Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

O kulturze w PRL-u opisanej w Pochodach donikąd

ze ZBIGNIEWEM ADRJAŃSKIM rozmawia WERONIKA GOŁĘBIOWSKA


- Pochody donikąd to obszerny leksykon pieśni, piosenek, anegdot i haseł z okresu PRL-u. Proszę zdradzić, w jaki sposób i jak długo powstawało Pana najnowsze dzieło.

- Dość długo powstawało! Przeszkadzało mi zresztą w pisaniu Pochodów… kilku wydawców, którzy najpierw trzymali egzemplarz u siebie, a później odstępowali od obietnicy wydania książki itd. Kiedy zaczynałem tę książkę dla Bellony, nie było jeszcze przedstawienia J. Józefowicza w Buffo – Ukochany kraj.

Nie było zresztą kilku innych modnych przedstawień i programów na temat PRL-u. Notabene, moja książka miała początkowo nosić tytuł Ukochany kraj w znaczeniu mocno ironicznym. Ale któregoś dnia napisałem na kolejnej ofercie wydawniczej Pochody donikąd i tak już zostało.

 

A jak powstawała ta książka? Lubię sobie przygotować dokumentację do takiej pracy. Najpierw więc napisałem wielki leksykon estradowy pt. Kalejdoskop estradowy (bo nazwa „leksykon” mocno czytelników odstrasza!). Jest to leksykon zawierający ponad 1500 haseł biograficznych artystów polskiej estrady powojennej (lata 1944-1989). Trochę go „okrasiłem” anegdotą, osobistym wspomnieniem – to się zresztą moim czytelnikom najbardziej podobało i do dziś podoba! Postanowiłem zatem pomysł ten kontynuować, bo nie jestem ani tzw. „mrówką” kochająca żmudną pracę, ani nie lubię czytania cudzych biografii, a cóż dopiero pisania. Zabrałem się zatem za opis obyczajów w PRL-u, które odbijają się w polskiej piosence, anegdocie i hasłach tego okresu.

 

- W Pochodach donikąd opisuje Pan niewątpliwie PRL (1944-1989).

- Opisuję właściwie kulturę tego okresu, a dokładnie mówiąc kulturę tzw. masową: estradę, kabaret, życie rozrywkowe. Bo Polska Ludowa, która od roku 1952 nazywa się dopiero: Polską Rzeczpospolitą Ludową, ma jednak swoje życie rozrywkowe. Nie jest to tylko „kraina żałobna i posępna”, w której wszyscy noszą żelazną biżuterię – jak to było na przykład po powstaniu styczniowym. Kultura polska w okresie PRL-u ma zresztą wspaniałe osiągnięcia zarówno w kraju, jak i na emigracji. Maria Dąbrowska, Jarosław Iwaszkiewicz, Jerzy Andrzejewski, Jan Parandowski, Wojciech Żukrowski, Ksawery Pruszyński, Melchior Wańkowicz, a z młodszych pisarzy: Marek Hłasko, Ryszard Kapuściński. Na emigracji zaś: Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz itd. Mamy też znaną na świecie „szkołę polskiego filmu” z Andrzejem Wajdą w roli głównej.

 

- Pochody… poruszają wiele ciekawych tematów, związanych z różnymi dziedzinami życia, widzianych przez pryzmat piosenek, haseł i anegdot popularnych w PRL-u. Czy Pochody donikąd można więc skrótowo określić jako opis nieoficjalnej historii PRLu?

- Ten „pryzmat”, o którym Pani mówi, Jan Bystroń – znakomity historyk polskiej kultury – nazywa raczej „lustrem”. W polskiej pieśni i piosence odbijają się bowiem jak w lustrze: dzieje epoki, obraz obyczajów, codziennego życia ludzkiego. Piosenka jest odbiciem życia! W Pochodach donikąd cytuję pieśni i piosenki, które charakteryzują ową epokę, czas i ludzi. Staram się, aby te utwory były ułożone w pewnej chronologii historycznej. Dotyczą one również wydarzeń historycznych, politycznych, społecznych. Anegdoty polityczne, utwory antypaństwowe z tego okresu (zresztą nadal mało znane), folklor uliczny i więzienny, pieśni strajkowe i utwory zakazane stanowią tu uzupełnienie. Temat pieśni popularnej bardzo mnie interesuje i zastanawia oraz pobudza do licznych refleksji. W pewnym sensie jest to nieoficjalna historia najpierw Polski Ludowej do roku 1952, a później czasów, które nazywamy Peerelem – 1952-1989. W pewnym sensie, bo tak gigantycznego zamiaru nigdy nie miałem! Opisuję tu raczej PRL w kulturze masowej – w pieśni, piosence, twórczości kabaretowej. Jest to książka, jak wówczas mówiono, o kulturze masowej.

-  Czy zatem kultura wysoka tego okresu Pana nie interesuje?

- Nie lubię takich podziałów na kulturę „wielką” i „małą”, „wyższą” i „niższą”. Ale co robić? Mamy jaśniepański stosunek do kultury od dawien dawna. Chociaż dobra piosenka jest czasem tyle samo warta, co dobry wiersz! A zdarza się też, że malutka akwarela sławnego malarza jest tyle samo warta, co obraz wielkości Bitwy pod Grunwaldem! Ale, przyjmując te istniejące podziały w kulturze, trzeba powiedzieć, że polska kultura wysoka ma w okresie PRL-u wielkie osiągnięcia. Rozwija się w tym czasie polska muzyka poważna – mam tu na myśli: twórców i odtwórców, muzyków-wirtuozów, sławne śpiewaczki i śpiewaków, sławne zespoły, takie jak np. Śląsk czy Mazowsze, które odnoszą międzynarodowe sukcesy. Powstaje teatr awangardowy: Teatr Laboratorium Jerzego Grotowskiego, Teatr Tadeusza Kantora, Grupa Gardzienice. Wielką kultura ma jednak swoich badaczy. Specjalistów od kultury masowej czy popularnej można policzyć na palcach jednej ręki… Ciekawie kulturę poważną opisuje m.in. Marta Fik w swojej książce Kultura polska po Jałcie.

 

- Jak więc wyglądała kultura rozrywkowa okresu PRL-u, którą Pan się szczególnie zajmuje w Pochodach donikąd?

- W pierwszych latach powojennych sztuka rozrywkowa tworzona była jeszcze przez starych mistrzów: Juliana Tuwima, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Jerzego Jurandota, Tadeusza Sygietyńskiego, Zygmunta Karasińskiego, Zygmunta Wiehlera oraz innych wielkich mistrzów. Na scenach teatrów Syreny i Buffo występowali: Kazimierz Krukowski, Adolf Dymsza, Ludwik Sempoliński, Tadeusz Olsza, Kazimierz Górski, Stefania Górska. Na emigracji pozostawali: Marian Hemar, Feliks Konarski.

W okresie PRL-u może nie mieliśmy wielkich, światowych sukcesów oraz nazwisk. Ale były konkretne przyczyny tego stanu rzeczy. Po prostu światowy show-biznes nie wpuszczał nas na zachodnie rynki. Albo wpuszczał tylko tych artystów i takie zespoły, którzy pracowali tam za nędzne pieniądze. Jednak wśród tzw. demoludów wyróżnialiśmy się wysokim poziomem polskiej estrady i piosenki, konkretnie teatru rozrywkowego, polskiej satyry. Unikatowe w świecie, w latach 1952-65, były polskie teatrzyki studenckie. Wpływ teatrów studenckich na oficjalną kulturę polską był zresztą ogromny. Z nich właśnie wywodzą się talenty takie, jak: Agnieszka Osiecka, Ewa Demarczyk, Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Marek Grechuta, Zygmunt Konieczny i wielu, wielu innych. W teatrach studenckich ma swoje początki: poezja śpiewana, zainteresowanie piosenką aktorską i kabaretem zawodowym. W wielu demoludach zazdroszczono nam właśnie takiej estrady i rozrywki, a najbardziej chyba w Moskwie.

Po drugiej wojnie światowej piosenka polska gwałtownie dorosła. Można powiedzieć, że spoważniała pod wpływem przeżyć, które były udziałem społeczeństwa polskiego. Tekst piosenki zaczął spełniać funkcje społeczne – zaczęły zatem powstawać różnego rodzaju „krzepiące serca” utwory państwowe, ale i „antypaństwowe”. Pojawiła się „skoczna i walczykowata” piosenka murarska, którą śpiewali murarze pracując przy budowie nowych domów. W Polsce piosenka murarska występowała w dużej ilości i obfitości, było to zjawisko fenomenalne w dziejach piosenki europejskiej! Powstało zatrzęsienie piosenek o Warszawie. Od lamentu Alberta Harrisa nad zniszczoną w powstaniu Warszawą – „Jak uśmiech dziewczyny kochanej, czyli piosenki o mojej Warszawie” – aż po sztajerki pana Wiecha (Stefana Wiecheckiego), które z niezrównanym wdziękiem śpiewał Adolf Dymsza. Warszawskich pieśniarzy i bardów było zresztą znacznie więcej, m.in.: Mieczysław Fogg, Leszek Elektorowicz, Andrzej Bogucki. Polskie Radio natomiast w nadmiarze serwowało nam tzw. pieśni „musowe”. Pieśni te, głównie marszowe, pisali nam zresztą znakomici poeci – Konstanty Ildefons Gałczyński, Wiktor Woroszylski, Jerzy Ficowski, Edward Fiszer, Artur Międzyrzecki, Tadeusz Kubiak, Krzysztof Gruszczyński, Jacek Bocheński – i kompozytorzy: Edward Olearczyk, Tadeusz Sygietyński, Alfred Gradstein, Stanisław Hadyna, Władysław Szpilman. Ten ostatni w ogóle rządził pieśnią i piosenką w Polskim Radiu – zarówno tą masową, jak i tą rozrywkową. Było też w tym okresie wiele powojennych przebojów śpiewanych przez Martę Mirską, Mieczysława Fogga, Andrzeja Boguckiego czy też Chór Czejanda.

W roku 1953 zaczyna się „odwilż”, która dotyczy również piosenki. Umiera Józef Stalin, niedługo potem także Bolesław Bierut (mówiono, że wyjechał do Moskwy w futerku, a wrócił w kuferku), do rządów wraca, niechętnie widziany przez Moskwę, Władysłąw Gomułka. A w muzyce rozrywkowej zaczyna się dość infantylny okres „bajobonga”, piosenki, która przywędrowała ze Śląska wraz z przebojami orkiestry Jerzego Haralda oraz solistami tej orkiestry: Marią Koterbską, Nataszą Zylską, Jerzym Gniatkowskim, Janem Dankiem. Publiczność była zresztą już stęskniona za beztroską rozrywką bez żadnych politycznych podtekstów.

- W Moskwie zachwycano się podobno Teatrem Syrena.

- Bo jest to zaraz po wojnie teatr i kabaret starych mistrzów jeszcze z Qui pro Quo i Morskiego Oka rodem. Nic więc dziwnego, że to się podobało. W kraju teatr Syrena określano podobno epitetem „Warszawki”, co tłumaczyć należy jako przedwojenne drobnomieszczaństwo i gust tego rodzaju. Dla mieszkańców Warszawy oznaczało to sentyment do dawnej stolicy, której już nie ma. I stąd może to szczególne zainteresowanie Syreną. Zresztą Wiecha w tym czasie też sekowano dla odmiany za „knajactwo”, a publiczność Wiechem się zachwycała.

- Jaki był wobec tego poziom kultury masowej okresu PRL-u?

- Nawet ta kultura masowa i „musowa” miała w Polsce wysoki poziom. Była ona zawsze specjalnie selekcjonowana na komisjach repertuarowych. Dostać się do radia z piosenką, która miała nawet najbardziej płomienne afekty do PRL-u, ale nie była dobrze napisana, to właściwie było nieprawdopodobne! Pieśń masowa i „musowa” ma w tym okresie swoich mistrzów, których już wcześniej wspomniałem, ale ma także swojego arcymistrza: Władysława Szpilmana, który pisał nie tylko pieśni masowe, walczyki murarskie, piosenki i pieśni o Warszawie, ale w ogóle najpiękniejsze piosenki rozrywkowe i taneczne tego okresu. Popularne w owym czasie było przysłowie – „Od wieczora do rana piosenki Szpilmana”. Dopiero później pojawiła się konkurencja: Marek Sart, Jerzy Abratowski, Romuald Żyliński, czy Waldemar Kazanecki. Następnie pojawia się festiwal opolski (1963), który jest w opozycji do wymyślonego przez Władysława Szpilmana festiwalu sopockiego. A potem Radiowe Giełdy Piosenek, które przez 10 lat (1963-1973) lansuje repertuar związany z dawną piosenką studencką oraz przeboje nowych zespołów polskiego rocka.

 

- Szpilman odchodzi z muzyki rozrywkowej w dość przykrych okolicznościach.

- Tak, bo używa się wobec niego przykrych, antysemickich argumentów na długo jeszcze przed rokiem 1968. Poza tym Szpilman miał dość trudny charakter. Był despotycznym szefem redakcji muzyki rozrywkowej Polskiego Radia, ale równocześnie wspaniałym muzykiem i pianistą warszawski na miarę polskiego George’a Gershwina.

 

- Jak to się stało, że w muzyce rozrywkowej okresu PRL-u dominowali kompozytorzy żydowskiego pochodzenia?

 

- To nie ma nic wspólnego z PRL-em, przed wojną też tak było. To właśnie kompozytorzy żydowskiego pochodzenia stworzyli najpiękniejsze tanga (powstał nawet styl tzw. „warszawskiego tanga”) i piosenki okresu międzywojennego, najpiękniejsze piosenki o Warszawie, wiele sławnych piosenek Ordonki, Zuli Pogorzelskiej, Leny Żelichowskiej, Eugeniusza Body, Mieczysława Fogga itd. Najważniejsi kompozytorzy tego okresu to: Henryk Wars, Henryk Gold, Jerzy Petersburski, Szymon Kataszek, Zygmunt Karasiński, Bronisław Kaper. Żydzi mają wielki talent do muzyki. W dawnej Polsce na szlacheckich dworach bawiono się często przy dźwiękach żydowskiej kapeli. A w przedwojennej Polsce najpiękniejsze utwory do tańca, utwory kabaretowe dla Qui pro Quo i Morskiego Oka napisali właśnie żydowscy kompozytorzy lub kompozytorzy żydowskiego pochodzenia.

 

- Czy o tym również Pan pisze w Pochodach donikąd?

- Nie, o tym nie piszę. Temat ten wymagałby zresztą oddzielnej książki! To jest tylko dygresja w mojej wypowiedzi dla Pani. O żydowskich twórcach okresu międzywojennego pisze natomiast ciekawie Izachar Fater w książce wydanej w Izraelu już po wojnie. Muzyka, rozrywka, piosenka w PRL ma jeszcze wiele ciekawych wątków i tematów.

 

- Jakich na przykład?

- Po prostu, trzeba przeczytać moją książkę. Najgorzej jest opowiadać książkę, którą się napisało. Czytelnik może wtedy stracić zainteresowanie tematem, którego książka dotyczy, bo już zapoznał się z nim w wypowiedzi autora.

 

- Gdzie zatem można nabyć Pańską nową książkę?

- Pochody donikąd można zamawiać bezpośrednio w wydawnictwie Novae Res – mailowo ( Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. ) i telefonicznie (58 735 11 61, 660 850 200)  lub w internetowej księgarni wydawnictwa: www.zaczytani.pl. Serdecznie polecam!

 

- Ja również! Używa Pan w Pochodach donikąd określenia kultura „musowa”. Czy jest to nawiązanie do starego porzekadła – jak „mus to mus”?

- Dokładnie! Pieśni po wojnie, które śpiewano w Polsce nazywano zresztą musowymi. Były przeznaczone do masowego śpiewania w pochodach. „Musowe”, bo nadawano je od rana do wieczora przez radio. Same wciskały się do głowy, po prostu nie można było ich nie zapamiętać! A jeśli ktoś nie miał tzw. toczki, czyli głośnika radiowego, to pieśni te wciskały się do ucha w świetlicy szkolnej, w stołówce, na stadionie, na ulicy itd.

 

- Jakie były to pieśni?

- Na ogół marszowe, a do tego chóralne, pełne podniosłych melodii i jeszcze bardziej podniosłych tekstów. W pieśniach tych stale do czegoś namawiano, najczęściej do socjalizmu. Wzywano do walki o pokój, grożono imperialistom, wzywano do braterstwa ludów (np. „To nieważne czyś czarny, czy biały”) albo też śpiewano po prostu: „My, zetempe, reakcji nie boimy się”.

 

- Pan też śpiewał?

-  Śpiewałem. Nie da się ukryć. Niektórzy krytycy piszą teraz, już po latach, że pieśni te były czasem niezwykle piękne pod względem muzycznym i tekstowym. Pisali je zresztą, jak już wspomniałem, znakomici poeci i kompozytorzy. Byle kto tych pieśni nie pisał! Mówiły one zresztą o rzeczach bardzo pięknych. O wolności, równości narodów, o tym, że nie powinno być biednych i bogatych. Opiewały pewną – jak się później okazało – utopię.

 

- A wszystko w rytmie marszowym?

 

- Maszerowanie było ulubionym zajęciem w XIX i XX wieku. Maszerowano w pochodach rewolucyjnych i demonstracjach. A także w wojsku, na defiladach, a nawet w szykach wojennych (np. na bagnety!), co było zupełnie bez sensu! Maszerowano nawet w konduktach pogrzebowych, w których obecnie jedzie się za nieboszczykiem samochodem.

 

- Które z poruszanych w książce tematów opisuje Pan najchętniej?

- Chyba właśnie opisuję ten świat, w którym tkwiłem: estradę, kabaret, piosenkę, aktorów polskiej rozrywki i jej twórców. Zajmowałem się tym tematem kiedyś z nadmiernym entuzjazmem. W pewnym momencie zauważyłem też, że piszę o sobie. Z własnej pamięci oraz przeżyć! To mnie zaczęło bawić. Bo wyglądało to wszystko na swego rodzaju silva rerum z PRL! A takiego gatunku literackiego jeszcze chyba nikt nie stworzył? Oczywiście, proszę to potraktować jako żart (śmiech).

 

- Nie jest to jednak książka o polityce tego okresu, prawda?

- Nie jest to historia polityki tego okresu ani książka polityczna na ten temat. Choć czasem trudno oddzielić związki polityki i kultury.

 

- Co zainspirowało Pana do stworzenia Pochodów donikąd?

- Co mnie zainspirowało naprawdę? Nie wiem. Nigdy nie byłem zafascynowany Peerelem. Ten ustrój wymyślili nam i wymuszali go na nas nasi sojusznicy – Amerykanie i Anglicy, no i, jak powiada piosenka, „Armia Czerwona przez sojuszników uzbrojona”. Wymyślono ten ustrój w Jałcie i początkowo było strasznie! Dopiero po śmierci Stalina i Bieruta zaczęto PRL reformować. Wystąpiła tzw. „odwilż”, a potem znowu przyszły „przymrozki”. Potem jeszcze „polski grudzień” albo styczeń. Mnóstwo było takich przesileń politycznych i zmian ideologicznych. Socjalizm po polsku wyglądał więc różnie! Na pewno jednak był tworem innym niż w sąsiednich demoludach. Warszawa była zawsze w dużej opozycji do Moskwy. Zresztą Moskwa nigdy nie miała pełnego zaufania do „polskich przywódców”. Może za wyjątkiem Bieruta, ale o nim mówiono, że nie jest to prawdziwy Bierut, tylko sowiecka „matrioszka”. Pisząc Pochody donikąd, chciałem chyba pokazać ten okres historyczny w dziejach Polski bez jakichś nienawiści, bez wykrzykiwania, że jest to czas stracony, a może nawet taki, który do dziejów Polski nie należy.

 

- Pochody donikąd zawierają obszerny materiał historyczny z czasów PRL-u. Czy pisząc książkę, chciał Pan również ocalić od zapomnienia popularne w tamtych czasach teksty?

- Cytuję teksty najbardziej znane, obiegowe, charakteryzujące tamte czasy, emocje, afektacje, deklaracje czy też fascynacje Peerelem. Ale PRL ma też swoje teksty mało znane, zapomniane, czy też takie, które powoli odchodzą w niepamięć. Jak choćby ten bardzo ciekawy folklor strajkowy z lat 80., kolędy robotnicze, pieśni internowanych. Tym trzeba się zająć! Ale i we wcześniejszej naszej historii są piosenki, o których mało dziś wiemy. Zaczynając od teatrzyków frontowych Armii Polskiej na Wschodzie i Zachodzie, a kończąc na piosence studenckiej lat 50., dziś znanej nam już tylko z teatrzyków warszawskich, krakowskich, gdańskich, a przecież piosenka studencka powstawała w całym kraju. Są inne jeszcze zapomniane piosenki tego okresu.

 

- W jednej z wypowiedzi autorskich na temat książki powiedział Pan, że Pochody donikąd tworzą wraz ze Złotą księgą pieśni polskich i Kalejdoskopem estradowym tryptyk autorski na temat historii polskiej rozrywki, estrady i obyczaju. W jaki sposób Pochody donikąd nawiązują do poprzednich Pana książek? Być może rozwijają jakieś wcześniej pojawiające się w Pańskiej twórczości wątki? Czy wątki te będzie Pan nadal rozwijał w swojej twórczości?

- Określenia „tryptyk” użyłem raczej w znaczeniu malarsko-rzeźbiarskim. Są to bowiem trzy części mojej wielkiej pracy na temat polskiej pieśni i piosenki – od Bogurodzicy (996) do Czerwonych maków (1944) w Złotej księdze pieśni polskich. Potem jest Kalejdoskop estradowy – książka na temat polskiej rozrywki, estrady, piosenki i  kabaretu w okresie 1944-1989. Jest to leksykon biograficzny z tego okresu, spis nazwisk twórców polskiej kultury PRL-u. Miały być dwa tomy, ale wydawca zgodził się na jeden. Wyszła z tego w końcu książka zawierająca ponad 1500 haseł biograficznych, kilkadziesiąt tysięcy nazwisk i faktów. To ciężka, żmudna robota biograficzna, zrobiona po raz pierwszy w Polsce. Wreszcie Pochody donikąd, które są w pewnym sensie kontynuacją Złotej księgi pieśni polskich – zawierają teksty piosenek i pieśni polskich z lat: 1944-1989, ale już nie teksty i ich dane bibliograficzne oraz muzyczne stanowią tu centrum mojego zainteresowania, ale raczej obyczaj, który się w nich odbija. Nie będę już wracał do tych tematów w swojej twórczości, choć uważam, że trzeba je dokończyć, opisać, a nawet zrobić od nowa! Ale to już praca dla kolejnych pokoleń. Rozrywka polska, estrada, kabaret nie ma swoich badaczy, popularyzatorów książkowych i typowych wydawnictw. A potrzeby są ogromne!

 

-  Czy pisząc Pochody donikąd myślał Pan o konkretnej grupie czytelników? Wydaje się, iż jest to pozycja, która może zainteresować bardzo szerokie grono. Jest z pewnością ciekawą propozycją dla ludzi młodych, dla których stanowi źródło wiedzy o minionej rzeczywistości.

- Myślałem raczej o starszej grupie czytelników, którym chciałem dodać otuchy, że ich życie w PRL-u nie było czasem bezsensownie straconym. Ale wyszło tak, że największy odzew jest ze strony ludzi młodych. Zresztą książka dopiero nabiera rozpędu! Myślę, że jest to książka dla jednych i drugich. Dla starszych jest to wspomnienie, dla młodszych zaś – ciekawostka oraz materiał edukacyjny dla studentów i przyszłych magistrantów kulturoznawstwa, badaczy kultury tego okresu, bibliotekarzy i muzealników, którzy tworzą modne ostatnio biblioteki polskiej piosenki, muzea polskiej piosenki, muzea Peerelu i archiwa. Omawiam tu bowiem różne gatunki i tematy w polskiej pieśni i piosence powojennej, którymi szczególnie trzeba się zająć! Nie tylko dlatego, że to jest twórczość ulotna (i za chwilę jej nie będzie!), ale dlatego, że jest to obraz epoki, dokumentacja stanu emocji, wzruszeń, wydarzeń tego okresu.

 

- Pochody donikąd są bardzo ciekawie zbudowane – teksty popularnych w PRL-u pieśni, piosenek, haseł i anegdot stanowią dla Pana punkt wyjścia do opisania prywatnych wspomnień z tamtego okresu. Skąd pomysł na taką konstrukcję dzieła?

- W tamtych czasach, obecnie zresztą również, piosenka zastępowała ludziom poezję. Mówiono cytatami z piosenek, wyznawano uczucia ukochanej osobie cytatami z popularnych refrenów. Piosenka nabrała wielkiego znaczenia społecznego. Mówiono o społecznej funkcji tekstu piosenki. Nic więc dziwnego, że z tych tekstów ułożyć można różne tematy, nawet coś, co można nazwać ówczesnym flirtem salonowym czy też osobistym pamiętnikiem.

 

- Czy nie jest to chęć, czy też metoda, opowiadania historii Polski przy pomocy pieśni i piosenki?

- A cóż w tym złego i dziwnego? Jeśli obecnie opowiada się na przykład historię powstania warszawskiego przy pomocy rysunkowych komiksów!? Piosenka jest materiałem równie dobrym do opowieści jak komiks. Teksty popularnych piosenek stanowią zawsze wielką, choć czasem ulotną, dokumentację epoki. Moja Złota księga pieśni polskich została tak napisana, aby pokazać historię Polski i polskiego obyczaju od Bogurodzicy aż po Czerwone maki. Chwaląc Boga, książka ta ma już 9 wydań! Inni literaci teraz mnie naśladują.

 

- W Pochodach… wspomina Pan swoje szkolne i studenckie lata. Czy, pisząc książkę, odnowił Pan swoje dawne znajomości?

- Nie odnowiłem, niestety, swoich dawnych znajomości. Po pierwsze, wiele moich koleżanek i kolegów już nie żyje. Po drugie, rozdzieliła nas polityka, o której mówimy tak wiele. Zresztą mój okres studencki na UW, o czym sporo piszę w tej książce, wspominam jak najgorzej! Nadrabiam tu miną! Opisuję ten czas z uśmiechem, ale jest to „uśmiech przez łzy”. Był to okres rozszalałego ZMP, „czerwonego uniwersytetu warszawskiego”. Ale wspomnienia z młodości generalnie są piękne. I nie wszystko człowiek chce pamiętać!

 

- Jaki jest Pański stosunek do PRL-u widzianego przez pryzmat tekstów przytaczanych w Pańskiej książce. Czy tęskni Pan za niektórymi zwyczajami z tamtych czasów?

-  Nie, nie tęsknię za tamtym okresem. Nie ma we mnie tego rodzaju nostalgii, choć nie potępiam tych czasów w czambuł. Obyczaje były często durne! Mam tu na myśli nowe, socjalistyczne obyczaje. Ale zachowano przecież wiele dawnej tradycji narodowych i zwyczajów ludowych, kościelnych świąt. Polska była gorliwie katolicka. Wieś tradycyjna, która nie dała się skolektywizować! To o czymś świadczy! Nowe obyczaje zresztą atakowały nas nie tylko ze wschodu! Były to czasy rewolucji studenckiej na zachodzie, rewolucji obyczajowej, pojawił się ruch hipisów, dzieci kwiaty, Beatlesi. Młodzież przyjmowała te wszystkie nowinki z ogromny zapałem. Polacy skłonni są do tzw. cudzoziemszczyzny. Kultura amerykańska, mimo „żelaznej kurtyny”, atakowała nas równie intensywnie jak sowiecka. Odbywało się to zresztą kosztem polskiej piosenki i muzyki rozrywkowej. Nadal trwał w tzw. „wyższych sferach” partyjno-rządowych ceremoniał bizantyjski albo ceremoniał bizantyjski skrzyżowany z sowieckim. Notabene, dygnitarze sowieccy wiele przejęli do swoich zachowań z ceremonii cerkiewnych, zresztą nawet ich sposób noszenia się przypominał trochę prawosławnych popów! Nasi dygnitarze ich naśladowali, ale oprócz tego naśladowali również różne polskie parafialne obyczaje. Wyszła z tego groteskowa mieszanka socjalistycznych ceremonii i obrzędów. Na ten temat można napisać osobną książkę.

Osobiście, tęsknię chyba za kawiarniami tego okresu: Czytelnikiem, PIW-em czy Kawiarnią pod Kandelabrami w Warszawie. W kawiarniach koncentrowało się życie polityczne i towarzyskie. Pół Polski siedziało w kawiarniach w godzinach pracy. Edward Gierek mawiał, że zniszczyła go „kawiarnia warszawska”. Brakuje mi również gazet, tygodników, książek i nowości wydawniczych z tego okresu. Za skromną stosunkowo pensję młodego dziennikarza mogłem sobie kupić codziennie kilkanaście gazet i tygodników. Moi bliscy mówili, że jest to nerwica, że wszystkie gazety i tygodniki są do siebie podobne, że widocznie szukam tam wiadomości o zmianie ustroju? Ale to nieprawda. Było wiele rzeczy do czytania w ówczesnej prasie. Tym samym był wielki szacunek dla zawodu pisarza, dziennikarza, aktora! Nawet artysty estradowego… Co za tym idzie, inna była hierarchia zawodów i autorytetów. Mocno nawet przedwojenna. Osobiście byłem bardzo dumny, kiedy poznawałem któregoś z pisarzy czy poetów. Wśród nich było wiele ludzi starszych ode mnie o 20-30 lat z okładem, mimo to zaprzyjaźnialiśmy się często. Nie było takich przepaści pokoleniowych jak obecnie.

- Stara się Pan opisać PRL obiektywnie. Czy sądzi Pan, że brakuje w naszej literaturze pozycji obiektywnie wypowiadających się o Polsce Ludowej?

- Cieszę się z tego określenia, że staram się opisać PRL obiektywnie. Opisuję zresztą część życia kulturalnego w tych czasach. Nie roszczę sobie pretensji do opisu tego ustroju czy tamtych czasów w ogóle. Myślę, że to jest zadanie, a nawet obowiązek, naukowców: historyków, politologów, socjologów, ekonomistów zajmujących się historią gospodarczą, historyków kultury. Na to jednak trzeba czasu. Na razie dominują chyba emocje i publikacje mało obiektywne. Okres Polski Ludowej do 1952 roku, a później jeszcze PRL-u, był faktem historycznym. Ułomna, upokorzona, zniewolona, prosowiecka (choć również oporna wobec Moskwy!) Polska jest częścią naszej historii. Trzeba jej dzieje badać tak samo jak dzieje Królestwa Kongresowego czy okresu zaborów! W tych czasach też powstawała wspaniała sztuka i literatura.

- Na zakończenie chciałabym zapytać jeszcze o tytuł książki. W jaki sposób wiąże się on z jej treścią?

- Proszę zważyć na fakt, że w tytułach książek nie stawia się znaków interpunkcyjnych. Można ten tytuł czytać z kropką jako arbitralne oświadczenie. Można ze znakiem zapytania albo ze znakiem zapytania i wykrzyknikiem, lub z wielokropkiem. Notabene, książka początkowo miała się nazywać Ukochany kraj jak tytuł wiersza i pieśni Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego do muzyki Tadeusza Sygietyńskiego. Tak chciał wydawca z Bellony. Ale szybciej ode mnie zrobił przedstawienie o tym tytule Janusz Józefowicz w Teatrze Buffo i musiałem z tego tytułu się wycofać. Więc na którejś z ofert wydawniczych napisałem tytuł Pochody donikąd i tak już zostało. Jest to zresztą tytuł pod pewnym względem znaczący. Wyrażam w nim nadzieję, że może ten mój pochód, w którym uczestniczyłem, te pochody mojego pokolenia nie były pochodami donikąd. Z tych pochodów, w których nas prowadzono, wyłonił się w latach 80. wielki pochód robotniczy, pochód solidarności! Obalono komunizm. Zbudowano nową Europę. Być  może swój udział w tym wszystkim mają również ludzie polskiej kultury? Nie tylko przedstawiciele „sztuki wyższej”, ale również literaci i aktorzy kabaretowi, autorzy piosenek i piosenkarze oraz satyrycy. O nich właśnie piszę! Na tekstach „Egidy”, Szpaka, Dudka, Owcy, Stańczyka, piosenkach Jana Pietrzaka, Jonasza Kofty, Wojciecha Młynarskiego, później Jacka Kaczmarskiego, wychowały się różne pokolenia. W tym także działacze czy przywódcy demokratycznej opozycji w Polsce. Może zatem pochody donikąd nie były aż takimi pochodami całkowicie bez sensu? Może pochody te miały swój sens?

- Dziękuję serdecznie za rozmowę. Pozostaje mi życzyć Panu, aby Pochody donikąd odniosły taki sukces wydawniczy jak Złota księga pieśni polskich.

- Bardzo bym chciał…

Wywiad przedrukowano za zgodą Autorki i Zbigniewa Adrjańskiego

Zbigniew Adrjański – dziennikarz, literat, publicysta muzyczny, historyk polskiej rozrywki. W bieżącym roku obchodzi 50-lecie swojej twórczości literackiej i przynależności do Stowarzyszenia ZAIKS. Z tej okazji, 18 listopada, odbył się w gmachu ZAIKS-u w Warszawie wieczór jubileuszowy.

„Miesięcznik” nr XII 2010/I 2011

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Polecamy publicystykę


Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli