Andrzej Wołosewicz
PAWEŁ KUBIAK -
poezja jako doświadczanie świata
Grzęznę w literaturę a dokładniej w poezję. Kiedy patrzę na jej konsumpcję sprzed lat, raczej ślizgałem się po powierzchni niż grzęzłem To zapewne kwestia wieku, i doświadczenia. Zawsze w takiej chwili przypominają mi się słowa Hebla o doświadczeniu, akurat dotyczące Goethego, ale przecież każdego dobrego Czytelnika: „wczesne sądy Goethego o książkach były sądami jego żołądka, późniejsze – podniebienia”. Ten smak, ta różnica. Nie żebym się chwalił, że też już przeszedłem tą granicę, raczej idzie mi o własne czytelnicze nastawienie niż ocenę zewnętrzną.
Ta zawsze należy do innych. Idzie o to, że nigdzie już się nie spieszę, pozwalam sobie na luksus odrzucenia pośpiechu. Nie muszę i nie chcę czytać wszystkiego - co oczywiście niemożliwe - a nawet nie chcę czytać dużo. Po co? Wystarczą trzy wskazówki, idee regulatywne. Pierwsza to kilku autorów, których na czytelniczej drodze udaje się łaknącemu czytelnikowi dorobić. Druga to pochodna zaufania do swego – jeśli już zaspokojenie żołądka mamy za sobą – smaku: umiejętność odcedzenia tego, co forsują wszelkiej maści literaccy lanserzy. Oczywiście rezultatem jest tu – zupełnie świadome – błąkanie się na marginesie marginesu, bo lans, zawsze krzykliwy, zajmuje centrum i sięga łapczywie po peryferia, nie widzi innych, myli swoich ze wszystkimi. I trzecie o poetycki węch będący jakoś skorelowany ze smakiem. Reszta jest kwestią szczęścia, jak to w życiu, także literackim, bywa.
Chyba szczęściu właśnie zawdzięczam znajomość z Pawłem Kubiakiem. Mogliśmy się przecież minąć. Mogłem nie kupić na Krakowskim Przedmieściu pierwszego numeru „Literackiej Polski” (Wydawnictwo POW, Warszawa 2001) Jana Marszałka. Mogłem też kupić, przekartkować, przejrzeć, przeczytać, ale nie koniecznie zareagować na redakcyjne wezwanie: „Literacka Polska ogłasza konkurs na wiersz (cykl wierszy), opowiadanie (nowelę, fragment powieści), recenzję esej, felieton, reportaż; nagrodą – druk w piśmie). A nawet mogłem zrobić i to, ale Janek Marszałek nie koniecznie mógł na mnie zareagować i w konsekwencji nie zetknąć mnie z Pawłem (Jankowi należy się osobny tekst, jestem |Mu to winien i taki tekst powstaje). Innymi słowy istniało wiele miejsc i powodów, które mogły przyczynić się do tego, aby nasze drogi nie skrzyżowały się. Stało się inaczej. Czy więc nie należy mówić o szczęściu?
Ile to już lat? Można to dokładnie ustalić, ale nie trzeba. Istotniejsza jest niespieszna intensywność tej znajomości.. Uświadamiam sobie, że ta z Pawłem Kubiakiem należy do niedużego kręgu tych g ę s t s z y c h, gdy pozostałe, bardziej związane z ZLP się rozlazły (Leszek Żuliński, Marek Wawrzkiewicz) a i były skupione tylko na literaturze, gdy Krzysztofa Gąsiorowskiego czas jakby zabierał nam po kawałku, gdy Wiesiek Sokołowski liczył po moim wstępie do ”Garota” na więcej niż mogłem z siebie dać a i tak młyny literatury współczesnej wystrychną obu nas na dudka, chociaż tym się akurat nie martwię będąc więcej niż pewnym, że „Pieśń o Garocie. Panoptikom” ocali Sokołowskiego literaturze, wydobywając swoim światłem także inne jego książki z mroków pomijania. Mam w tym swój udział, o tyle śmieszny, że nie wywołuje reakcji, jakich się niektórzy obawiali (zjedzą Ciebie, tak nie można, co Ty w tym Sokole widzisz itp.). Zostawmy to więc potomnym. Pozbawieni kontekstu obecnych sporów i zadrażnień będą bardziej przytomni w literackich penetracjach. Znajomość z Pawłem gęsta, gdy Janek (Marszałek) rzadko, coraz rzadziej, opuszcza swą literacką samotnię na prawym brzegu Wisły, z której część widoku bardziej na lewo z tonącego w wiecznej niezależnej od pory roku zieloności jego balkonu zabrał mu na pewno – już ponad rok tam nie byłem – stadion Narodowy, gdy ze spotkań ze Zbyszkiem (Jerzyną) zostały tylko wspólne zdjęcia, pamięć i książki goszczące od pierwszego w moich lekturach „Przesłania” po ostatnie, nie przeczytane jeszcze „Saneczki”, których promocję jesienią 2010 w służewieckim mateczniku Zbyszka przerwała Jego śmierć. Nie chce mi się ich czytać, choć jestem bardzo ciekaw, bo póki tego nie czynię, to Zbyszek dla mnie jakby żyje, jakbyśmy byli nie tylko przed lekturą Jego ostatniego tomiku, ale – pomni, że wiersze tak naprawdę powstają w lekturze – przed jego napisaniem. Wiem, że to głupie, ale po ludzku prawdziwe. Rwą się te nici, więzy wietrzeją, niczym sznurki suszarki nad wanną , którą znowu musiałem wymieniać (suszarkę, nie wannę) z ich powodu – czas robi swoje, spokojnie, powoli, systematycznie.
Dlaczego Kubiak? Może właśnie dlatego, że jakoś – teraz to sobie uświadomiłem – spaja. Łączy te nieuchronnie, nieubłagalnie rwące się nici. Coś się rwie, coś zostaje. Mijamy, ale nie całkiem, jak w tytule jego ostatniego tomiku „to co odejdzie jest w tym co przychodzi” (Wydawnictwo Komograf, Ożarów Mazowiecki 2011) Przecież tytuł ten brzmi na tyle sentencjonalnie, że wart jest, niczym Paryż mszy, filozoficznej mszy: przemijanie wespół z łączeniem Co brzmi w tym tytule? Chyba wszystko. Przynajmniej dla mnie. Ciągłość w przemijaniu, fluidy sensu historii, trwania w strzępach i fragmentaryczności naszego wczoraj i dziś, ulotności naszego trwania i losu, naszej przemijalności i przypadkowości i mimo nich wszystkich – naszego uporczywego, kurczowego heroizmu codzienności by zostawić po sobie coś więcej niż „żył od do”. Dodawać siebie do tego, co zostaje. Nadto płynność tego wszystkiego dla mnie widoczna w braku jakichkolwiek znaków przestankowych w tytule, który – gdyby był zwykłym zdaniem – podzielilibyśmy co najmniej kilkoma przecinkami, by uczynić zadość regułom języka. Ale tytuł nie jest zwykłym zdaniem, jak i niezwykły jest cały tomik Pawła Kubiaka, do czego będę chciał czytelnika przekonać. Tytuł tomiku jest wywołaniem – poprzez jedno krótkie skądinąd sformułowanie – ducha czasu, ducha ciągłości i przemijania, czy lepiej ciągłości w przemijaniu a może i odwrotnie. Kubiak tym tytułem sięga do trzewi Czytelnika. Przyjrzyjmy się szczegółom.
Już wiersz inicjujący tomik wprowadza nas w górne rejestry. „Oswajanie wysokiego” jest bowiem bardzo prywatną emocjonalną refleksją nad dziełem Jana Pawła II. Muszę i chcę przytoczyć go w całości. Chcę, bo jest wymowny: refleksyjny a nie przeintelektualizowany, emocjonalny a nie na klęczkach, konstrukcyjnie lekki a nabrzmiały sensem, o przeszłości a jest zadaniem. A muszę, bo w powodzi wierszy o Papieżu pisanych przez wszystkich i wszędzie, nawet przez tych, którzy pisać nie potrafią, więc nie powinni, jakby temat nobilitował autora, warto wskazywać na te nieliczne, które trzymają odpowiedni poziom artystyczny.
Oswajanie wysokiego
Pamięci Jana Pawła II
tam gdzie patrzyłeś
był nasz świat
i tylko to było
na coś patrzył
góry wysokie
rzeki spieszące do mórz
oceany zamknięte
w duszę
wszystko
dalekie a bliskie
rwące a odpoczniesz
b bezkresne kolebką dziecka
wierzbą
fujarką w powagę
a gdy zamknąłeś za sobą
historię i przyszłość
słowo żywota
księgę
widzimy ile
aż tyle
musimy oswajać na nowo
Powiedzmy krótko: ten wiersz sytuuje się kilka pięter wyżej od „średniej papieskiej” ostatnich lat. Resztę pozostawiam spokojnej lekturze.
Drugi wiersz („razem”, s.6) przywołuje z czytelniczej pamięci stara dobrą szkołę pokazującą swobody w operowaniu językiem, wolności ale nie dowolności, bowiem każde słowo podporządkowane zostaje grze z odbiorcą, jego doświadczeniem (bądź wiedzą, jeśli jest na tyle młody, że jego osobista pamięć ma znacznie późniejszą metrykę). Zobaczmy:
razem
wspólnota myśli
wspólnota wiary
wspólnota wtajemniczenia
wspólnota serca
wspólnota radości
wspólnota łez
wspólnota nędzy
wspólnota bogactwa
wspólnota węgla i stali
atlantyda
kometa
planetoida
Dwie strony dalej trafiam na „dziecięctwo czyli trwanie”, którego i treść i forma potrafi zatrzymać uwagę. Treść ze względu na przemijanie, które o tyle mnie interesuje, że zdaje się z biegiem lat coraz bardziej nam sprzyjać. Dlatego każde zatrzymanie w kadrze świata odchodzącego, tym bardziej w tak znakomitych poetyckich skrótach („szedł też marszałek/ literackopolski/ z lustrem wkopanym/ w słowiański czarnoziem”) koi smutek przemijania. Ale poetycką uwagę Pawła Kubiaka pochłania nie tylko świat, którego coraz mniej, bo w sąsiedztwie tej nostalgii znajduję szarpiący wiersz „raniący i poranieni”, w którym maestria języka oddaje to, co autora wabi w dookolnej rzeczywistości. Spójrz, Czytelniku na to, na co patrzy poeta i jego wiersz:
raniący i poranieni
Rozgrabili dary weselne
Twój welon zdarli i podeptali.
Bronisław Branko Cirlic
„Kosowska Panna Młoda”
przyjazne bazary
ciepła plaża adriatyku
zapach radosnej winnicy
szaleństwo rakii oszołomienie
karnacją kapiącej emocji
a gdzież ten kraj
zapodział się w kolorach
realnych snów
dziś tamten kraj
wyłania się we mnie
z czarnych ramek
doniesień reutera
rośnie mi w dłoniach
rozszarpanym mięsem
widzę kobiety
zasłaniające ciałem
przepastność luf
oszpecone dziewczęta
mężczyzn
bez nogi ręki
sumienia
słyszę nieludzką mowę
żelaza złowieszczy świergot
superinteligentnych bomb
turkot kutrów z kontrabandą
na modrym dunaju
a kraj ten starożytny
musi powstać
i pójść
(luty 2001)
Pierwszą część tomiku kończy autotematyczny wiersz bez tytułu, który także chcę przytoczyć w całości:
powiem o sobie
mam zadumo lat
i chorobliwy brak
doświadczenia
kilka razy szczęśliwie
przedłużyłem
kontrakt na życie
kiedyś spóźniony
pozostałem
na rozwidleniu dróg
pomyliłem się
co opatrzność
przyjęła za wybór
tak już pozostało
Przewrotność poetyckiej rozmowy z Opatrznością („pomyliłem się/ co opatrzność/ przyjęła za wybór”) i jej trudny, stoicki wręcz optymizm akceptacji tego, co jest i co się zdarzyło pozwalają spojrzeć nań szerzej jako na Figurę Losu.
Dalej dostajemy cztery poetyckie cykle, „kraj ów daleki i bliski”, „cztery tryptyki o jednym”, „gdy we mnie połoniny” i „wiersze na lepsze dni”. Całość zamykają „miniatury”. Pierwszy z cyklów łączy – nie tylko tytułem – Pawłową miłość do penetracji ojczyzny od sal szpitala grochowskiego poprzez Komorowskie łąki aż po Galicję obłaskawianą wespół z Andrzejem Grabowskim z poetyckimi wypadami do Wietnamu. Oba kraje poetycko Pawłowi bliskie, choć ten drugi geograficznie odległy. (Nigdy nie dość będzie przypominania tytanicznej pracy Pawła (i naszego wietnamskiego Przyjaciela Lam Luang My) nad przybliżeniem poezji Wietnamu polskiemu czytelnikowi> To ich wysiłkowi zawdzięczamy „Antologię poezji wietnamskiej od XI do XIX w.”, Wydawnictwo Książkowe IBIS, Warszawa 2010). Cykl „cztery tryptyki w jednym” przedstawić warto choćby przejmującym – jak dla mnie – „tryptykiem o więzach”:
1
gdy przeminął czas
mocno trzymali się za słowa
wolnymi rękami czule
gładzili się po miękkich
fałdach wspomnień
to zawsze wzrusza
2
potem trzymali się za myśli
swawolnymi słowami ciskali gromy
które obiegały ich malejące światy
a nie znajdując celu
dławiły mówiącego
to zawsze boli
3
czasem wstawali
i szli coraz dalej
coraz głębiej siebie
nogi bezwiednie niosły
do wytartego parapetu
co zawsze zbliża
do życia
….czy wierszem, którego lepiej nie umiem określić jak sformułowaniem, a to takie Pawłowe:
nadrealizm nadutracki
skiba ziemi nade mną płonie
gwiazda ją porasta okolice
dzierga śpiewem niemy łabędź
właśnie unoszę się jestem
jak on lotniarz nad nami
a nawet gdzie niepamięć
utrata nie jest rzeką przecież
to droga mleczna uwierzcie
dorzeczy ku chmurom
„gdy we mnie połoniny” to cykl bieszczadzki z otwierającym go wierszem „jedno jest serce połonin (piosenka o ustrzyckim sabacie potoków)”:
jest taki kęs pięknego kraju
gdzie łysiny połonin
kładą się pod słońce
i jest miasteczko bodaj
albo kawałek wioski
gdzie mam kilku przyjaciół
do których powracam
jeden jest znachorem dusz
latem kosi trawę
a gdy ma wolną chwilę
odprawia pacierze
drugi żyje legendą
o bieszczadzkich smokach
o twardych kapeluszach
zrębach bijatykach
trzeci kołysze serca
u podnóży szlaków
kamień miesza z marzeniem
w płomienny błysk oczu
a mama jeszcze dziewczyny
w barach i sklepikach
czosnek niedźwiedzi świerszcze
huculskie koniki
jest taki kęs pięknego kraju
potoki biegną tu jak panny
do narzeczonego
i jest miasteczko bodaj
albo kawał wioski
gdzie mam kilku przyjaciół
do których powracam
Wielu z nas chodzi po górach, zostawia w nich swoje ślady, ale nieliczni zostawiają tak obfite poetyckie ślady tego chodzenia. Paweł Kubiak to jeden z niewielu po poetach młodopolskich, którzy czynią to w takim wymiarze ilościowym i jakościowym. Dowodem niech będzie wiersz, którego w tomiku nie ma ze względu na jego świeżość właśnie, ale który wybrzmiał we wrześniu, gdyśmy nad tomikiem debatowali i ucztowali, a który dzięki spolegliwości autora mogę jednak przytoczyć:
szliśmy
Stasi
szliśmy przełomem gór
a jakby się wzniosło
szliśmy granicą
państw
a było jak w kuchni
słupy graniczne
woskowe świece
w ogniu dziejów
nostalgiczne źródełko
po słowackiej stronie
nie zważając na
nieliczne ślady
bieszczadzkich yeti
a może zwyczajnych
niedźwiedzi
tak szliśmy
(Krzemieniec – Kremenaros, 30 maja 2011r.)
Nie zazdroszczę Pawłowi gór, bo robię to samo z Sudetami i z Pieninami, co on z Bieszczadami, ale wierszy mu szczerze zazdroszczę, bo z moich doświadczeń nie zakwitają tak obficie (błąka się gdzieś jeden sprzed bodaj 10 laty).
Cykl „wiersze na lepsze dni” już w tytule tchnie nadzieją, że takowe jeszcze nadejdą. Myślę, że optymizm tego oczekiwania znajdziemy i w pierwszym wierszu cyklu iw ostatnim, dlatego przywołuję tu oba:
***
słońce ściga się
z wierzchołkami drzew
wychodzimy na spacer
merdamy ogonkami
samozadowolenia
bardzo blisko sensu
wracamy do budy
na siódmym piętrze
liżemy rany
o zmierzchu
cichutko wyjemy
w oczekiwaniu
słonce zagląda
w nasze okno
ściga się
z wierzchołkami drzew
***
a na wszystko
miłość jest
najpierwsza
i najostatniejsza
w niej kąpie się
co się rodzi
w niej płonie
ku światłu
a bez miłości
nie ma z kim
i do kogo
nie ma
w niej wszystko
jest proste
bo się
wyokrągla
I jeszcze „miniatury”. O „miniaturach” trudno coś napisać, by nie napisać więcej niż one same zajmują miejsca. Są to bowiem utwory czterowersowe a wers ich na dodatek bardzo krótki, czasami jednowyrazowy. To „zminiaturyzowanie” wybucha ładunkiem emocji, tchnień ducha, których nie sposób przekazać recenzencką ułomnością, więc nie będę nawet próbował; „miniatur” trzeba czytelniczo doznać, niech wybuchają w lekturze. Natomiast nie odmówię sobie, na koniec już, przyjemności podzielenia się poetyckim kłopotem rodem iście z paradoksów eleackich, przed którym „miniatury” mnie postawiły, a co zdaje się być kontynuacją Pawłowych koncepcji z tomiku „miniatury i fragmenty o miłości” (Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2009). Na czym polega mój kłopot? Na tym, że nie mogę przeczytać „miniatur” dwa razy…. po raz pierwszy! Dlaczego tak chciałbym? Bo Kubiak akurat tutaj tytuły daje na końcu, chciałbym więc i przeczytać „normalnie” i wedle autorskiej recepty i wreszcie – a więc jest i trzecia droga?! – czytając bez wytłuszczenia tytułu. Chciałbym zobaczyć inwariantność doznań przy takiej „trójwymiarowej” lekturze, skoro wiersze stwarzają tą możliwość. Oczywiście dokonuję tego zauroczony autorską przewrotnością, ale już bez „prawa pierwszej nocy” wobec dwóch z trzech sposobów, ale radość, przyjemność i zaskoczenie efektami takiej lektury zatrzymuję dla siebie, zachęcając jedynie czytelnika, by poszedł w moje ślady.
Podsumowując swoje wrażenia chcę powiedzieć, że Paweł Kubiak daje mi radość patrzenia na świat nie tylko moimi oczami. Nakładam okulary jego wierszy i doznaję olśnień, zachwytów, zadumy, uspokojenia, refleksji, namysłu, radości i wzruszeń podług innych linii penetracji świata. Pisałem w wierszu dedykowanym memu przyjacielowi Jeremiemu Szczeniowskiemu, że „mając jedne oczy/ nie można mieć wielu spojrzeń”. Poeci doświadczenia, rangi i pokroju Pawła Kubiaka dają taką możliwość. Siła reflektora ich poetyckich słów oświetla i wyciąga z mroków pomijane (wszak trudno samemu zauważyć wszystko) barwy, smaki i zdarzenia, na dostrzeżenie których i moja własna i inna czytana poezja nie wystarcza. Kubiak coś istotnego do literatury dodaje i to coś zostanie, gdy już opadnie bitewny kurz sezonowych mód elektryzujących sezonową publiczność i sezonowych autorów. Jeżeli zastosować powiedzenie dotyczące trwałości, że dłużej klasztora niż przeora, to Paweł Kubiak sytuuje się po stronie klasztornych murów, które będą świadczyć, gdy nas już nie będzie.
„Widzimy ile/ aż tyle/ musimy oswajać na nowo” – to końcowy fragment pierwszego wiersza tomiku „to co odejdzie jest w tym co przychodzi”, fragment, który brzmi jak ZADANIE.
Wspomnijmy więc na koniec kilka z tych ZADAŃ, które poeta Paweł Kubiak wziął na siebie i z powodzeniem prowadzi, by wiedzieć, z kim mamy do czynienia. Paweł Założył i prowadzi Konfraternię Poetycką „Biesiada” (przy Miejskim Ośrodku Kultury w Piastowie) redagując jej serię wydawniczą,, współpracował (od 2001 do ostatniego numeru) z pismem „Literacka Polska”, zajmuje się robotą recenzencką i translatorską. Od kilkunastu lat jest niestrudzonym organizatorem (przy współpracy Piastowskiego Ośrodka Kultury) corocznych Piastowskich Biesiad Poetyckich, konkursu, który jest inkubatorem wielu talentów poetyckich, by wspomnieć Małgosię Lebdę. Piszę o tych jego aktywnościach, bo byłyby one puste i nadęte, gdyby nie podstawa, opoka, na której się wspierają – jest nią zaufanie do słowa poetyckiego, pewność, że ma ono swoją wagę i znaczenie nawet w niesprzyjających wierszom czasach (sprzyjały któreś?) i okolicznościach, nawet wtedy, gdy przy poezji stoją nieliczni a milcząca większość traktuje ją lekce. Tę opokę widząc w Pawłowych wierszach, także w tych pomieszczonych w omówionym tomiku.













