Rekomendacje

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Artur Daniel Liskowacki: Spowiadania i wypowieści

 spowiadania i wypowiesci  Znany prozaik i poeta szczeciński, autor tak ciekawych i nagradzanych powieści jak „Eine kleine” (2000, 2009) czy zbiorów opowiadań „Capcarap” (2008, 2014) tym razem obdarowuje nas potężnym tomem esejowieści, histowiadań, opowiadosejów, feliegramów, nowelezji i jeszcze kilku innych powszechnie nieznanych form (dlatego zapewne wybrał do publikacji wydawnictwo Forma, które z formą stale i ciekawie eksperymentuje).

   Sprawiają wrażenie narracji autora o sobie samym, ale nimi nie są. Są, podejrzewam, tyleż autobiograficzne, co stwierdzenie, że człowiek się rodzi, krzyczy, je, śpi, trochę się uspokaja, trochę się wścieka, pracuje i umiera. A mimo to jest to taka proza, bez której świat nie może istnieć. Patrząc na tę twórczość, powiedziałbym zgodnie z doktryną Henryka Berezy, że A.D. (Anno Domini 2018) Liskowacki wpisuje się w dalszy ciąg rewolucji artystycznej, szuka własnego wyrazu tego, co się wokół dzieje i działo, a co da się wyrazić inaczej, niż to czyni jakikolwiek inny pisarz, kiedy to ponadto dzieje się w nim.

   Tak, zdecydowanie inaczej niż inni.

   Odczytuje ten świat po swojemu: „Zegar słoneczny też późni się o godzinę. Bo nastawiony jest na czas zimowy”.

Książki pod lupą - Na tropie

na tropie larek

Click to download in MP3 format (13.98MB)

STANISŁAW GRABOWSKI

 

SPÓŹNIONY DEBIUT, CZYLI ROZMOWA Z HISTORIĄ

 

biale zrenice            Popularny pisarz SF i wybitny wydawca debiutował późno tym poetyckim tomem. Wtajemniczeni wiedzieli, iż wiersze pisze „od zawsze”, i że kilkakrotnie publikował je w prasie literackiej, np. w „Poezji dzisiaj”. Dla niewtajemniczonych to niespodzianka. Dlatego należy uważnie przyjrzeć się tomikowi pt. Białe źrenice, którego autorem jest Tomasz Kołodziejczak. Otóż tom wyróżnia: brak  ISBN-u, objaśnienie, że wydano go „na prawach rękopisu” oraz dedykacja: „Dla mojej kochanej żony, Joanny, dla której napisałem wiele z tych wierszy”.

            Zatem, czy ów zbiór to tzw. spóźniony debiut, czy raczej liryczna wprawka na pisarskiej drodze? Wszystko to, co publikujemy publicznie odłącza się niejako od autora, i podlega społecznej ocenie. Dlatego poetycki debiut Kołodziejczaka traktujemy jak najbardziej poważnie.

            Można rzec, iż najogólniej to tomik „herbertowski”, czego autor nie ukrywa. Twórcą Rovigo Kołodziejczak jest niejako zafascynowany od młodych lat. Zbigniew Herbert jest z rocznika 1924, Kołodziejczak urodził się w 1967 roku. Kiedy Herbert „uwiódł” 15 czy też 16-nastoletniego młodzieńca miał za sobą takie tomy poezji jak: Hermes, pies i gwiazda; Studium przedmiotu; Pan Cogito; Raport z oblężonego Miasta… Ważną w jego dorobku książką był także zbiór esejów pt. Barbarzyńca w ogrodzie (1962). Łakomy na lektury młody człowiek z pewnością ich nie przeoczył, podobnie jak ogromnej masy tekstów krytycznych o swoim idolu. Niejednemu zawróciłoby to w głowie. Na dodatek posługiwanie się przez Herberta w poezji tzw. czwartym systemem wersyfikacyjnym, nazywanym też różewiczowskim, pozornie niby łatwym, też mogło być zachętą dla młodzieńca z pisarskimi ambicjami. Jak było tak było. W każdym razie wpływy i naśladowania są wyraźne. W końcu mistrz nie jest zły. Wielu podążało jego tropem, np. kolega Kołodziejczaka, Mikołaj J. Wachowicz, w którego twórczości odniesień do antyku aż nadto.

Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

cegielki i inneWładzio, Tonia, bocian… Wieś na końcu świata…

Poznałem Krzysztofa na jakiejś Biesiadzie Literackiej w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Wydał mi się niezwykle skromnym, wycofanym człowiekiem, ale fragmenty prozy, którą czytał, ciekawe. Szybko przeczytałem „Pierwszą wiosnę i inne opowiadania” i pomyślałem ze zdumieniem, że będąc w środowisku od kilkudziesięciu lat, umykają mi takie perełki. Więc teraz, gdy tylko dostałem „Cegiełki…” rzuciłem się na nie z radością. Ale i niepewnością, obawą przed zawodem. Przeczytałem błyskawicznie i… i odetchnąłem z ulgą.

Andrzej Walter

 

Już dawno się winno…

(łeb ukręcić tej kurwie)   

 

Zaczerpnięte i sparafrazowane

na potrzeby tego tekstu  z wiersza

Toast

(zamiast Epilogu)

Andrzej Krzysztof Torbus

Z najnowszego tomu:

„Obrachunki osobiste” 2018

 

obrachunki osobiste   Nic tak nie ekscytuje i nie ożywia rynku muzycznego, jak sytuacja, kiedy pojawia się na nim kolejna płyta uznanego mistrza, a właściwie twórcy już o tyle legendarnego, o ile nadal nas zachwyca swoją dykcją czy brzmieniem. Spijamy wtedy zachłannie z ich ust nowe rytmy, piosenki oraz środki wyrazu, rzecz jasna oczekując zawsze w sposób jednoczesny (i jednoznaczny) tego, co już znamy i od dawien dawna polubiliśmy. Obserwujemy rozwój i ewolucję tych artystów, zaprzyjaźniamy się z nowymi melodiami, wsłuchujemy w obłaskawione przeszłością nowatorstwo tych utworów. Wiemy też podskórnie, że każde współczesne nam „mistrzostwo” zweryfikuje brutalnie i nieodwracalnie znany nam od lat staruszek Czas… Mało kto dziś jednak kwestionuje jeszcze artyzm i głębokie osadzenie w dziedzinie sztuki (w opozycji do muzyki klasycznej) twórczości Johna Lennona, Paula McCartneya, Fisha, Davida Gilmoura czy choćby najbanalniej – Boba Dylana.

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

 

Powtórka z Rolickiego, klasyka polskiego reportażu

lepsi od pana bogaDecyzja Wydawnictwa Poznańskiego, by wydać archiwalne reportaże Janusza Rolickiego sprzed kilkudziesięciu lat była ze wszechmiar słuszna. Nie tylko dlatego, że Rolicki należy do klasyków polskiego reportażu, w jednym szeregu z Ryszardem Kapuścińskim, Hanną Krall, Jerzym Lovellem, Józefem Kuśmierkiem, Krzysztofem Kąkolewskim czy Kazimierzem Dziewanowskim, ale przede wszystkim dlatego, że te reportaże nadal, mimo upływu czasu i zmiany realiów, doskonale się czyta. Rolicki był bowiem w tych reportażach nie tylko ofiarnym reporterem i dociekliwym obserwatorem rzeczywistości PRL, ale także świetnym piórem, łączącym rzeczowość i prostotę narracji z finezją prawdziwie literacką, z soczystą mięsistością opisu, a także wyrafinowaną ironią, ukrytą pod warstwą bardzo oszczędnego stylu. W 23 reportażach, publikowanych na łamach tygodników „Polityka” i „Kultura” (jeden został zatrzymany przez cenzurę), Rolicki, najpierw bardzo młody, a potem dość młody człowiek, ukazał kawałki siermiężnego życia PRL w okresie od roku 1960 do pierwszej połowy lat siedemdziesiątych, czyli PRL czasów Gomułki i Gierka. Gdzie ten reporter Rolicki nie wsadzał swojego reporterskiego nosa! Debiutując jako 22-latek wykonał tzw. reportaż wcieleniowy i wszedłszy w rolę młodego robotnika wszedł w krąg budowy i budowlańców („Janek, podaj wapno”). Penetrował przepojone patologią życie PRL: życie i pracę Państwowych Gospodarstw Rolnych, polskich rybaków kutrowych, najął się też na świniopasa, aby poznać i ten aspekt życia gospodarczego PRL. Zajmował się procederem prywatnych fuch w państwowych zakładach pracy, patologią w spółdzielniach mieszkaniowych i administracjach domów mieszkalnych, grą pozorów towarzyszącą chałturowym fuchom literatów, czyli spotkaniami autorskimi, „naszymi w Wiedniu”, salonem automobilowym na Dzikiej, czyli dzikim handlem autami w czasach drastycznego niedoboru tego towaru w Polsce, systemem „waletowania” w domach studenckich, gwałcicielami, cieciami, dziwnym losem „Westerplatczyków” w PRL, polskim „buszem” pijackim czyli polską Apokalipsą tamtych czasów (silne skojarzenia z klimatem prozy Marka Hłaski), a nawet technologią pracy wróżek i tworzenia popularnego telewizyjnego programu „Turniej miast”. Jest też przejmujący, zwłaszcza dla pasażerów lotniczych, reportaż o dramatycznym, mrożącym krew w żyłach przez swój szczególnie drastyczny i krwawy przebieg, porwaniu samolotu PLL „Lot” w 1971 roku. Doskonałym pomysłem było opatrzenie każdego reportażu słowem objaśniającym od autora. Bez tego część czytelników, głównie z generacji nie pamiętających PRL lub pamiętających ją z perspektywy wczesnego dzieciństwa, mogłaby mieć trudności ze zrozumieniem części realiów oraz kontekstu społeczno-polityczno-obyczajowego tych reportaży. Także jednak dla czytelników dobrze pamiętających PRL, jak choćby piszący te słowa, te objaśnienia są bardzo przydatne, bo wiedzy nigdy za wiele, a choć żyliśmy w PRL, to nie do każdego kąta zaglądaliśmy.  W słowie wstępnym do tego zbioru, reporter tygodnika „Polityka” młodszy od Rolickiego o pokolenie, Cezary Łazarewicz, słusznie napisał o nim jako o „klasyku polskiej szkoły reportażu” i trafnie porównał do klasyka niemieckiego reportażu wcieleniowego, Gűntera Walraffa i amerykańskiego – Howarda Griffina. Co do mnie, to mam dla reporterów, nie tylko wcieleniowych, nabożny podziw, bo moja wygodnicka natura wzdragałaby się przed podjęciem tak niewygodnych, pracochłonnych, męczących, nieraz odrażających a czasem nawet niebezpiecznych zadań. Cytowany już Łazarewicz napisał, że Polska z reportaży Rolickiego to „Polska sauté, bez pudru i ideologicznych upiększeń”. To prawda. Jeśli jednak nawiązać do znanej, popularnej kiedyś frazy o „absurdach życia PRL”, to mój wniosek z lektury reportaży Rolickiego jest pesymistyczny. Gdyby bowiem Janusz Rolicki odmłodniał o pięćdziesiąt lat i wrócił do swej dawnej roli reportera w naszej, dzisiejszej polskiej rzeczywistości, to miałby roboty nie mniej niż wtedy. Owszem, absurdy dzisiejsze są - na ogół - inne niż naówczas, ale obawiam się, że ich liczba stanowi constans. Słowem – absurdy polskie są te same, choć nie takie same.

