Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego


 

Kosmos Andersena czyli neurotyczna osobowość dawnych czasów

dzienniki-1825-1875Piękna i melancholijna okładka niezapomnianej, klasycznej już edycji zbioru „Baśni” Hansa Christiana Andersena towarzyszy mojej - i niewątpliwie nie jestem w tym odosobniony - pamięci od najwcześniejszego dzieciństwa. To ilustracja do „Królowej Śniegu” autorstwa wspaniałego rysownika i ilustratora książek, Jana Marcina Szancera, przedstawiająca wspaniałą śnieżno-lodową damę w saniach pędzących pośród mroźnej, zimowej nocy. W potocznej wyobraźni Andersen to wyłącznie autor słynnych baśni, które, jak choćby „Nowe szaty cesarza”, „Księżniczka na ziarnku grochu”, „Świniopas”, czy „Calineczka” weszły do kanonu mitów kultury powszechnej. Jednak poza tą potoczną wyobraźnią jawi się pisarz i człowiek nie tylko genialnego talentu, ale także ciekawej, dramatycznej duchowości.

Ta dramatyczna duchowość Andersena odzwierciedla się w jego dziennikach pisanych w latach 1825-1875, czyli przez całe jego dojrzałe życie, do śmierci. Po 130 latach zostały one przyswojone polszczyźnie, choć nie w całości. Bogusława Sochańska, przełożyła z edycji duńskiej, dziesięciotomowej, z oczywistej konieczności wydawniczej i terminowej, jedynie wybór, ale wybór obszerny i bez wątpienia reprezentatywny, obejmujący najważniejsze, najciekawsze i z rozmaitych względów, partie potężnego diariusza pisarza. Dwa przede wszystkim światy poznajemy dzięki tej edycji. Świat mieszczańskiej i arystokratycznej Danii jego czasów oraz świat zewnętrzny, pokazany przez pryzmat licznych podróży Andersena. Trzeci świat, to jego życie duchowe i intelektualne, w tym rozległe lektury, które  mają w tym dzienniku bogate odzwierciedlenie. Jawi się w dzienniku pisarza osobowość niezwykła, nieprzeciętnie skomplikowana, o dwoistej - rzec by można -  męsko-kobiecej naturze duchowej, niesłychanie przenikliwa, dynamiczna, żywiołowa,  neurotyczna, melancholijna, ale i kochająca życie, a jednocześnie osobliwie nowoczesna, progresywna nawet, w tym świecie surdutów, cylindrów i powozów konnych. Epokę, którą obejmuje dziennik Andersena, kto chciał miał już niejednokrotnie okazję poznawać z perspektywy pamiętnikarzy polskich, francuskich, niemieckich, angielskich, rosyjskich czy amerykańskich. Po raz pierwszy mamy okazję spojrzeć na nią z perspektywy innej, z perspektywy mieszkańca kraju położonego z dala od epicentrum europejskich zdarzeń tamtej epoki, kraju w tym aspekcie prowincjonalnego i bardzo słabo znanego. Jednak właśnie przez to narracja Andersena, wolna od znanych powszechnie uwikłań zachodnio i wschodnioeuropejskich, jest unikalna i arcycenna.

4 grudnia 2014 w Muzeum Literatury Bogusława Sochańska, znawczyni kultury duńskiej tłumaczka, eseistka, dyrektor Instytutu Duńskiego w Warszawie otrzymała za swoje dzieło nagrodę kulturalną. Gorąco rekomenduję wspaniałą lekturę jej opus magnum.

Hans Christian Andersen – „Dzienniki 1825-1875”, wybór, tekst i opracowanie Bogusława Sochańska, Wyd. Media Rodzina, Warszawa 2014, str. 800, ISBN 978-83-7278-942-6

--

Pamiętnik weredyczki

wygrasz-jak-przegrasz-autobiografiaPrzeczytałem tę książkę tzw. jednym tchem, co rzadko mi się zdarza. Wprost nie mogłem się oderwać od tej pysznej lektury. Nerwowa, dynamiczna, pełna irytacji, rozdrażnień, złośliwych komentarzy, gniewów i idiosynkrazji narracja znanej i wybitnej aktorki, jej porachunki personalne i nieustanna walka ze światem dookolnym, jej radykalna, momentami, nawet histeryczna niezgoda na rzeczywistość, połączone są z zawsze pasjonującym aspektem personalno-plotkarskim, zwłaszcza, że dotyczy on głównie tzw. świata artystycznego i politycznego, zwanego dziś często światem celebrytów. Niespełna rok temu Joanna Szczepkowska, bo o niej mowa, wydała wspomnienia, w dużym stopniu rodzinne, w których opisała odkryte przez nią, nieznane jej wcześniej fakty z historii rodziny, zarówno tej ze strony matki czyli Ireny i Jana Parandowskich, jak i ze strony ojca, wybitnego aktora Andrzeja Szczepkowskiego (1923-1997). Wśród wyznań intymnych aktorki znalazł się między innymi wątek jej molestowania seksualnego w dzieciństwie przez dziadka Szczepkowskiego. Nie będę się jednak powtarzał i zainteresowanych odsyłam do mojej ubiegłorocznej rekomendacji tamtej edycji, zatytułowanej „Kto ty jesteś”, wydanej przez oficynę „Czerwone i Czarne”. I tu od razu interesujący i znamienny szczegół. Wydawnictwo „Czerwone i Czarne” nie zdecydowało się, mimo sukcesu czytelniczego „Kto ty jesteś”, na wydanie kolejnego tomu wspomnień artystki. Mam na ten temat hipotezę, która wydaje mi się mocno, a nawet bardzo mocno prawdopodobna, ale ponieważ nie mam dowodów, nie będę jawnie spekulował. Zaznaczę tylko, że w dalszej części niniejszego tekstu znajdą państwo ową hipotezę, zawartą w tekście - implicite.

W „Wygrasz jeśli przegrasz”, książce pasjonującej, choć - moim zdaniem - nietrafnie nazwanej „autobiografią”, Szczepkowska nie zajmuje się już właściwie rodziną, lecz swoimi relacjami ze światem zewnętrznym, ważnymi dla niej rolami i przedstawieniami teatralnymi, filmami, nakręconymi i niedoszłymi (była pierwszą kandydatką Andrzeja Wajdy do roli Telimeny  w „Panu Tadeuszu”), konfliktami i pretensjami pod adresem tzw. środowiska, włącznie z legendarnym już ogłoszeniem końca komunizmu w Polsce w 1989 roku oraz głośną prowokacją pokazania nagich pośladków na scenie. Istotne miejsce w narracji Szczepkowskiej zajmują jej osobliwe relacje z „Gazetą Wyborczą” i „Wysokimi Obcasami”, w których przez szereg lat publikowała stały felieton, a szerzej rzecz ujmując - z kręgiem „Agory”. Obraz tego środowiska, jego zachowań, postaw, specyficznych „manier”, mechanizmów jakie nim rządzą, jawi się wprost okropnie. To obraz środowiska zadufanego w sobie, pełnego piramidalnej pychy, roszczącego sobie prawa do ustanawiania kryteriów ważności i hierarchii w życiu publicznym i kulturalnym, środowiska bardzo przy tym antypatycznego i nie cofającego się przed próbami krzywdzenia ludzi (m. in. Opisany przez Szczepkowską trochę tajemniczy casus Gustawa Holoubka). Nie mam nawet takiego wglądu, jaki z racji swej współpracy z tym środowiskiem miała autorka, ale okruchy moich własnych obserwacji zdecydowanie korespondują z narracją Szczepkowskiej. Zresztą, wystarczyło być latami czytelnikiem „GW” i czasem stykać się z jej dzienmnikarzami, by powziąć podobne wnioski.

Aliści nie tylko na opisie „Wyborczej” stoi atrakcyjność tej książki. „Wygrasz …” jest książką wielowątkową, o narracji szybkiej, kalejdoskopowej, owocem indywidualności nieokiełznanej, niepokornej, nonkonformistycznej, weredycznej, a przy tym błyskotliwie inteligentnej, obdarzonej dobrym piórem, nieprzeciętną wrażliwością i fenomenalnym zmysłem obserwacji. Indywidualności imponującej,  godnej podziwu, nawet jeśli nie sposób zgodzić się każdym zdaniem tej książki, której lekturę gorąco rekomenduję.

Joanna Szczepkowska – „Wygrasz, jeśli przegrasz. Autobiografia”, Wyd. Demart, Warszawa 2014, str. 440,  ISBN 978-83-7427-870-6

--

Piekło komunistów

komunisciDawno już przestałem ulegać sugestii, od dziesięcioleci sączonej z piśmiennictwa na temat komunistów i ruchu komunistycznego i z mówienia o komunistach jako o potworach, że to oni wyłącznie byli zwyrodnialcami polityki i historii. A jest to tendencja, którą nadal,  z uporem godnym lepszej sprawy krzewi nurt historiografii radykalnie antykomunistycznej, głównie z kręgu IPN. Nigdy sugestii tej nie ulegałem totalnie, ale tylko do pewnego stopnia, lecz jednak. Przestałem jej ulegać, kiedy zacząłem, wraz z całym narodem polskim, poznawać polityków demokratycznej Polski po 1989 roku. Ich niski poziom moralny, mentalny, emocjonalny i intelektualny, ich głupota i miałkość doprowadziły mnie do przekonania, że niejeden z nich, krzykaczy sejmowych, intrygantów kuluarowych, zmieniaczy partii jak rękawiczki, pijaków madryckich i innych z tej ogromnej - wybaczcie zwierzęta, ale takie powiedzenie się utarło - menażerii, gdyby znalazł się podobnych warunkach jak komuniści w 1945 roku.  Gdyby dostał kawałek podobnej władzy jak tamci, też być może wydawałby rozkazy mordowania i torturowania przeciwników politycznych, względnie niewinnych, tak jak czynili to Jacek Różański, Józef Światło, Stanisław Zarakowski, Anatol Fejgin, Roman Romkowski, albo im z góry patronowali jak Jakub Berman i inni. Poziom nienawiści w polskiej polityce dzisiejszej jest taki, że podobna hipoteza nasuwa mi się dość naturalnie. Ale cóż, przypadła im w udziale łaska (być może w mrocznym odczuciu niektórych: niełaska) późnego urodzenia i udział w życiu politycznym w diametralnie odmiennych okolicznościach historycznych. Reasumując: jeśli komuniści byli potworami, to nie są w historii osamotnieni w tym względzie i zapełniają piekło (o ile takie istnieje) w towarzystwie wielu kolegów po fachu spod innych barw i sztandarów.

Dlatego z ogromną satysfakcją przestudiowałem ponad tysiącstronicową pracę Roberta Spałka „Komuniści przeciw komunistom”. Ten owoc benedyktyńskiej pracy, rezultat kwerendy licznych archiwów i źródeł, przebogato udokumentowana synteza dziejów represji i porachunków w łonie rządzącego ruchu komunistycznego napisana została właściwie sine ira et studio, z nienagannym właściwie obiektywizmem przekazu, bez ujawniania osobistych ocen i emocji (a być może autor takie ma). Ukazał on dogłębnie i w nowym oświetleniu, znane oczywiście z innych prac dotyczących tamtej epoki, wątki represji w stosunku do Włodzimierza Lechowicza i Alfreda Jaroszewicza, oskarżonych jako agenci przedwojennej Dwójki infiltrujący ruch robotniczy i partię, sprawę represji w stosunku Wladysława Gomułki i „gomułkowszczyzny” oraz Mariana Spychalskiego i „spychalszczyzny”, sprawę amerykańskich komunistów braci Fieldów, a także mechanizmy działalności grup specjalnych i X Departamentu MBP. Wiem, że może to być poczytane za ekstrawagancję, ale zabrakło mi w tym tomie sprawy procesu Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego w 1965 roku, autorów słynnego „listu do partii”, napisanego przecież z pozycji radykalnego marksizmu przeciw jego burżuazyjnym wypaczeniom przez aparat władzy PRL. To tez byli wtedy „komuniści przeciw komunistom”. Zabrakło mi też szerszego potraktowania sporów ideologicznych między aparatem PZPR a rewizjonistami, w tym sporu między grupą „Puławską” a „Natolinem”, bo to też byli „komuniści przeciw komunistom”. Z braku tego nie czynię jednak autorowi zarzutu, bo rozumiem konieczność wyboru zagadnień uwarunkowaną choćby względami wydawniczymi. I tylko niepotrzebnie - moim zdaniem - Robert Spałek usprawiedliwia się we wstępie z podjęcia tytułowego tematu. Zapewnia tam, że ukazanie komunistów jako ofiar represji nie oznacza umniejszania przez niego ofiar z obozu akowskiego, patriotycznego, niepodległościowego. To niepotrzebne i niecelowe. Historyk nie ma obowiązku i nie powinien tłumaczyć się dlaczego jakiś fragment historii bierze na swój warsztat. Rekomenduję gorąco tę znakomitą lekturę, bo od czasu biografii Jozefa Światło autorstwa Andrzeja Paczkowskiego nie czytałem tak znakomitej książki o tej ponurej epoce.

Robert Spałek – „Komuniści przeciw komunistom”, Wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2014, str. 1133, ISBN 978-83-7629-733-0

--

Nie będzie zapomniany

cybulskiPamiętam dzień 9 stycznia 1967, gdy na czarno-białym ekranie telewizora ukazał się Krzysztof Teodor Toeplitz i gdy ten sceptyk i racjonalista, łamiącym się, drżącym głosem komunikował widzom śmierć Zbyszka Cybulskiego. Mimo upływu 48 lat od śmierci Zbigniewa Cybulskiego jego postać ciągle fascynuje, a jego aktorstwo filmowe nadal uderza świeżością i nowoczesnością. W tym czasie ukazały się co najmniej dwie książki mu poświęcone. Dwa lata po jego śmierci, w 1969 roku, jedne z jego przyjaciół, aktor, scenograf i reżyser, ważna postać z legendarnego gdańskiego teatrzyku studenckiego Bim-Bom, Wowo Bielicki wydał zestaw wspomnień o aktorze. Po latach autorską rzecz „Okno Zbyszka Cybulskiego” opublikował pisarz Jerzy Afanasjew (z Sopotu). Wybitny, niedawno zmarły operator filmowy Jan Laskowski zrobił o Cybulskim film „Zbyszek”, finezyjnie skomponowany z kluczowych fragmentów jego ról. Właśnie ukazała się książka „Cześć starenia. Cybulski we wspomnieniach” przygotowana przez Mariolę Pryzwan. Jest to kolejna, poszerzona, trzecia już edycja tej książki, która ukazała się w 1994 roku. Przy każdym kolejnym wydaniu ( 2007 i obecne) wzbogacana jest o relacje nowych osób, które na swojej drodze życia spotkały tę niezwykłą postać. To, rzecz jasna, głównie ludzie filmu i teatru, reżyserzy i aktorzy, choć zbiór rozpoczyna ta sama, stara relacja Wojciecha Jaruzelskiego, acz nie zmarłego w ubiegłym roku najsłynniejszego generała najnowszej polskiej historii, lecz nauczyciela o tym samym nazwisku, kuzyna Zbyszka. Tak się też złożyło, że najbliższym przyjacielem Zbyszka  i świadkiem jego śmierci był nie artysta, lecz przyjaciel artystów i mecenas kultury, obecnie prezes Towarzystwa Przyjaciół Skolimowa Alfred Andrys, inżynier i przedsiębiorca, świetnie w środowisku znany jako „Alfa”, określany też jako ambasador Śląska w Warszawie. Tym razem książka jest nie tylko poszerzona o kolejne relacje, ale po raz pierwszy wzbogacona o obfity materiał ikonograficzny, którego nie ma w poprzednich edycjach. Materiał ten jest bardzo ciekawie podany, z uwzględnieniem stylistyki i poetyki ikonograficznej charakterystycznej dla lat sześćdziesiątych. Gratulacje dla pomysłodawcy i wykonawcy. Ci zatem czytelnicy, którzy mają któreś z poprzednich wydań tego zbioru, mogą spokojnie nabyć nową edycję, bo jest ona z wizualnego, ilustracyjnego punktu widzenia zupełnie nową jakością. W edycji poprzedniej wypowiedzi poszczególnych osób opatrzone były, i to nie wszystkie, niewielkimi fotografiami. Mariola Pryzwan oparła swoją książkę o bogate archiwum wdowy po artyście oraz o własne zbiory. Z przekonaniem polecam tę wartościową pozycję.

„Cześć starenia. Cybulski we wspomnieniach”, zebrała i opracowała Mariola Pryzwan, Wyd. Marginesy, Warszawa 2014, str. 395, ISBN 978-83-64700-44-6

 --

Jeszcze bez finału

sprawa chazanaSprawa profesora Bohdana Chazana poruszała opinię publiczną w Polsce latem minionego właśnie roku, dzieląc ją tak, jak dzielą ją setki innych kwestii. Przypomnijmy: znany ginekolog, dyrektor szpitala,  profesor Chazan odmówił przerwania ciąży pacjentce, która nosiła w łonie uszkodzony płód. Respektowanie katolickich porządków w trybie leczenia narzucił też innym lekarzom, swoim podwładnym. Narodzone, ciężko zdefektowane dziecko zmarło wkrótce w cierpieniach. W rezultacie sprawy przez wiele miesięcy elektryzującej media i opinię publiczną, prezydent Warszawy odwołała Chazana ze stanowiska dyrektora szpitala.

Znany dziennikarz ultrakatolicki i namiętny pełen temperamentu medialny polemista Tomasz P. Terlikowski opisał tę historię ze swego subiektywnego punktu widzenia. Można się z nim zgadzać, można nie zgadzać, ale czyta się „Sprawę” dobrze, bo napisana została sprawnym „piórem”. Jest to jednak lektura na dziś tylko dla tych, którzy lubią dogrywki  z lektury prasy, internetu i oglądania telewizji. Bo sprawa Chazana jeszcze się nie zakończyła. Kobieta, której lekarz ów odmówił przerwania ciąży i wskazania zgodnie z prawem innego lekarza, który zabieg ten by wykonał, przygotowuje się do procesu przeciw Chazanowi i żąda bajońskiej sumy rekompensaty pieniężnej za cierpienia spowodowana jego decyzjami. O jej determinacji świadczy pewne oświadczenie, które złożyła publicznie i w którym stwierdziła, że tylko surowe ukaranie Chazana przynisie jej zadośćuczynienie i ulgę.  Waloru archiwalnego książka nabierze zatem dużo później, być może nawet z upływem lat. A na razie polecam jej lekturę tym, którzy chcą sobie podnieść leniwe ciśnienie krwi.

Tomasz P. Terlikowski – „Sprawa profesora Chazana. Kulisy manipulacji”, Wyd. Fronda, Warszawa 2014, str. 216, , ISBN 978-83-64095-53-5



Pin It