Magdalena Gałkowska


Okład z plasterka cytryny – Paweł Podlipniak Karmageddon

 

Oto jest głowa. Czytaj: to jest miejsce głowy.

Próżnia, która wyrasta z czułych miejsc języka.

(„Popioły, woda, rtęć zapadła w ustach”)

Oto słowa, które wprowadzają czytelnika w drugi tom wierszy Pawła Podlipniaka, oto są słowa, czytaj: miejsca słów, czytaj: miejsce ostatecznej rozgrywki między przyczyną i skutkiem, między życiem i śmiercią, między tym co przeszłe a tym, co przyszłe, czytaj: karmageddon.

Czego się spodziewać, jeżeli już w prologu autor „sprzedaje” nam iluzję, pokazuje nietrwałość wszystkiego, o czym myślimy, że istnieje? Dłonie pełne ognia, usta pełne popiołu, nasze imiona w płytkiej wodzie.

Oto jest głowa. Czytaj: nie ma na nią miejsca.

Oto są słowa. Czytaj:…

Długo zastanawiałam się, dlaczego Podlipniak podzielił swój tom na cztery rozdziały oraz opatrzył go prologiem i epilogiem. Prolog w nic nas nie wprowadza, zupełnie nie wiadomo, o czym przeczytamy na kolejnej stronie, można się jedynie domyślać po tytule pierwszej części („Annopol”), że albo jest to nawiązanie do konkretnego miejsca, albo do konkretnej osoby. I już pierwszy wiersz tej części pozornie wyjaśnia cytatem z Anne Sexton i „45 Mercy Street” z kim (czym) będziemy mieć do czynienia.

Piotr Lorkowski w swojej recenzji na łamach „Toposu”, wysuwa teorię, że nazwiskiem poetki nazwał Podlipniak swoje alter ego, a jednocześnie uważa, że cykl jest dyskusją autora z poezją Sexton. Z kim więc Podlipniak dyskutuje? Ze swoją „muzą”? Ze swoim alter ego? Z samym sobą?

W „Annopolu” Anne Sexton jest symbolem, punktem odniesienia do własnych rozważań autora, jej wiersze są „narzędziem” w rękach Podlipniaka, który poprzez ten dialog uzyskuje bardzo konkretną formę przekazu. Nawiązanie do Sexton w pewnym sensie od razu ustawia recepcję, czytamy wiersze Pawła Podlipniaka niejako przez pryzmat wierszy Sexton. Tylko czy naprawdę o to autorowi „Karmageddonu” chodziło?

Wiersz „M. Street” zaczyna się cytatem z utworu Petera Gabriela o tytule „Mercy Street” :

Śnić o ulicy miłosierdzia/ nosić swoje wnętrze na zewnątrz”, a w treści utworu czytamy:

tego, co mam w środku, nie założę na wierzch i według mnie tu tkwi sedno, „Annopol” to nie tylko dialog z poezją Anne Sexton, to dialog z konkretnym nurtem w poezji, to dialog z konfesją. Tutaj jednak też Podlipniak „pogrywa” sobie z czytelnikiem, na pierwszy rzut oka te wiersze wydają się przecież konfesyjne i tu swoją rolę odgrywa „Prolog”: nigdy nie wierz w to, co ci się wydaje czytelniku, nigdy temu nie ufaj, na ten spacer przez zaspy pójdziemy osobni, zaskoczeni („Zimnik”), a potem nie wiemy w jaki sposób być sobą/ i nie być pięknym (M. Street II) i jeszcze lisy wpełzają rankiem w zimne piekarniki/ a gaz tłoczy im do głowy myśl o ucieczce („Annus horribilis 7.36AM”). Lis, gaz, piekarnik i tym oto prostym tropem docieramy do antagonistki Sexton, do kolejnej poetki konfesyjnej: Sylvii Plath. W tym miejscu dowiadujemy się, że nawet śmierć jest złudna, że nawet śmierci nie możemy być pewni. Podlipniak nie jest poetą konfesyjnym, Podlipniak doskonale ukrywa pod konwencją wszystko to, co według niego nie powinno zostać powiedziane, a powinno być „odkryte” i tym odkrywcą ma być czytelnik – nikt inny. „Annopol” ma też według mnie jeszcze inne znaczenie.

Annopol jako skojarzenie z konkretnym miejscem, miastem. To rodzaj getta, zamkniętego obszaru, z którego nie można swobodnie wyjść, z którego jedyną szansą jest ucieczka. Od czego zatem ucieka podmiot liryczny Podlipniaka w „Tańcach wojennych? Od śmierci emocjonalnej, intelektualnej, boję się użyć słowa „duchowej”, od śmierci powolnej.

Przyczyna i skutek. Karma.

Po naszych bogach zostają tylko/ pudełka w kształcie serca/ i riff („Annopol”).

O ile w pierwszej części tomu dominował „pierwiastek żeński”, o tyle w drugiej natychmiast zostajemy wrzuceni do świata typowo „męskiego”. Jest wojna, są jej zwolennicy, są przeciwnicy, ale przede wszystkim są ofiary. Kto jest ofiarą, tego już nam poeta nie wyjaśnia, to nam jedynie sugeruje, resztę musimy odczytać sami. Generalnie Podlipniak jest daleki od narzucania interpretacji, wiersze są pisane w taki sposób, że każdy czytelnik jest zmuszony do poszukiwania własnych tropów, „własnych”, czyli zgodnych z własną wiedzą i doświadczeniem. W „Tańcach wojennych” również nic nie jest proste do rozszyfrowania, ponieważ my, dzieci Gadareńczyków skryte w ptasich brzuchach („Ave Lancastria Gratia Plena!”) na krawędziach skrzydeł osiadał/ nam szron – były nielotne, pachniały/ spalenizną, potem z getsemani (Karmel. Eau de getsemani) rzekł Pan tu macie mapy,/ Starliśmy je starannie – aż do nagiej czaszki („Ósma i pół”). Pojawia się motyw mapy – podpowiedzi, wskazówki, rekwizyt, który ma nam pomóc odnaleźć drogę, ale co nam po rekwizycie, który jest sczerniały? Co nam po złych wytycznych? Poruszamy się po omacku, tak jak podmiot liryczny w tych wierszach, obarczeni przeszłością, tradycją.

O kapitanie, mój kapitanie! Nasza pełna lęku podróż dobiegła końca – pisze Walt Whitman.

O pułkowniku, mój pułkowniku! Nasza wędrówka nie ma końca – pisze Podlipniak, wypluli letnich/ wciągnęli gorących, reszta przepadnie w milczeniu („Nieśmiertelnik z Minotaurem”) i nie zdążymy odpowiedzieć na pytanie/ co z nas zostanie, kiedy spadnie niebo („Granat i aksamit”). W „Tańcach” autor przywołuje i nawiązuje do zupełnie różnych poetyk, od klasyków: Whitman, Eliot, po poetów współczesnych: Gajda, Wiśniewski; jakby w ten sposób chciał pokazać, że niektóre dylematy są ponadczasowe, że niezależnie od tego, w jakim miejscu się znajdujemy i w jakim czasie, nie ominie nas to, co wcześniej sobie „wypracowaliśmy”. Przyczyna i skutek. Karma.

Od trzeciego rozdziału, czyli „Spalonych słońcem”, zaczyna się dla mnie kontynuacja poprzedniej książki Pawła Podlipniaka, Aubade Triste, tam była „Ścieżka na sam koniec” bardziej wspomnieniowa, bardziej nostalgiczna, podczas, gdy „Spaleni...” noszą wyraźne znamiona rozrachunku z przeszłością, jak gdyby podmiot liryczny dojrzał, i dojrzał to, co wcześniej było przed nim zakryte, dla niego „niewidzialne” lub może bardziej „niedostrzegalne”? Pozostaje dzielenie tego, co jeszcze zostało/ ciało moje i twoje, okruch rogalika („Iskrzy bliżej skóry”). W tej części tomu poeta bardzo mocno „idzie” w fizyczność, jakby tego typu metafory najtrafniej, najmocniej oddawały to, o czym nie chce powiedzieć, co chce ukryć, a co jednocześnie domaga się ujawnienia; bo pamiętajmy, że Podlipniak nadal tak naprawdę niczego nam nie „mówi”, pozostawia jedynie sczerniałą mapę, czego skutkiem jest błądzenie w ciemności. Poeta jest jednak sprytny, podrzuca co jakiś czas wskazówki:

Czasem nazwij mnie. Może moje imię

z łaskawych krain o łagodnych zimach

ułoży się do snu. Diabeł tkwi w szczegółach.

(„Niepamięć”)

Tak naprawdę w szczegółach tkwi Podlipniak, w kruchych tropach podrzucanych mimochodem, w subtelnej grze znaczeń i słów. W nawiązaniach i konotacjach. W wiem teraz, jak dotknąć, aby nie bolało („Łasko, łasa łasiczko”), a jednak nadal boli, a jednak oznacza stratę czasu, smakuje gorzko. To, co w tych wierszach jest subtelne, nosi znamiona uczucia, empatii, to, na co czytelnik „łapie się” przy kolejnych wierszach, rozwiewa się jak dym (mgła) przy „Elegii dla misiz robinson”:

gdzie są ci chłopcy o ciałach z denimu

(i członkach twardych jak blaszane ćwieki) […]

gdzie są dżinsowi mali adonisi,

z mlekiem pod nosem i pyszna powagą […]

gdzie są pocieszne małpki z marcepanu

prężące mięśnie ramion i pośladków […]

gdzie łatwopalne papierowe cienie,

sekrety skryte w ciemnych gardłach komód,

czy warte słowa? czy dżizas je kocha

i trzyma miejsce dla pani u siebie?

Kolokwialnie rzecz ujmując: cały nastrój szlag trafił i to też jest bardzo charakterystyczny zabieg u Pawła Podlipniaka, „zrobić” klimat i nagle w środek tych wszystkich cudowności wrzucić granat, rozwalić scenerię, zmusić czytelnika do zmiany percepcji. Przenieść środek ciężkości.

I summa summarum wszystkie dalsze podróże oznaczają teraz/ wywoływanie zgasłych iskier i świetlików („Małe nadzieje, ręce szarpiące guziki”) pojawia się ironia, w kontekście tego wiersza wszystkie poprzednie zaczynają jawić się jako okrutny żart, jakby poeta zakpił sobie z czytelnika, „zagrał” na jego uczuciach, jakby rozniecił płomień tylko po to, by zgasić go zdecydowanym ruchem ręki w najmniej oczekiwanym momencie. Żeby nie było jednak zbyt prosto, w ostatnim wierszu z tego cyklu czytamy:

Wierzę wciąż w niedoczekanie, w siłę/ dnia dla nas wspólnie niepojętych, a potem/ słucham cię nawet wtedy, kiedy nic nie mówisz („Nasłuch”). Znów przewrotność, znów zmiana punktu widzenia, ponieważ każdej rzeczy należy przyjrzeć się z kilku stron. Przyczyna i skutek. Karma.

Dziś tematem lektury niech będzie

przestrach, jaki wzbudza dawno zapowiedziane

nadejście zbawiciela tłumów

(„Herein, herein”)

Bez obaw, zbawiciel jeszcze długo nie nadejdzie, nadejdzie za to kolejny rozdział Karmageddonu, jak zapowiedź końca świata, który stworzył sam autor, bo wchodzimy w przestrzeń tak niejednoznaczną, tak trudną do zdefiniowania, że jedynym tropem, jaki nie pozwala się gubić, jest znowu część debiutanckiego tomu Pawła Podlipniaka– „Sztuka tracenia”.

mamy otwarte oczy, ale nie sięgamy wzrokiem

głębiej niż na paznokieć. za to oni widzą

nieuchwytne oznaki zmierzchu. […]

śmierć to miejsce, nie czas.

(„A teraz ułóż mnie do snu (»wiktoriańska galeria pośmiertna«”).

Przez trzy rozdziały tego tomu przedzieramy się, błądzimy, znajdujemy drogę po to, by za chwilę znów ją zgubić, a finalnie okazuje się, że dzieje się to wyłącznie po to, byśmy dowiedzieli się, że cała nasza podróż, z całym bagażem (garbem, brzemieniem, whatever) jest niczym wobec „tych, którzy, już wiedzą”, że koniec jest jednocześnie początkiem. Że każdy koniec jest tylko początkiem, ponieważ tak czy inaczej

muszą wyrosnąć jak skrzywione tkanki

z ułomnym kodem czy soczyste kości

zgniatane w zębach przez zwykłe legawce

one się zlękną smyczy w pańskim ręku

cienia doliny przez którą idziemy

(„Epilog”, „Tumoral blues czyli przepraszam panie Auden”).

To jest karmageddon, miejsce ostatecznej rozgrywki między przyczyną i skutkiem, życiem i śmiercią, tym co przeszłe i przyszłe. A jednak poetry makes nothing happen. Przepraszam, panie Podlipniak.

 

Paweł Podlipniak

Karmageddon

Wyd. Salon Literacki Warszawa. 2012, s.51.

 

Pin It