Janusz Rolicki – „Lepsi od Pana Boga. Reportaże z Polski Ludowej”, Wydawnictwo Poznańskie 2018, str. 357, ISBN 978-83-79-76-051-0

--

Stanisław Stanik

W co kto gra?

 

Gra w otwarteCzy można być szczerym w poezji? - Pewnie tak. W przypadku Piotra Dumina tytuł jego najnowszego tomiku „Gra w otwarte” na to wskazuje. Ale poezja, jak to poezja. Nie można jej traktować dosłownie. Dużą rolę pełnią w niej niedomówienia, przemilczenia, metafory, porównania , itd., czyli to, co zaprzecza jej bezpośredniości..

Można się zastanawiać, jak dalece można być szczerym w sztuce pięknego słowa i w jakim stopniu może być zrozumiała. - Jest takie powiedzenie „gra w otwarte karty”, i może je miał na myśli Dumin. W tym przypadku jest raczej wątpliwe, że uległ złudzeniu jawności.

Maciek Froński

Mana Pools i „Africa” grupy TOTO

 

 

fronski maciejPrzeczytałem niedawno w Wysokich Obcasach ciekawy artykuł Pauliny Reiter o Mana Pools, parku narodowym w Zimbabwe. Nazwa ta była mi znana i od razu przyciągnęła moją uwagę, gdyż w latach osiemdziesiątych moja matka chrzestna z mężem i córkami pojechała do Zimbabwe na tak zwany kontrakt i wspomnienie Mana Pools często przewijało się w opowieściach dziewczynek. Pamiętam, jak dostawałem od nich kolorowe pocztówki z hipopotamami i temu podobną miejscową fauną, plakaty z lwem i ze słoniami, jakieś foldery turystyczne i tamtejsze monety, będące, oprócz monet irakijskich z kontraktu innych znajomych rodziców, zaczątkiem mojej późniejszej kolekcji. To wszystko zrodziło we mnie dziecięce marzenie o głębokiej Afryce, marzenie do dzisiaj niespełnione, bo trudno przecież za spełnienie uznać samodzielny objazd Tunezji, no ale cóż, niespełnienie jest przecież częścią życia.