Z  reżyserem TADEUSZEM CHMIELEWSKIM - twórcą popularnych komedii filmowych "Ewa chce spać", "Jak rozpętałem drugą  wojnę światową" i "Nie lubię poniedziałku", tegorocznym  laureatem medalu Gloria Artis -  rozmawiał Krzysztof Lubczyński


GDY WIDZ NIE CHCIAŁ SPAĆ…

TADEUSZ CHMIELEWSKI o realistycznym komizmie w swych filmach…


--------------------------------------------------------------

- Zadebiutował Pan w 1958 roku słynną komedią "Ewa chce spać", groteskową, absurdalną, co nie było w nurcie humoru filmowego typowego dla tamtych czasów. Skąd taki pomysł?

- Uznałem, że jeśli mam robić coś w niezgodzie ze sobą, kłamać lawirować, to wolę zrobić film, w którym będę wolny od takich problemów. Wydawało mi się, że najłatwiej będzie to zrobić w komedii. To był czas słynnego gdańskiego kabaretu Bim-Bom z Kobielą, Cybulskim i Wojtychem, który pokazał, że można w sposób śmieszny, niepoważny, a nawet liryczny mówić o rzeczach poważnych. Zależało mi na tym, żeby zrobić komedię niezbyt realistyczną, omijającą ten brud, szarość i biedę, które nas otaczały.

Pomysł filmu "Ewa chce spać" oparty został na autentycznym wydarzeniu. Młody człowiek przyjechał na nowy rok szkolny, dwa dni wcześniej i nie przyjęli go do internatu, a nie miał za co wrócić. Z dworcowej ławki ściągnęli go milicjanci, ale nie mogli aresztować, więc karmili go i nocowali. No i przytulili go milicjanci, karmili, nocowali... – powtórzę…  To było wtedy odbierane jako pomysł mocno ekstrawagancki, surrealistyczny, bo milicja odbierana była jako surowi stróże bardzo rygorystycznego, podszytego ideologią prawa. Potem pojawił się pomysł, żeby chłopaka zamienić na dziewczynę, ale to z kolei wydało się z innych powodów podejrzane, dwuznaczne. Jak to?...  Sama dziewczyna wśród mężczyzn, w nocy, na komisariacie?...

 

- …dzisiaj to prawie norma…

 

- Obawialiśmy się w ogóle, że milicjanci, ludzie cholernie nadęci, sztywni, poważni nie zaakceptują pomysłu filmu. Padł więc pomysł, żeby mundurowy, który zaopiekuje się dziewczyną był listonoszem. Ale  listonosz, który jest postacią sympatyczną nie nadaje się, nie ma stosownej powagi i władzy. W końcu wróciłem do wersji z milicją, w pisaniu dialogów pomógł mi Jeremi Przybora, no i film nie tylko powstał, ale zdobył widzów i zagraniczne nagrody.

 

- Czy podczas realizacji tak zabawnego filmu bywało wesoło?

 

- Zupełnie nie!...  Nieraz czytałem relacje z realizacji komedii, gdzie wszyscy na planie cholernie się bawią. W czasie realizacji nie zawsze tak bywa. Najlepszy dowcip, który wiele razy się powtarza i próbuje, przestaje śmieszyć. Raz tylko pamiętam, jak podczas realizacji "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", Emil Karewicz grający gestapowca, przesłuchującego Franka Dolasa tak pięknie powtórzył nazwisko "Brzęczyszczykiewicz", że pękaliśmy ze śmiechu. Zresztą komizm scen często wychodzi dopiero przy najważniejszej fazie pracy nad filmem, przy montażu.

 

-  "Ewa chce spać" kończy się sceną przedstawiającą plan filmowy, ekipę, kamery, reżysera na krzesełku. I ta ekipa w pewnym momencie umyka z planu, bo za chwilę wybuchnie granat, który wpadł do słoika z kiszonymi ogórkami. Ta scena żartobliwie "deziluzyjna", wzięcie filmu w nawias, pokazanie umowności tego co na ekranie, była jak na owe czasy chwytem zupełnie nowym, wręcz – „eksperymentalnym”…

 

- Pomyślałem, że dla żartu pokażę ówczesnego "boga" naszej kinematografii, bo ten reżyser z wąsikiem siedzący na krzesełku, to Aleksander Ford. To niezwykle ciekawa postać, człowiek o fascynującej biografii, o którego życiu i śmierci jako nędzarza w USA -  mógłby powstać pasjonujący film.

 

- Pan jednak nie od komedii zamierzał zacząć pracę filmową...

 

- W 1954 roku, w dziesięciolecie Powstania Warszawskiego, trzech młodych szaleńców, Kazimierz Kutz, Janusz Morgenstern i Tadeusz Chmielewski czyli ja, wpadło na pomysł zrobienia filmu o tym pięknym zrywie, według scenariusza Jerzego Lutowskiego. Siedem lat wcześniej powstało "Miasto nieujarzmione" czyli "Robinson warszawski" Jerzego Zarzyckiego, więc wydawało się, że ten temat nie budzi już oporów władzy. Lutowski napisał nowelę scenariuszową  o Powstaniu Warszawskim. O opiekę nad realizacją poprosiliśmy Wandę Jakubowską, która miała bardzo wysokie notowania w partii po sukcesie "Ostatniego etapu" i liczyliśmy na jej pomoc w doprowadzeniu do realizacji.

Wybierając się do niej na dyskusję o scenariuszu, ubraliśmy się wszyscy przypadkowo na czarno. Jak nas Jakubowska zobaczyła, zapytała czy wybieramy się na pogrzeb. "Na jaki pogrzeb?" - pytamy, a ona na to: "Na pogrzeb scenariusza"…  Zaczęliśmy wołać, że scenariusz jest dobry i tak dalej, ale ona powiedziała nam, że scenariusz został schlastany i nie ma szans. Scenariusz był naprawdę dobry, a na dodatek napisał go uczestnik powstania, którym był Lutowski, ale scenariusz  nie miał szans realizacji z powodów politycznych.


- Po "Ewie" zrealizował Pan w 1960 roku "Waleta pikowego"...

 

- Z tego filmu nie jestem zadowolony, miałem chyba za mało doświadczenia. Wszyscy zresztą, po "Ewie" spodziewali się salw śmiechu, ale nastąpiło rozczarowanie.

 

- Potem była znakomita  komedia wojenna z 1964 roku, "Gdzie jest generał?"...

- Kręciliśmy ten obraz  na Dolnym Śląsku, w zamku Czocha. To był fabrykant cygar, który wybudował sobie w 1917 roku średniowieczny, bajkowy zamek, z przejściami podziemnymi itd. Wspaniałe dekoracje wybudował Bolesław Kamykowski. Główny bohater był trochę inspirowany postacią Szwejka. Pamiętam jak latem, bardzo wczesnym rankiem przyjechałem do miasteczka w pobliżu zamku Czocha, gdzie kręciliśmy "Generała".  Było pusto i spotkałem tylko jednego pana. Zaczęliśmy rozmawiać i  niepostrzeżenie opowiedział mi on swój życiorys. Okazało się, że został zmobilizowany we wrześniu 1939 roku jako kierowca motocykla, który miał być kurierem przewożącym meldunki i rozkazy wojskowe. Musiał więc ciągle poruszać się po drogach ostrzeliwanych przez Niemców. Tymczasem on straszliwie bał się zginąć i robił co mógł, aby uniknąć zranienia czy śmierci. I cała jego pomysłowość skierowana była na to, żeby nie walczyć; żeby nie być żołnierzem, żeby się nie narazić, żeby nie być bohaterem….   W końcu przestrzelił bak z benzyną, żeby nie musieć dalej się narażać. To mi się bardzo spodobało jako pomysł na film - żołnierz, który robi wszystko, aby nie być żołnierzem; by nie walczyć. Pomysł jednak zmieniłem. Mój bohater musiał chcieć walczyć, ale ta okazja ucieka mu sprzed nosa.

 

-  Zrealizował Pan podobny motyw w kolejnej komedii, która zrobiła szaloną furorę - "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" z 1970 roku...

 

- No i właśnie historia tego człowieka w pewnym stopniu zainspirowała mnie do zrobienia tego filmu.

 

-  Wyjątkowa popularność  tego obrazu, chyba najpopularniejszej z Pana komedii wzięła się - moim zdaniem -  nie tylko z komizmu tego filmu w ogóle, ale także z tego, że to jest komediowy wizerunek Polaka-cwaniaka, który miotany wichrami historii radzi sobie i wychodzi z najcięższych opresji dzięki sprytowi, inteligencji, poczuciu humoru, jak Koziołek-Matołek, do którego porównał go był  kiedyś filmoznawca i krytyk Aleksander Jackiewicz. Czy taki typ Polaka jest jeszcze dziś „funkcjonuje”?...

 

- Ależ naturalnie. Wystarczy rozejrzeć się dookoła. Takich Franków Dolasów, choć w innych warunkach historycznych jest mnóstwo, i w Polsce i za granicą, gdzie Polaków pełno.

 

- Komizm "Pieczonych gołąbków" (1966)  i "Nie lubię poniedziałku" (1971)  polegał na połączeniu współczesnej, realistycznej scenerii z poetyką purenonsensową. Jednocześnie były to komedie „warszawskie”, rozgrywające się w scenerii miasta…

 

-  Co prawda nie jestem rodowitym warszawiakiem, ale od 40 lat to jest moje miasto i chciałem je w filmie pokazać, co szczególnie  udało mi się w "Nie lubię poniedziałku”,  gdzie jest mnóstwo warszawskich pejzaży, dziś  już o wartości dokumentalnej. Wcześniej zresztą pracowałem jako jeden z asystentów-praktykantów Leonarda Buczkowskiego przy realizacji "Przygody na Mariensztacie", która była komedią o odbudowie Warszawy.

 

-  Był Pan znany z tego, że jako reżyser bardzo Pan dbał o detal filmowy, o realizm szczegółów scenerii i zachowań…

- Po pierwsze, wiedziałem, że komedia, aby była zabawna, musi w warstwie fabularnej być realistyczna, a nie abstrakcyjna; musi odwoływać się do rzeczywistości znanej widzowi. O tym jak widz potrafi być uważny niech zaświadczy taka oto autentyczna anegdota. Otóż spotkałem się z widzami małego miasteczka po pokazie filmu "Wśród nocnej ciszy", którego akcja rozgrywała się w latach dwudziestych XX wieku. I w trakcie zadawania pytań, jeden z uczestników zarzucił mi fałszerstwo w realizacji. Kiedy zdumiony zapytałem o co chodzi, okazało się, że na obiadowym stole w jednej ze scen były jabłka jonathany. A przecież - zawołał widz - wtedy nie było jonathanów! (…)

 

-  W roku 1983 niespodziewanie zrealizował Pan dramat historyczny według "Wiernej rzeki" Stefana Żeromskiego. Miał Pan z tym filmem perypetie...

 

- Począwszy od tego, że realizowałem go w stanie wojennym i każdorazowo po planie musieliśmy oddawać broń do depozytu, choć była to broń - atrapy, przeważnie z drewna - a więc zupełnie niegroźna. Pomysł realizacji tego tematu powstał u kilku moich kolegów, już za Gomułki, ale jemu wyjątkowo się to nie podobało. Pierwsza ekipa została zatrzymana niemal w momencie wyjazdu na plan, gdy film był zatwierdzony do produkcji. Wściekł się „Wiesław”…, że chcę realizować historię szlachcianki zakochanej w powstańcu, księciu Odrowążu. Ja zrobiłem ten film w 1983 roku, ale został na kilka lat zatrzymany przez cenzurę i do premiery doszło dopiero w 1987 roku.

 

- Pracował Pan w kilku zespołach filmowych, "Syrenie", "Planie", "X". Jak obecnie widzi  Pan rolę zespołów?

 

- Zespoły filmowe były fenomenem, który znakomicie sprawdził się w tamtych czasach. Młodzi twórcy szukali wtedy miejsca, gdzie mogliby realizować swoje tematy, ale  nie z listy tematów uznanych za ważne…   Nie sposób było zrealizować takiego pomysłu bez doświadczonego artysty. Wówczas  nie sposób było zrobić filmu samemu. Poza tym to były czasy relacji:  Mistrz-Uczeń. Młodzi poszukiwali Mistrzów, ci umożliwiali im zrobienie pierwszego filmu, najpierw dla telewizji, gdy ona się pojawiła. Zrobienie pierwszego filmu umożliwiał szef zespołu. On brał na siebie także część gniewu władzy, gdy film się nie podobał. To, że szefowie zespołów byli partyjni, ale to nam w ogóle nie przeszkadzało! Mało który reżyser – szef zespołu -  może poza Czesławem Petelskim i Bohdanem Porębą, obnosił się ze swoją partyjnością. To byli po prostu nasi dobrzy koledzy. Przechodzenie z zespołu do zespołu było bardzo rzadkie. Powstawały trwałe przyjaźnie i twórcze współprace działające do dziś dnia.

 

-  Czy to wystarczyło do przeforsowania scenariusza?

 

- Tylko pomagało!...  Przepychanie scenariusza, to była cierniowa droga przez rozmaite czynniki oficjalne, partyjne, które wywierały   naciski na treść. Tego, bez pomocnego szefa zespołu - nie sposób było przejść, ominąć ani przeskoczyć.

 

- Miał Pan okazję przekazać młodszym kolegom swoje doświadczenie w dziedzinie komedii filmowej?

- Kiedy już zrobiłem kilka swoich komedii, myślałem, że zgromadzę wokół siebie grupę młodych ludzi, którzy chcieliby ten gatunek uprawiać, ale omyliłem się. Wśród artystów panował wtedy nadmiar ambicji i przekonanie, że komedia to pośledniejszy gatunek.

 

- Jakie warunki trzeba spełnić, by zrobić dobrą komedię filmową?

 

- Mówić o ułomnościach ludzkich z sympatią, bez jadu i umieć trafić w precyzyjne reguły, które rządzą śmiechem; a przede wszystkim -  znać psychologię współczesnej widowni.

 

- Dlaczego dziś tak trudno o dobrą komedię?

 

- Jak już mówiłem, młodzi się do niej nie garną, bo to trudny i ryzykowny gatunek i – niestety! -  nie ma z kogo wybierać. Poza tym bardzo zmieniło  się społeczeństwo, upodobniło, zglajszachtowało;  młodzi czerpią zachowania z tych samych szablonów, wzorców. Gdzieś  zniknęła większość charakterystycznych typów, dawnych oryginałów, dziwolągów ludzkich, albo postaci typowych środowiskowo czy zawodowo, z których zachowań można było obficie czerpać. Komedia rodzi się ze społecznej gleby, może w większym stopniu niż dramat.

 

-  Nie miał Pan nigdy pokusy, żeby reżyserować komedie w teatrze?


- Nigdy. Chociaż raz, kiedyś pewien dyrektor teatru zaproponował mi, żebym zrobił taki szpas i wystawił u niego komedię "Ciotkę Karola"…  (śmiech). To takie "szmacisko", straszna szmira, o tym jak się chłop przebrał za babę. Zawsze niezawodnie zapełniała widownię. Przed wojną, jak teatr robił klapę, to wystawiał "Ciotkę Karola" i odkuwał się….  A to dość znamienne dla naszego nadwiślańskiego krajobrazu…  Nie zdecydowałem się jednak i zostałem przy filmie.

 

 

--------------------------------------------------------------------

TADEUSZ CHMIELEWSKI - ur. 7 czerwca 1927 roku w Tomaszowie Mazowieckim, jeden z Mistrzów polskiej komedii filmowej, twórca  takich filmów jak "Ewa chce spać" (1957), "Gdzie jest generał" (1964), "Pieczone gołąbki" (1966), "Jak rozpętałem drugą wojnę światową" (1970), "Nie lubię poniedziałku" (1971), "Wiosna, panie sierżancie" (1974), ale także wysoko cenionego thrillera psychologicznego "Wśród nocnej ciszy". W latach 1983-87 był wiceprezesem Stowarzyszenia Filmowców Polskich. W 2010 roku - laureat nagrody Gloria Artis.

 

--

W tym roku nakładem Wydawnictwa Adam Marszałek w Toruniu ukaże się książka Krzysztofa LubczyńskiegoMieszanka firmowa. Rozmowy i szkice literackie”.

Składać się na nią będą przeprowadzone na przestrzeni 18 lat rozmowy z kilkunastoma znanymi i wybitnymi polskimi (jeden wyjątek – węgierski pisarz Gyorgy Spiro, wszakże zajmujący się problematyką na wskroś polską, autor głośnych „Mesjaszy") pisarzami i poetami starszego pokolenia, m.in. z R. Bratnym, J. Krasińskim, J. Henem, Z. Safjanem, E. Bryllem, A. Mandalianem, a także nieżyjącymi już J.S. Stawińskim i W. Żukrowskim).

Mieszanka firmowa” zawierać też będzie rozmowy z kilkoma znanymi krytykami i eseistami (m.in. z nieżyjącym już R. Matuszewskim, a także z M. Komarem, W. Sadkowskim czy A. Żurowskim), dwie rozmowy ze światowej renomy myślicielami (Z. Baumanem i A. Walickim) oraz kilka szkiców krytyczno-literackich poświęconych gronu pisarzy i krytyków, zarówno żyjących (m.in. J. Bocheński, T. Konwicki, S. Mrożek, J.M. Rymkiewicz, J. Głowacki, A. Żuławski, E. Niziurski), jak i nieżyjących (m.in. T. Breza, K. Brandys, K. Mętrak, W. Sokorski) .

Zgodnie z tytułem zawierającym słowo „mieszanka”, wspomniany zbiór charakteryzuje się wszechstronną różnorodnością. I to właśnie o nią chodziło autorowi - o różnorodność „ponad podziałami”. Rozmówcy Lubczyńskiego to twórcy najrozmaitszego autoramentu pisarskiego, estetycznego, a także środowiskowego i ideowo-politycznego, można by rzec, twórcy z różnych, nieraz antagonistycznych kręgów literatury polskiej. Dzieli ich niejednokrotnie bardzo, bardzo wiele, ale łączy jedno – każdy z nich pozostawił już swój ważny ślad na szlaku literatury polskiej. Dzięki temu książka ta jest ważnym przyczynkiem do obrazu polskiej literatury od 1945 roku.

Pin It