje odmiennie. Najczystszy układ to taki, w którym autor za własne pieniądze  zleca drukarni (ewentualnie za pośrednictwem wydawnictwa) wydanie książki, którą następnie sam rozprowadzi (lub rozda). W ten sposób daje zatrudnienie drukarni, a pośrednio także tym gałęziom gospodarki, które wytwarzają surowce niezbędne do wyprodukowania książki. Mniemam, bo szczegółowych badań w tym zakresie nie prowadzono, że tak powstaje nie więcej niż 10 może 20 proc. książek-produktów. Reszta, zakładając, że mniej więcej tyle samo wytwarzają zawodowe oficyny, inwestując własne środki, a więc 60-80 proc. finansowana jest z dwu źródeł: funduszy publicznych i sponsorskich, z ogromną przewagą tych pierwszych. Przy czym te publiczne  mogą być uruchomiane w bardzo różny sposób i pochodzić z różnych źródeł: państwowych, samorządowych, a także specjalnych wyodrębnionych, bądź wreszcie z funduszy instytucji, np. wyższych uczelni. Mogą być przeznaczone na wydanie lub wytworzenie  dzieła, a więc może to być np. umowa stypendialna, zawierająca jednocześnie klauzulę, iż dzieło musi być wydane, i musi być nim w zamieszczona informacja dzięki komu powstało, jeśli więc autor nie pozyska dodatkowych środków, za otrzymane stypendium, opłaciwszy należny państwu podatek, opłaci koszty druku.

Nominalnie przeznaczone na działalność kulturalną środki te realnie finansują inne dziedziny wytwórczości: przemysł poligraficzny, papierniczy, chemiczny, czynsze, media grzewcze, etc, etc.

Z reguły bowiem dotacje nie uwzględniają funduszy na zakup praw autorskich, a jedynie na materialne, poświadczone fakturami, wytworzenie produktu.

Powiedzieliśmy, iż psują rynek książki. Nie tylko dlatego, że jeśli są sprzedawane to raczej poniżej kosztów wytworzenia, ale także dlatego, że najczęściej rozpowszechniane są z pominięciem reguł wymiany towarowo-pieniężnej, wedle jeszcze starszej zasady wymiany towarowej. Krążą wśród autorów i przyjaciół jako szczególnego rodzaju podarunki, rynek księgarski nic z nich nie ma. A skoro w ten sposób zaspakajają czytelnicze potrzeby, to eliminują część przynajmniej potencjalnych zakupów.

Moglibyśmy powiedzieć tak: literatura jako wytwórczość ma się świetnie, literatura jako zawód – marnie. Byłaby to jednak część prawdy. Wedle bowiem zasady: wielu jest powołanych, wybrańców wszakże mało, ci, którym się powiodło mogą funkcjonować znakomicie. Płaca bowiem jest także elementem marketingu i reklamy. Sześćdziesięciotysięczna zaliczka na napisanie przez Jerzego Pilcha nowej powieści jest inwestycją w przyszłą sprzedaż a także elementem promocji i firmy, i pisarza. Jest bowiem prasowym newsem, powtarzanym przez wszystkie media. Za zwykłą promocję trzeba by pewnie zapłacić więcej. Można też powiedzieć jeszcze inaczej – ci z autorów, którzy się przebiją, mają do swej dyspozycji potężne media elektroniczne, gry komputerowe a w dalszej kolejności zapewne udział w zyskach ze sprzedaży gadżetów. Jest to wszakże udziałem pewnie już nie procentów a promili populacji piszących.

Tradycyjne źródła zarobków albo w ogóle przestały istnieć, albo radykalnie się skurczyły, albo wreszcie przeszły w ręce wyspecjalizowanych producentów. W okresie międzywojennym dramaturgów żyjących z teatru było całkiem sporo, po wojnie też, teraz – prawdę mówiąc, nie wiem czy są w ogóle. Słuchowiska radiowe były źródłem zarobku dla licznych autorów, dla części z nich – głównym. Teraz w rozgłośniach lokalnych premiera słuchowiska, jest wydarzeniem obwieszczanym rozgłośnie na antenie i w prasie. Podobnie jest z teatrem telewizyjnym. Zdaje się że od pisania scenariuszy seriali są wyłącznie specjaliści.

Relatywnie nieźle funkcjonują tłumacze, zwłaszcza literatur anglojęzycznych. Przeciętna stawka to ok. 500-550 zł za arkusz wydawniczy pierwszego wydania i 3 proc. ceny hurtowej kolejnych wydań. Stosując te same co poprzednio przeliczniki, powiemy, że by osiągnąć przeciętne dochody tłumacz powinien miesięcznie przełożyć ok. 250 str. maszynopisu.

Poważnym miejscem zarobkowania była prasa społeczno-kulturalna i literacka. Z dość obszernego niegdyś zestawu tradycyjny model kontynuuje jeden tylko tytuł – katolicki „Tygodnik Powszechny”, cała reszta upadła po transformacji.  Kilka tytułów, w tym literacką „Twórczość” i poświęcony dramaturgii „Dialog” finansuje Ministerstwo Kultury jako tzw. czasopisma patronackie. Ostatnio do tej grupy dołączył lubelski kwartalnik „Akcent”. W średniej wielkości europejskim kraju jedno tylko czasopismo o tym charakterze wydawane jest przez koncern prasowy – „Zeszyty Literackie” wydawnictwa „Agora”. Obok nich funkcjonuje ponad setka pism,  z których kilka to inicjatywy prywatne, reszta finansowana jest z funduszy publicznych, jak tzw. projekty kultury. Różnica pomiędzy patronackimi, które są instytucjami kultury, a pozostałymi jest taka, że te pierwsze mają stałe fundusze, także etaty i honoraria, by je zlikwidować trzeba uruchomić skomplikowaną procedurę zwolnień grupowych, tym drugim wystarczy nie przyznać kolejnej dotacji, która ma skądinąd charakter uznaniowy. Dotacja zaś z reguły pokrywa materialne koszty wytworzenia produktu. Skąd roczny koszt patronackich to kilkaset (średnio chyba 700) tysięcy, koszt pozostałych od kilku do dwudziestu kilku tysięcy, czasem więcej. Ale też nie jest to biznes opłacalny. Ponieważ kiedyś przed laty ogłoszono wysokość dotacji i średnią sprzedaż (pewnie teraz mógłbym na nowo sprawdzić w Internecie, ale mi się nie chce), obliczyłem sobie stopę zwrotu nakładu. Wyszło mi, że jest ona zbliżona, do wyliczeń, które przed wojną przeprowadził Jalu Kurek dla wydawanej przez siebie awangardowej „Linii”: nie przekracza kilkunastu procent. Zdaje się, że jest to rodzaj stałej. Tłumaczącej także dlaczego w ten biznes nie wchodzą prywatni przedsiębiorcy, a i koncerny prasowe też nie są nim zainteresowane.

Rzecz jednak w tym, iż pisma tygodnikowe były czytane. W okresie międzywojennym miały nakłady przekraczające 20 tysięcy, powojenne z reguły kilkudziesięciotysięczne, najwyższy nakład warszawskiej „Kultury” przekraczał sto tysięcy. Doświadczenia kilku tytułów powołanych po transformacji (i z reguły szybko likwidowanych) wskazują, iż realny dziś nakład nie przekraczałby kilkunastu tysięcy; utrzymanie więc wymagałoby potężnego dofinansowania.

Były czytane, więc pełniły także funkcję upowszechnieniową, informowały o zjawiskach kulturalnych, promowały je i oceniały. A więc – w efekcie – umożliwiały społeczne krążenie wartości. W jakimś sensie także stymulowały rozwój wytwórczości kulturalnej.

Były, co tu dużo mówić, zjawiskiem cokolwiek anachronicznym. Opisywałem to kiedyś analizując jedno z ambitniej pomyślanych pism powojennych – „Miesięcznik Literacki”. W swojej grupie miał on stosunkowo mały nakład i wysoki procent zwrotów. Zajmował się zaś – na profesjonalnym bądź półprofesjonalnym poziomie – problemami literatury, sztuki, filozofii i socjologii, polityki zresztą także. Było otóż tak, że specjaliści z tych dziedzin, albo po prostu odbiorcy zdolni przyswajać te treści mieli do dyspozycji periodyki specjalistyczne, tych zaś, którzy – na tym stopniu trudności – chcieli odbierać je łącznie, było po prostu zbyt mało. Mniemać można, że podobnie stało się z potencjalnymi odbiorcami dawnych tygodników kulturalnych. To, co ich interesuje znajdą w pismach specjalistycznych, o reszcie – na innym poziomie trudności odbioru – dowiedzą w tygodnikach opinii albo w sobotnio-niedzielnych (albo czwartkowych) wydaniach gazet codziennych. Możliwości wyboru mają ogromne.

Nastąpiła więc, tak to nazwijmy, segmentacja rynku. Na którym to naprawdę jest ważne, co przedrze się do czytelnika gazet, oglądacza telewizyjnych newsów, prasy kolorowej, albo – ale to też swoista enklawa, tyle że szersza – tygodników opinii. Z reguły jako sensacja dnia, już nazajutrz zastąpiona przez nową.

By się utrzymać, pisarz powinien iść za ciosem, to znaczy tak jak się da bulwersować opinię  publiczną. Książkami, zachowaniami, ujawnieniami intymnych detali. Jeśli zniknie, już nie wróci. Może też pracować wedle aktualnych reguł kultury masowej. Tworzyć wielotomowe sagi fantasy, cykle kryminałów ze wspólnym bohaterem, próbować powodzenia w którymś z segmentów rynku produktów wysokoprzetworzonych – romansach, obyczajówkach z życia kobiet w młodośrednim wieku, akurat po rozwodzie, albo próbować powodzenia w specjalistycznych enklawach, literaturze katolickiej, antykatolickiej, gejowskiej lub lesbijskiej. Pisanej wedle standardów czyli formatów.

Może wreszcie usytuować się w innej, rokującej raczej niewielkie komercyjne szanse, enklawie literatury wysokoartystycznej. To znaczy takiej, która nastawiona jest na zmianę kodów literackich, te bowiem, które zastał, wydają mu się nieprzystawalne do rzeczywistości, którą chce wyrazić. Nie da się ukryć, owa niewielka szansa tu akurat się zrealizowała, to przypadek Doroty Masłowskiej.

Cała osobliwość dzisiejszej sytuacji pisarza polega na tym, że rzeczywistość, w której działa, nijak nie przystaje do rozpoznanej. Ani tej z okresu międzywojennego, ani tej z PRL. Przy czym, jak się zdaje, owa zmiana ma podłoże ogólnocywilizacyjne, i tyczy – w tym szczególnym przypadku, także zmiany ról i usytułowań. Gdy w latach trzydziestych Stanisław Piasecki, redaktor prawicowego „Prosto z Mostu” pozyskał do współpracy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, dość znanego wówczas poetę, ale przecież nie gwiazdę pierwszej wielkości, przełożyło się to na prestiżowy i komercyjny sukces tygodnika, gdy pod koniec żlycia Zbigniew Herbert, podówczas prawie idol prawicy, związał się z tygodnikiem „Solidarność” nie przełożyło się to na nic. Oglądałem kiedyś w tv dyskusję Kazimierza Kutza, wówczas (i dziś także) senatora RP, z którymś z polityków PiS, gdy polityk nie bardzo mógł skontrować jego wypowiedzi, tytułował go „panie reżyserze”, co  – jak mniemam, miało sugerować, iż gada o rzeczach na których się nie zna, od polityki są bowiem politycy, a nie amatorzy. Bardzo możliwe, że gdyby zamiast Kutza była telewizyjna gwiazda, albo dziennikarz popularnego pisma, starałby się raczej zjednać niż obrażać. Zauważmy – pisarzy,

a i innych artystów, raczej nie zaprasza się przed kamery, by wypowiadali się w sprawach społecznie ważnych. Od tego są fachowcy.

Co tu kryć – pisarze polscy dojrzewali w szczególnej aurze posłannictwa. Adam Mickiewicz powinien mieć od rządu francuskiego etat i pensję, bo wielkim poetą był, na utrzymanie Norwida powinna się, z tego samego względu, składać zamożniejsza emigracja, młody Herbert był prześladowany przez reżim, bo musiał pracować na podrzędnych stanowiskach, podczas gdy inni brylowali w redakcjach. Na początku PRL Czesław Miłosz opisywał przypadek pewnego pisarza (zdaje się, że był to Truchanowski), który przed wojną pracując na dość wysokim urzędniczym stanowisku, tylko w godzinach przynależnych na wywczas pisał książki, nie mogąc z tego zajęcia się utrzymać. Ileż to dzieł, ubolewał, w tych warunkach nie zostało napisanych. Ten etos znakomicie się godził z gorkowsko-stalinowskim konceptem „pisarza – inżyniera dusz ludzkich”. Państwo autorytarne, we wszystkich swych ideologicznych wersjach,  ma przeróżne możliwości, których, z natury rzeczy nie posiada wolnorynkowe państwo demokratyczne. To pierwsze planuje i kontroluje, ponosząc przy tym pewne, w skali państwa nie tak wielkie, koszty; to drugie zdaje się na wolną grę sił. Co najwyżej interweniuje w tych punktach, które dla ogólnej sytuacji kraju zdają się być ważne. Utrzymuje szkoły artystyczne, teatry i filharmonie, dotuje – w ograniczonym zakresie – kinematografię. Utrzymuje pewną ilość periodyków kulturalnych. To, co – tak powiedzmy – posiada wymiar instytucjonalny. Z im większej ilości tych instytucji może zrezygnować, tym dla niego lepiej.  Zrezygnowało z wydawnictw prasowych i książkowych. Sprywatyzowało sieć kin. Pewnie w dalszej przyszłości sprywatyzuje część przynajmniej kanałów telewizyjnych. Pisarstwo, z tego punktu widzenia, nie różni się szczególnie od np. plecionkarstwa. Jest zajęciem prywatnym. Uprawianym na własne ryzyko.

Wolna gra sił oznacza to także, że pracuje się z ogromnymi stratami. Przeważająca część produktów, to dzieła nietrafione, ani komercyjnie ani artystycznie. Produkty hobbystów, szlachetnych amatorów, pospolitych grafomanów, w najlepszym wypadku znaczące lokalnie, na szczeblu gminy, miasta lub powiatu. W tym zakresie wytwory nominalnie przynależne do literatury nie różną się szczególnie od malunków niedzielnych malarzy, hafciarzy, czy twórców korzenioplastyki. Być może tym tylko, że dla badaczy zjawisk społecznych są rodzajem dokumentów osobistych, które można analizować z różnych perspektyw.

Cała trudność poszukiwania optymalnych rozwiązań polega na tym, że – spośród rozlicznych grup wytwórców tekstów literackich – jedna tylko mogłaby, z punktu widzenia interesów narodowej kultury, podlegać szczególnej ochronie. Kłopot w tym, że nie za bardzo da się ustalić kto do niej należy. Mowa o wytwórcach dzieł wysokoartystycznych, z natury rzeczy niekomercyjnych. Tych więc, które określają kształt raczej przyszłej niż aktualnej literatury. Autorzy dzieł komercyjnych znakomicie dają sobie radę. Hobbyści nie są problemem. Jedni ludzie wydają spore sumy na zakup starych znaczków pocztowych, srebro lub porcelanę, inni na balangi, dlaczegóż nie mieli być i tacy, którzy wolne środki przeznaczają na upowszechnianie swych tekstów? Nie są również problemem autorzy dzieł doskonale przeciętnych. Ukażą się – dobrze, nie ukażą się – też nic się nie stanie. Zresztą z reguły są dość obrotni i środki jakoś znajdą. Mniemam wszakże, że i dla znakomitych a niedochodowych twórców znajdzie się miejsce. Bardziej komunikatywni zatrudnią się jako nauczyciele pisarstwa kreatywnego na płatnych fakultetach uniwersytetów, mniej komunikatywni  – jeśli osiągną jaką taką sławę  – jako uczelniani rezydenci. Choć zapewne przeważająca część środki na utrzymanie czerpać będzie z innych niż pisarstwo źródeł, sfinansowanie zaś wydania książek nawet i dziś nie jest szczególnym problemem. Trudno i darmo, skoro się wybrało, to i ponosi się konsekwencję dokonanego wyboru.  Jakkolwiek z góry nie możemy ich wskazać, to wiemy na pewno, że są najmniej liczną, wręcz unikatową grupą wewnątrz zbiorowości pisarskiej.

Co prawda można się spytać, czy przypadkiem z faktu iż państwo jest właścicielem dóbr wytworzonych przez twórców zmarłych przed laty, nie wypływają jakieś obowiązki wobec akurat żyjących? I czy przypadkiem nie jest tak, iż wpływy, które z działalności pisarzy osiąga na wszystkich etapach produkcji i dystrybucji ich dzieł nie są przypadkiem wyższe niż wydatki, które na nich ponosi?  I, w tym pierwszym przypadku czy nie jest może tak, że budżetowe niedobory nie wynikają z nie egzekwowania praw przez państwo stanowionych? To wszelako wymagałoby widzenia ekonomiki kultury w odmiennej perspektywie, nie jako mecenatu, ale część gospodarki narodowej. We wszystkich wzajemnych powiązaniach i relacjach.

 

Zapraszamy do komentowania artykułu

 

Polecamy publicystykę


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli