Maciej Andrzej Zarębski


 

Z Klerykowa w świat*


 

Żyć to działać, to rozlewać talent, uczucie, wolę;

to w czasie teraźniejszym pomagać pokoleniom przyszłym.

Stefan Żeromski

 

 

                     Genius loci

Jan Cybis
Jan Cybis
To tu jest początek wszystkiego. W centrum Kielc, w starej pożydowskiej kamienicy przy Placu Wolności 3, u wylotu ulicy Ewangelickiej. Z tym miejscem wiążą się pierwsze wspomnienia z dzieciństwa, wokół niego skupiają wydarzenia lat szkolnych. Ze schowka pamięci wydobywam pojedyncze obrazy i zapisy.

Oto stoję na balkonie naszego mieszkania, na pierwszym piętrze. W dole rozległa kwadratowa przestrzeń, spacerujący i siedzący na ławkach ludzie, wokół ławek gołębie oczekujące na rzucane okruchy, bawiące się dzieci.

Nasz dom wydawał mi się wtedy bardzo duży, a drewniane schody niebotycznie wysokie, strome i nieprzyjazne. W pamięci pozostał mi nieszczęśliwy upadek na nich, na zbitą butelkę. Szkło boleśnie rozcięło skórę kolana. Wszystko skończyło się wizytą w szpitalu i nieprzyjemnym szyciem rany, okupionym łzami. Miałem wówczas niewiele ponad 4 lata, a ślad po tym przykrym wydarzeniu noszę do dzisiaj.

Inny obrazek to przerażone miny żołnierzy pijących po służbie wódkę w barze prowadzonym przez moją babcię, w kamienicy obok, gdy manipulowałem przy opartej o kontuar ich broni.

Jak przez sen widzę moją grę w piłkę na placu przed domem z rówieśnikami z taboru cygańskiego. Pamiętam również dość dobrze zabawy w przedszkolu, do którego przez bodaj rok uczęszczałem. Mam nawet zdjęcie z pierwszą sympatią.

Najbardziej zapadły mi w pamięć wspólne wyprawy z dziadkiem Jankiem, ojcem mojej mamy, na mecze piłkarskie grającej w II lidze drużyny Gwardii Kielce. To właśnie podczas jednego z nich zdarzył się wypadek, który omal nie zaważył na całym moim życiu. W maju 1948 roku (miałem wówczas pięć lat), próbując zeskoczyć z murku okalającego trybuny stadionu, niefortunnie upadłem na lewe biodro, dotkliwie je raniąc. Kiedy po paru tygodniach nie było poprawy, a ja nadal utykałem, zaniepokojona mama, zaopatrzywszy się wcześniej w list polecający od dr. Kiełkiewicza, zawiozła mnie do Warszawy do prof. Grucy. Ten zlecił opatrunek gipsowy na całą kończynę. Po miesiącu kolejna wizyta, kolejna zmiana gipsu i perspektywa … amputacji kończyny. Wracamy pociągiem z Warszawy do Kielc. Mama jest zrozpaczona. Ale widocznie Opatrzność czuwa nade mną (lub tytułowy genius loci). Ktoś z życzliwych współpasażerów polecił księdza dr. Tadeusza Drozdowskiego,którego cudowne efekty terapeutyczne znane są w całej Polsce. Mama podejmuje szybką decyzję i jedziemy do niego, do Leopoldowa, niewielkiej miejscowości leżącej na terenie Lubelszczyzny. Pamiętam jak przez sen długi korytarz, pełen ludzi i moment, w którym podchodzi do mnie nieznajomy wysoki mężczyzna, nie pytając o nic, i nawet nie odkrywając moich nóg opatulonych szczelnie kocem, mówi do mamy: co za dureń kazał ci włożyć chorą nogę syna w gips, jeszcze miesiąc i nie byłoby dla niej ratunku. Gips natychmiast zostaje usunięty. Proponuje kąpiele z siana, picie dużych ilości wyciągów z kości, stosowanie kompresów łopianowych. Mama pilnie przestrzega wszystkich jego zaleceń. Tata zaś wozi mnie codziennie na długie spacery. Wszystko to przynosi nadzwyczajne efekty. Już w wakacje w Rozwadowie próbuję grać w piłkę z kolegą taty panem Wieśkiem Borodziejem, który chwali moje postępy w rehabilitacji. Po roku noga jest w pełni sprawna i we wrześniu 1949 roku rozpoczynam naukę w Szkole Podstawowej im. królowej Jadwigi, prowadzonej przez Siostry Nazaretanki, gdzie od dwóch lat pracuje moja mama, i całkowicie zapominam o chorobie. A byłem przecież o krok od ciężkiego kalectwa. Szkoła usytuowana jest niedaleko od naszego mieszkania, przy ulicy Słowackiego, mającej swój początek na Placu Wolności, przy zbiegu z obecną ulicą Seminaryjską. Nie mam więc do niej daleko i z reguły (przynajmniej przez pierwsze trzy lata) towarzyszy mi mama. W szkole należę raczej do uczniów dobrych, w każdym razie na świadectwach mam w większości oceny bardzo dobre. Przypominam sobie, że do tej samej klasy uczęszczali ze mną koledzy: Rudek Kotwica, Janusz Łoziński, Miecio Salwa (najbardziej odważny w klasie), Boguś Malinowski, Zdzisiek Jędrocha, Staszek Libera, Wiesiek Jurkiewicz, Jurek Malicki. Z Bogusiem Malinowskim, który mieszkał niedaleko, w jednym z bloków przy ulicy Żeromskiego, przez pewien czas się przyjaźniłem; pamiętam nasze wspólne wyprawy na narty na pobliskie Psie Górki. Z Jurkiem Malickim, mieszkającym na początku ulicy Głowackiego, nieraz uczyliśmy się razem do klasówek. Z koleżanek zapamiętałem Lidzię Końciak, Hanię Głębocką (w klasie V i VI podkochiwałem się w nich!), Ewę Kapałę, Zosię Lanckorońską, Ewę Kurzejównę. Kierownikiem szkoły była wówczas Alicja Szykulanka, a do grona nauczycielskiego, poza moją mamą, która uczyła mnie w jednej, bodajże IV klasie historii, należały nauczycielka języka polskiego – Eugenia Praussówna (żona znanego kieleckiego artysty malarza), Janina Lisówna, Barbara Bieniowa, Zofia Wójcik, rusycystka – Alicja Baużykowa, siostra ks. Jana Jaroszewicza, późniejszego biskupa kieleckiego, Maria Bełdowska oraz Stanisław Czarnocki (niezapomniany wuefista) i ks. prefekt Jan Wróbel. Ze szkoły zapamiętałem jeszcze zacięte walki na boisku szkolnym w tzw. „cztery ognie” oraz gry „cymbergaj” i „hacele”. A także zimowe wyprawy z prof. Czarnockim na wzgórze Karczówkowskie i organizowane tam zawody saneczkarskie.

W czasie wakacji mama zabierała nas z siostrą nad morze – żeby nawdychać się jodu i poprawić odporność organizmu.

Z okresu szkolnego zapamiętałem, w sposób szczególny, apel w marcu 1953 roku zorganizowany z okazji śmierci Generalissimusa Józefa Stalina, podczas którego jeden z kolegów zepsuł powietrze i został z tego powodu wydalony ze szkoły, a stojący obok uczniowie ukarani naganą. Takie to były czasy…


              Słynny piec Stefana Żeromskiego


Po ukończeniu z wyróżnieniem Szkoły Podstawowej w roku 1956 rozpocząłem naukę w męskim Liceum Ogólnokształcącym w Kielcach im. Stefana Żeromskiego. Do tej, funkcjonującej od roku 1724 szkoły zostałem przyjęty bez egzaminu. Ten rok zaznaczył się w mojej pamięci przykrymi zdarzeniami. 13 sierpnia zmarł ukochany dziadek Janek (ojciec mamy), a 30 października babcia Stanisława (mama taty). Bardzo to przeżyłem. Tak się składa, że z obojgiem miałem niezwykle dobre relacje. Z dziadkiem lubiłem grać w karty, nauczył mnie gry w „tysiąca”, a także w szachy; razem chodziliśmy na mecze Gwardii Kielce; do babci mieszkającej w Rozwadowie, mieście rodzinnym ojca, jeździliśmy każdego roku w czasie wakacji przynajmniej na miesiąc z całą rodziną od końca lat 40-tych. W pamięć zapadły mi szczególnie owoce i orzechy z babcinego ogrodu – do dziś czuję ich smak i zapach, resztki tajemniczej ziemianki, w której dziadek Antoni przechowywał beczki z winem, i o której krążyły niesamowite rodzinne opowieści, oraz wyprawy nad rzekę i kąpiele w Buczynce. We wsi Chłopska Wola, leżącej przy jej dopływie do Sanu, mieszkał zaprzyjaźniony ze mną rówieśnik Henio, który nauczył mnie łapania rękami ryb, których pełno w tamtych czasach pływało w Buczynce. Ta umiejętność wymagała nie lada zręczności i sprytu, ale ją opanowałem, co stanowiło powód do dumy. Grywaliśmy również w palanta. Z tamtego okresu pamiętam także moją przyjaźń z Tadkiem Lauterbachem, mieszkającym przy ulicy Mickiewicza, naprzeciw drewnianego domku mojej babci.

 

Razem chodziliśmy do lasu, na filmy do jedynego w miasteczku kina oraz na potańcówki do pobliskiego „Sokoła”. Zapamiętałem wspólne uczestnictwo naszej rodziny w nabożeństwach w klasztorze Ojców Kapucynów, zbudowanym w wieku XVII przez ówczesnego właściciela Rozwadowa, ks. Lubomirskiego. Wielkie wrażenie na mnie, kilkunastoletnim chłopcu, wywoływał wygląd świątyni, jej okazały ołtarz, piękne malowidła ścienne oraz ambona z wyciągniętą ręką trzymającą Krzyż. Z reguły po mszy chodziliśmy na pobliski cmentarz, aby przy grobach dziadka Antoniego (ojca mojego taty) oraz jego, tragicznie zmarłego w wieku 16 lat, brata Kazimierza, pomodlić się za ich dusze i zapalić znicz.

W Żeromszczaku raczej nie miałem problemów z nauką, należałem do tych pilniejszych i wyróżniających się uczniów. Może to stwierdzenie mało skromne, ale prawdziwe, o czym świadczą nagrody książkowe z dedykacjami, dyplomy, no i świadectwa szkolne. Szkoła mieściła się w budynku przylegającym do Seminarium Duchownego. W klasach były piece kaflowe, które miały swoje miejsce w tradycji szkoły. Pamiętam, że toczyły się „bitwy” między uczniami z klas „niemieckich” i „łacińskich”, a przegranego delikwenta sadzano za karę na piec. Ponieważ akurat w pomieszczeniu zajmowanym przez naszą klasę (XIa) uczył się kiedyś Stefan Żeromski, mieliśmy poczucie, że siadamy na tym samym piecu, na którym siadywał przed laty wielki pisarz. W tej sytuacji przegrana z germanistami była nie tylko niedotkliwa, ale wręcz nobilitująca.

Szczególnie miło wspominam łacinnika, prof. Adama Miętusa, który mnie i siedzącego w jednej ławce ze mną Wojtka Kozłowskiego, darzył wyjątkową sympatią. Myślę, że przychylność profesora bardziej zawdzięczaliśmy umiejętnościom rodziców (moja mama i tata Wojtka – znany kielecki stomatolog, dobrze znali łacinę i pomagali nam w tłumaczeniu tekstów „do przodu”, dzięki temu znaliśmy materiał z pewnym wyprzedzeniem), niż własnym. W urządzanych przez profesora sprawdzianach Wojtek i ja dostawaliśmy z reguły oceny najwyższe (piątki), reszta kolegów trójki, choć zdarzało się, iż ich prace były identyczne z naszymi. Profesor doskonale wiedział, kto od kogo ściągał. Miał zwyczaj nazywać nas senatores, resztę kolegów populus…Jako jedyni z Wojtkiem należeliśmy do prowadzonego przez prof. Miętusa Koła Miłośników Starożytności. Z jego inspiracji prenumerowaliśmy pismo Filomaci i Filareci, a nawet pisywaliśmy do niego pod bacznym okiem profesora artykuły. Urządzaliśmy wypady krajoznawcze po Kielecczyźnie pod hasłem „Poznajemy folklor i tradycje rodzinne”. Na długo utkwiła mi w pamięci wycieczka do Jędrzejowa, niezapomniane wrażenie pozostawiła wędrówka śladami patrona naszej szkoły, w tym do Strawczyna i Ciekot oraz do Nowej Słupi. Bardzo żałuję, że nie zachowały się żadne zdjęcia z tych niezapomnianych wypraw...

Niewątpliwie wybitną osobowością grona pedagogicznego w Liceum był nasz dyrektor Antoni Bieżanek. Uczył mnie logiki. Niezwykle opanowany, wzór spokoju i pobłażliwości, a równocześnie stanowczości i konsekwencji w realizacji stawianych sobie celów. Umiał pobudzić do dyskusji i zachęcić do pracy na rzecz szkoły. Na lekcjach nigdy nie podnosił głosu. A przy tym miał umiejętność wyłapywania talentów. Jako pierwszy poznał się na umiejętnościach fotograficznych mojego starszego kolegi Pawła Pierścińskiego, późniejszego mistrza w tej dziedzinie. Był w tym czasie jednym z bardziej znanych obywateli Kielc. Odnosiło się wrażenie, że „dyro”, jak go nazywaliśmy, nie ma wrogów. Dawało to nam, uczniom poczucie pewności i stabilizacji (po latach okazało się, iż dyrektor pochodził ze Staszowa, miasteczka, w którym w latach 1975-2003 mieszkałem, tam się urodził 26 maja w 1905 roku, jako syn tamtejszego mistrza kowalstwa Andrzeja Bieżanka).

Z innych profesorów muszę wymienić polonistę Adolfa Kruczka, który z nieodłącznym papierosem w zębach prowadził lekcje w sposób akademicki (podczas jego wykładu panowała niesamowita cisza, słychać było nawet brzęczenie przelatującej muchy), historyka Tadeusza Górnickiego, noszącego ksywę globus, powściągliwego w stawianiu pozytywnych ocen, ale niezwykle lubianego przez uczniów, oraz naszego wychowawcę, geografa prof. Antoniego Urbanka, który znany był z powiedzeń w stylu tu nie Częstochowa, tu się cuda nie dzieją, tu się trzeba uczyć…Zapamiętałem także Stanisława Wrońskiego, kombatanta spod Monte Cassino, który miał z nami przysposobienie wojskowe (niezapomniane zajęcia praktyczne na Psich Górkach ze strzelania z broni, podczas których snuł opowieści okupacyjne), groźną nauczycielkę fizyki Annę Piekielniak, profesora wuefu Włodzimierza Sabata, rusycystę Adama Wypycha. Z tymi ostatnimi latem 1958 r. przebywalem na obozie harcerskim w rejonie Pienin.

Z kolegów z ławy szkolnej pozostali w mojej pamięci, obok Wojtka Kozłowskiego, Lucjan Łukasik, Wiesław Gleich, Zdzisio Chałupka (znany później jako Rafał Olbiński), Jerzy (vel Sławek) Piwko, Janusz Bonikowski, Marek Dmoch, Andrzej Kubik, Andrzej Orlik, Jacek Popławski, Waldek Pstrowski, Adam Sitnik, Romek Smoluch Krzysztof Wąsik, Janusz Wilman, Olek Wójcikowski, Tadek Bartkiewicz, Czesio Fąfara, Jurek Kiełkiewicz, Marek Kopała, Andrzej Pierściński oraz Andrzej Ruciński, Leszek Krawczyk i Adam Massalski (z tymi ostatnimi spotkałem się w klasie 10-tej), a także z wyższej klasy Andrzej Szczurowicz, z którym grałem w reprezentacji szkolnej piłki ręcznej, obok wspomnianego wyżej Lucka Łukasika i Wiesia Glejcha. Oni grali w ataku, ja broniłem bramki, do czasu, gdy zastąpił mnie na tej pozycji Adaś Massalski. W roku 1956 po raz pierwszy w związku z koedukacją szkoły zostały do niej przyjęte dziewczęta. Moimi koleżankami były: Celina Stolarczyk, Krysia Nagórska i Marysia Nowak. Z Krysią N. rywalizowałem o prymat w nauce. W roku 1960 zdaję egzaminy maturalne, otrzymując w nagrodę książkę Nie oszczędzać Polski, opatrzoną przez dyrektora A. Bieżanka i wychowawcę klasy A. Urbanka dedykacją „Za chlubne ukończenie szkoły”. Stanowi to dla mnie szczególny powód do dumy…


                        Jestem studentem…. Nasza banda czworga


Na początku lipca 1960 roku zdaję egzaminy wstępne na studia medyczne w Białymstoku. Najpierw pisemny z biologii – temat „Fotosynteza, jej przebieg i znaczenie”. Potem ustny z chemii i fizyki. W grupie zdających 600 osób mam numer 555, nomen omen, z wszystkich trzech przedmiotów otrzymuję takie właśnie oceny. Nie mam wątpliwości, że zostanę przyjęty, ale dodatkową radość odczuwam, kiedy na liście przyjętych na uczelnię znajduję moje nazwisko w pierwszej dziesiątce. Mam więc zasłużone długie wakacje. Jadę do Książa Wielkiego na kolonie prowadzone przez mamę. W pierwszej połowie sierpnia biorę udział w rajdzie rowerowymuczniów Technikum Ekonomicznego w Rozwadowie, którego dyrektorem jest Edward Geissler – mąż cioci Marysi, siostry mojego ojca. Przemierzam historyczny szlak wędrowny wzdłuż Popradu na trasie Rytro-Piwniczna-Żegiestów-Krynica. Jestem kronikarzem rajdu i podobno moje zapiski zdradzają talent dziennikarski. W drugiej połowie września 1960 roku jestem na wczasach w Zakopanem w towarzystwie cioci Stasi (żony brata ojca – Zbyszka) i ich córki Basi. Wrzesień kończę dwudniową wycieczką na południe Polski zorganizowaną przez zakład pracy taty. Odwiedzamy m.in. Kraków, Szczawnicę oraz Krynicę, bierzemy udział w spływie po Dunajcu

Rozpoczyna się w moim życiu etap białostocki. W październiku zaczynam studia. Mieszkam na stancji przy ul. Nowy Świat, w wieżowcu pod numerem 17a, w mieszkaniu na pierwszym piętrze. Moją gospodynią jest sympatyczna starsza pani Jadwiga Kłoskowska, pokój dzielę z jej wnukiem Józkiem, także studentem medycyny, tyle że wyższego roku.

Już w listopadzie tworzy się nasza czwórka, nazwana przez nas „bandą czworga”. Po raz pierwszy spotykamy się na ćwiczeniach z anatomii prawidłowej, w słynnym prosektorium, mieszczącym się w jednym ze starych budynków przy ulicy Mickiewicza.

Jesteśmy w jednej grupie. Byli w niej także m.in. Miecio Buczek, Marian Czaczkowski, Jasiu Dzięgielewski, Jurek Ferenc, Władek Krzyżanowski – późniejszy burmistrz Ostrowi Mazowieckiej, Jasiu Oleński – syn profesora Feliksa Oleńskiego, Andrzej Piotrowski, Andrzej Prorok, Jurkowie: Samusik i Orciuch – starosta roku, Waldek Winter. Z koleżanek: Bożena Cechmistro, Ania Dowgird, Beata Mierzejewska, Wala Sosna i Zuzia Szwan. Wspólne zajęcia bardzo zbliżają młodych ludzi, jak również przygotowanie do kolokwiów i później egzaminów. Stanowimy niezły kwartet. Refleksyjny Maciej Perek, mój imiennik z Warszawy, uzdolniony muzycznie; niezwykle pedantyczny, przystojny, urodzony w Wilnie Andrzej Narbutt; prostolinijny i zawsze uśmiechnięty, o płomiennym kolorze włosów Waldek Raczkowski i ja, najmłodszy, dynamiczny i impulsywny kielczanin z zasadami. Dwóch z nas (mój imiennik i ja) jesteśmy przybyszami z Polski, a dwóch pozostałych mieszkańcami Białegostoku. Spotykamy się i uczymy głównie w mieszkaniu Andrzeja, przy ul. Malmeda. Podczas pierwszych wakacji w sierpniu 1961 roku Maciej P. i Waldek R. odwiedzają Kielce, mam wówczas możliwość pokazania im mojej małej Ojczyzny: szkoły, gdzie zdawałem maturę, Kadzielni, Karczówki i oczywiście Pałacu Biskupów Krakowskich. Odbywamy także wycieczkę w Góry Świętokrzyskie, gdzie na Świętej Katarzynie pokazuję im kapliczkę ze słynnym wpisem samego Żeromskiego oraz okolice Ciekot. Są pod wrażeniem pietyzmu, z jakim w regionie traktowane są miejsca pamięci narodowej oraz kultu Żeromskiego. Andrzej N. przebywaw tym czasie na Wybrzeżu. Na II roku studiów powstaje przy Klubie Studenckim „Herkulesy” zespół muzyczny „The Swingers”. Tworzą go grający na pianinie Maciej Perek, Waldek, który okazał się zdolnym perkusistą, kontrabasista Adam Kłubowicz (nasz starszy kolega z uczelni) oraz gitarzysta Cezary Kadziewicz i klarnecista Zygmunt, którego nazwiska nie pamiętam. Ci dwaj ostatni muzycy byli spoza uczelni. Aby nadal być razem podejmuję społecznie pracę w Zarządzie Klubu. Pełnię funkcję impresaria zespołu. Solistką jest urocza Irena. Moją rolą jest m.in. załatwianie koncertów zewnętrznych, w mieście, na imprezach okolicznościowych, weselach, balach maturalnych, studniówkach. Wtedy występuję w charakterze pomocnika perkusisty, czyli Waldka, nosząc za nim bębny. Czasami nawet dla ubawu koledzy z zespołu dopuszczają mnie do gry, tzw. symulowanej. To znacznie zwiększa moje szanse u egzaltowanych panienek, kochających artystów. Pamiętam zabawne wydarzenie z jednej z moich „akcji” muzycznych. Otóż, pewnej karnawałowej soboty styczniowej roku 1962, podczas studniówki w liceum przy ulicy Kościelnej, poprosiłem Adasia o możliwość zastąpienia go na scenie. Tego wieczoru bardzo zależało mi na zwróceniu na siebie uwagi uroczej niebieskookiej licealistki. Bardzo chciałem jej zaimponować. Proszę sobie wyobrazić moją minę, gdy nagle (okazało się, iż koledzy zrobili to celowo) zespół przestał grać wystawiając mnie do solówki na kontrabasie. Zakończyło się katastrofą, straciłem szanse u dziewczęcia i nigdy więcej nie udawałem już muzyka, skupiając się na czynnościach menadżerskich.

 

 

         Humory prof. Witolda Sławińskiego i jego nieszczęsny parasol

Z profesorem Sławińskim, legendą białostockiej uczelni, zetknąłem się już na pierwszym roku studiów. Kierował Zakładem Biologii i prowadził wykłady z tego przedmiotu. Zakład mieścił się w lewym skrzydle Pałacu Branickich, stanowiącego siedzibę uczelni. Profesor przybył do Białegostoku z Warszawy w sierpniu 1950 roku, kiedy powstawała Akademia. Jego wykłady były niezwykłe. Miał zwyczaj przybliżać nam zasady botaniki w sposób nieszablonowy. Wykłady bardziej przypominały gawędy o przyrodzie niż naukowe wywody. Profesor obrazowo charakteryzował właściwości poszczególnych gatunków, a zjawiska przyrodnicze przedstawiał w oparciu o własne doświadczenia i przeżycia. Uczył nas szacunku do natury poprzez dawanie przykładów negatywnego oddziaływania różnych czynników na środowisko. Był wielkim przeciwnikiem palenia papierosów. Lubił opowiadać, jakie spustoszenie wywołuje dym papierosowy w świecie roślin i zwierząt oraz oczywiście ludzi. Jego wykłady przeplatane były dykteryjkami związanymi z licznymi podróżami egzotycznymi profesora, jego sukcesami w kontaktach z Murzynkami, oraz pasji obrońcy środowiska naturalnego. Opowieści przekazywane barwnym, soczystym językiem szybko zostały przez nas zaakceptowane. Bywało, że jednym zdaniem profesor przechodził od zagadnienia systematyki roślin do opowieści o kolejnej przygodzie. Pamiętam, jak omawiając jedną z roślin, nagle powiedział – z tym gatunkiem jestem szczególnie związany uczuciowo. Kiedyś w Afryce zostałem uwięziony przez jedno z plemion murzyńskich i wśród łoskotu bębnów zaczęto mnie przygotowywać do usmażenia żywcem. Ten gatunek rośliny, który dziś omawiamy, miał być dodatkiem do pieczeni ze mnie. Cała przygoda skończyła się szczęśliwie, bo Afrykanie zdecydowali, że jestem za chudy na potrawę. Ale najważniejsze było to, iż wybrała mnie na męża jedna z Murzynek, co ocaliło mi życie. Inny przykład, w trakcie wykładu dotyczącego ochrony środowiska, profesor zmienił tembr głosu i doniośle powiedział – Dzieczki moje – tak zwykle zwracał się do nas – jak kiedyś złapię was w parku (chodziło rzecz jasna o park wokół Pałacu Branickich), jak się obłapiacie, to będzie z wami źle. Już raz wygrzmociłem parasolką jakąś parę, pewnie waszych kolegów (rzeczywiście z parasolką oraz czarnym kapeluszem profesor nigdy się nie rozstawał), ledwie uszli z życiem. Następnym razem uderzę jeszcze silniej. Dzieczki, jak się chcecie p…ć, to róbcie to wszędzie, ale nie w parku. Nie pozwolę niszczyć flory i fauny parkowej, która jeszcze się zachowała. Zapamiętaliśmy słowa profesora doskonale. Miał on rzeczywiście specyficzne poczucie humoru. Do licznych anegdot przekazywanych w środowisku akademickim należała ta związana z remontem Zakładu Biologii. Dotyczyła początków uczelni, czasów, gdy brakowało praktycznie środków na wszystko. Oczywiście na bieżące remonty przede wszystkim. A Zakład Biologii był w tym czasie w opłakanym stanie. W tej sytuacji profesor Sławiński zaprosił do Zakładu, pod pretekstem pokazania archiwum, ówczesnego rektora (był nim prof. Kielanowski) i dziekana. Gdy weszli po drabinie na strych (tam miało się znajdować archiwum), odstawił drabinę i krzyknął do góry – moi panowie, będziecie siedzieć tam do czasu, aż podpiszecie plan remontu zakładu. Cóż mieli zrobić złapani w pułapkę goście profesora? Oczywiście podpisali stosowne dokumenty. I w ten sposób prof. Sławiński przeprowadził remont zakładu. Krążyła także opowieść o pewnym wysoko postawionym działaczu partyjnym województwa. Podobno podczas konferencji na temat zagospodarowania terenów Białostocczyzny zabierający głos w dyskusji dygnitarz partyjny mówił tak długo, że większość słuchaczy uderzyła w kimono. Ten błogostan przerwał donośny głos profesora Sławińskiego – jak długo będziesz nam synu p…ł tak od rzeczy? Podobno władze uczelni po tym incydencie miały pewne kłopoty, ale nikt nie zdecydował się na zwolnienie z pracy jedynego wówczas profesora zwyczajnego, w dodatku wybitnego naukowca, cenionego w Europie działacza ochrony środowiska.

Egzamin z biologii był nieszablonowy. Panowała opinia, że pierwsza osoba nigdy nie oblewa, stąd nierzadkie były przypadki koczowania pod drzwiami Zakładu już od północy (!).

Biologię zdawałem jako pierwszy egzamin na studiach medycznych. Było to 9 maja 1961 roku, w dniu w którym w Polsce obchodzono dzień zwycięstwa nad faszyzmem. Przygotowywałem się do niego solidnie, w każdym razie wydawało mi się, że opanowałem wystarczająco materiał i że nie powinno być problemów. Rzeczywistość miała zweryfikować moje oczekiwania. Egzamin rozpoczynał się tego dnia o godz. 5.00. O tej godzinie cała dziesięcioosobowa grupa zdających została wpuszczona do środka Zakładu, po czym drzwi zostały zamknięte na klucz. Z niepokojem każdy z nas oczekiwał spotkania oko w oko z profesorem. Na pierwszy ogień poszły trzy osoby z góry listy. Wśród nich Andrzej Narbutt, jeden z naszej zaprzyjaźnionej czwórki. Wszyscy zdali. Poproszono następną trójkę, w tym i mnie. Znaleźliśmy się w obszernym gabinecie, pełnym różnorodnych przedmiotów. Czego tam nie było – rogi jelenia wiszące na ścianie, skóra krokodyla, bębny murzyńskie i inne afrykańskie pamiątki. Poczułem się jakbym był w egzotycznej Afryce. Tylko miękkie obicia skórzanych foteli, masywne biurko profesora oraz olbrzymia biblioteka w tle przypominały nam, że jednak znajdujemy się w cywilizowanym świecie. Padły pytania. Zdawałem jako ostatni z tej drugiej trójki.

Otrzymałem pytania, które mi bardzo odpowiadały. W każdym razie wydawało mi się, że nie będzie większych problemów. Kiedy relacjonowałem swój punkt widzenia na ostatnie już pytanie egzaminacyjne, z przerażeniem dostrzegłem grymas na twarzy oglądającego w tym czasie mój indeks profesora. – Czy ty dzieczko jesteś z Kielc? – zapytał. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak. Zastanawiałem się, jaki to ma związek z egzaminem. Wkrótce okazało się, że ma i to niemały. Twarz profesora wyraźnie się zmieniła. Wyrażała dezaprobatę, a nawet coś więcej. Trzymając w ręku mój indeks wykrzykiwał – czy ty synu wiesz, że w Kielcach jest pełno złodziei. Mnie tam na dworcu ukradli parasol. I ty chcesz zdać egzamin. Nie ma mowy! W tym momencie mój indeks został wyrzucony przez okno. Byłem załamany. Wiedziałem już, że egzaminu nie zdałem, a wszystkie moje dobre odpowiedzi nic nie znaczą wobec jednego skradzionego parasola.

Ten dzień pozostał w mojej pamięci na długo. Skąd mogłem przypuszczać, iż na wyniku egzaminu zaważy miejsce zamieszkania. Pochodzący z Wilna (podobnie jak kresowiak profesor) studenci mieli fory, a kielczanie (których uważał za złodziei) zdecydowanie pod górkę. W efekcie pierwszy mój egzamin na studiach zakończył się niepowodzeniem. Jedynym pocieszeniem był fakt niewpisania oceny niedostatecznej do indeksu. Ale była to słaba pociecha. Zmartwiony, tego wieczoru bez celu włóczyłem się po mieście. W końcu trafiłem do kina „Pokój” na jakąś komedię. Zapamiętałem dziwną minę młodej dziewczyny siedzącej obok mnie, kiedy najbardziej nawet komiczne sceny nie były w stanie wywołać uśmiechu na mojej twarzy.

Mimo przykrych przeżyć czułem, że materiał z biologii mam opanowany i chciałem zaliczyć ten przedmiot jak najszybciej. Sesja poprawkowa zaczynała się dopiero we wrześniu. W międzyczasie zdałem z wynikiem bardzo dobrym pozostałe egzaminy roku I – z fizyki u prof. Emanuela Trembaczowskiego i z chemii u prof. Juliusza Popowicza. Nieszczęsna biologia blokowała mi całe wakacje. Tym bardziej, że miałem być w lipcu wychowawcą na prowadzonej przez mamę kolonii w Smardzewicach k. Spały.

Przełamując strach zdecydowałem się poprosić o wcześniejszy termin egzaminu poprawkowego. Znałem zwyczaje profesora Sławińskiego w kwestii zdawania egzaminu w drugim terminie. Zdarzało się, że wyznaczał jako miejsce spotkania leśny dukt w Puszczy Białowieskiej czy pociąg na trasie do Warszawy. Profesor był znany z tej ekscentryczności. W sesji poprawkowej należało się liczyć z pytaniami niecodziennymi w rodzaju: na co jest uczulona moja żona? (odpowiedź prawidłowa brzmiała – na kwiat prymuli). Albo inne pytanie – Kto jest największym chuliganem na naszej Akademii Medycznej? Należało odpowiedzieć – Kilar i jego banda. (Płk Marian Kilar był szefem Studium Wojskowego, a podpadł profesorowi Sławińskiemu tym, że organizowane przez niego ćwiczenia wojskowe odbywały się na terenie Parku Akademickiego). Ale najtrudniejsze pytania profesora były z dziedziny wiedzy praktycznej. Przykładowo, podczas spaceru z profesorem po lesie nagle student otrzymywał pytanie – Co to jest za roślina? Chodziło także o rodzaj grzyba czy owada wskazanego przez profesora. Oczywiście odpowiedź należało podać po łacinie. Z reguły spacer po lesie miał miejsce w okolicy Supraśla, które to miasteczko było szczególnie miłe profesorowi. Jeżeli egzamin miał miejsce w pociągu, delikwent, który wykazał się dostateczną wiedzą podróżował na koszt profesora, w przeciwnym razie sam płacił bilet w obydwie strony.

Posiadając tę wiedzę o egzaminie powtórkowym bardzo się ucieszyłem z możliwości zdawania w Zakładzie Biologii. I to w terminie kończącym pierwszą sesję. Profesor uczynił w tej kwestii wyjątek, tylko dlatego, że miałem pracować z dziećmi na kolonii. Z tego powodu zgodził się na dzień 1 lipca jako termin egzaminu i na Zakład Biologii, jako miejsce jego przeprowadzenia. Tego dnia, zgodnie z oczekiwaniem profesora, ubrany na sportowo zjawiłem się przed Zakładem parę minut przed 10.00. Profesor zaprosił mnie do swojego gabinetu. Tego dnia był w wyśmienitym humorze. Egzamin poszedł mi nadzwyczaj pomyślnie. Udzieliłem wystarczających odpowiedzi na wszystkie pytania. Następnie profesor wziął do ręki mój indeks i niewiele myśląc wstawił dwie oceny – pod datą 9 maja niedostateczną, zaś pod datą 1 lipca bardzo dobrą. Tak trzeba – burknął, dostrzegając grymas niezadowolenia na mojej twarzy. – A teraz chwilę posiedź – powiedział. Byłem zupełnie rozluźniony. Miękko opadłem w fotel. – Może zapalisz – zaproponował, podsuwając olbrzymie kubańskie cygara. Nie śmiałem odmówić. Po kilku sztachnięciach zacząłem się krztusić. – Nie rób nigdy tego, na co nie masz ochoty – rzucił mimochodem. Wziął ode mnie tlące się cygaro i zdusił je w popielniczce.

Wyczułem, że profesor ma wyraźną ochotę na dłuższą rozmowę. Nie bardzo wiedziałem na jaki temat. W pewnym momencie zabrał z biurka leżącą na nim gazetę Times i pokazując mi ją powiedział – Widzisz, Żydzi złapali Eichmana. Mają go sądzić. Po chwili stwierdził – Myślę, że powinni go skazać na to, by do końca życia był z nimi, wśród nich przebywał codziennie, dzieląc z nimi troski i kłopoty. Winien żyć wśród swych niedoszłych ofiar. Widziałem, że głęboko wszystko przemyślał. Konkluzja była wynikiem wnikliwej analizy psychologicznej, którą przeprowadził. A wnioski do jakich doszedł, były rzeczywiście niespodziewane. Byłem pod wrażeniem. Muszę przyznać, iż nie bardzo to wszystko do mnie docierało. – Ty nie znasz koszmaru okupacji. To było straszne. To powolne konanie, umieranie społeczeństwa na raty. Po chwili powiedział – widziałem Hitlera podczas defilady w październiku 1939 roku w zdobytej Warszawie. Eichman był bliskim współpracownikiem Hitlera. Do spraw likwidacji Żydów. I teraz oni go dopadli. A więc niech umiera wśród swych niedoszłych ofiar. Powoli, na raty. Najpierw niech wykończy się psychicznie, a następnie fizycznie. I na tym polegać powinna, moim zdaniem, sprawiedliwość. Te słowa profesora zrozumiałem wiele lat później.

Po wakacjach odwiedzałem profesora, na jego życzenie, kilkakrotnie. Miałem szczęście wysłuchiwać jego opowieści z wcześniejszych lat, m.in. z pobytu w dzieciństwie w Odessie. Podczas tych spotkań, które miały miejsce jesienią 1961 i wiosną 1962 roku, miałem możność poznać bogatą przeszłość profesora. Okazał się człowiekiem niezwykle wrażliwym, reagującym na krzywdę ludzką, kochającym życie, interesującym się wszystkimi jego odcieniami. Podczas jednego z wieczorów profesor pokazał mi dzieła Lenina, którego szanował. – Wiesz, to był wybitny człowiek, on postawił na nogi Rosję. I zobaczysz, ja już tego nie dożyję, Rosja będzie w przyszłości główną potęgą świata. A to był bardzo biedny kraj w latach 20-tych. Byłem, jak to się wszystko tworzyło. Któregoś wieczoru z kolei profesor pokazał mi zdjęcie, na którym rozpoznałem Morskie Oko. Na środku jeziora widoczna łódka, a w niej siedzące postacie. Osoby dorosłej i dziecka. – Ten pan to Kazimierz Przerwa Tetmajer, a to dziecko obok to ja - z dumą stwierdził profesor, obserwując moją reakcję. Lubił zaskakiwać coraz to innymi nowościami. Proces Eichmana i jego zakończenie – jak wiadomo został skazany na karę śmierci przez powieszenie - przyjął obojętnie. Wyrok skomentował krótko – Widzisz, Żydzi nie dojrzeli do mądrej (jego zdaniem) decyzji. Więcej do tej sprawy już nie wracał.

Profesor Sławiński starał się być przyjacielem młodzieży. Zresztą była to obustronna sympatia. Młodzież go uwielbiała. Był bodaj najpopularniejszą postacią na uczelni, bohaterem wielu anegdot. Z drugiej strony profesor był człowiekiem stanowczym. Takim go zapamiętałem. Czasami bywał wybuchowy. Niezwykle trudno dawał się przekonać do innych niż własne racji. Ale, jeżeli mi się to kiedykolwiek udało – potrafił przyznać mi rację. Podczas ostatniej mojej wizyty w zakładzie Biologii u profesora, było to bodajże w czerwcu 1962 roku, przed moim wyjazdem na wakacje, nieoczekiwanie zaproponował mi podjęcie pracy w swoim zakładzie w charakterze młodszego asystenta. Przyznaję, było to niezwykle miłe. Niestety nie dane mi było zostać współpracownikiem profesora Sławińskiego. Zmarł nagle 4 września 1962 roku. Spoczął w lesie pod ukochanym Supraślem. Został pochowany w skromnej drewnianej trumnie, nie życzył sobie żadnych pomników. Jego prostą mogiłę w Supraślu zawsze zdobią świeże kwiaty, świadczące o tym, iż pamięć o nim jest żywa wśród mieszkańców miasteczka oraz jego studentów. Jestem dumny, że byłem jednym z nich…

 


 

*Fragment wspomnień prezesa Świętokrzyskiego Towarzystwa Regionalnego, Macieja A. Zarębskiego, wydawanych w tym roku jako jako 325 pozycja prowadzonej przez niego Biblioteki Świętokrzyskiej.



Pin It