Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego




Grypa – nie kobieta


hiszpankaSięgnąłem po tę filmową nowelę nie znając jeszcze filmu. Pod tym względem nic się nie zmieniło, bo filmu nadal nie miałem okazji zobaczyć, aczkolwiek bardzom go ciekaw. Wiem jednak z omówień i trailerów, że to film, którego akcja osnuta jest wokół Powstania Wielkopolskiego 1918 roku i w lekturze najbardziej interesowało mnie, jak ten aspekt jest pokazany. I tu niespodzianka. W filmowej noweli Barczyka akcji powstańczej można się jedynie domyślać, tak jest zakamuflowana w dziwnej historii pełnej osobliwych, jakby witkacowskich zdarzeń, dziwnych, także po trosze witkacowskich figur, groteskowych, nadrealistycznych konceptów (jak choćby ten z importem słonia czy z Ignacym Janem Paderewskim, z którym zapoznajemy się, gdy walczy z uporczywą grudniową muchą). Jest tu też coś przywołującego na myśl coś z atmosfery i faktury zapomnianej dziś prozy Michała Choromańskiego, tych jego rozmaitych głownictw, moglitw, praktykarzy, kotłów beethovenowskich, białych braci, różowych krów, szarych skandalii i wysp tropikalnych. Wszystko utopione jest w atmosferze dziwności, w ezoteryce, w tajemniczości i zdaje się zapowiadać II Rzeczpospolitą, kraj seansów spirytystycznych, wirujących stolików i jasnowidzów. Święta historia Polski, i to jaki jej fragment – trzeźwo (jako jedyne w historii Polski) zorganizowane powstanie w trzeźwej Wielkopolsce, pokazana jakby z perspektywy wirującego stolika, przy którym wywołuje się duchy. Łukasz Barczyk wyimaginował sobie malowniczą fantasmagorię  o narodzinach Polski Niepodległej, nadając jej malowniczy i przekornie mylący tytuł - chodzi przecież nie o Hiszpankę - kobietę, lecz o nazwę straszliwej epidemii grypy, która w  1918 roku dziesiątkowała ludzi. Ciekawa, intrygująca, dziwaczna lektura, ale nie dla konwencjonalnych patriotów od pana Skrzetuskiego i nie dla ludzi – jak pewien esesmam ze „Stawki większej niż życie” – „lubiących tylko jasne sytuacje”. W „Hiszpance” nic nie jest jasne i na tym polega czar tej lektury.

 

Łukasz Barczyk – „Hiszpanka”. Wyd. Media Rodzina, Warszawa 2015, str. 102, ISBN 978-83-8008-036-2

--

 

Robotnica kina – rekonstrukcja cyfrowa


wanda-jakubowskaWanda Jakubowska wydaje się być na pierwszy rzut oka postacią kilkuwarstwowo anachroniczną i passe. Uważana za egerię socjalistycznego realizmu w kinie Polski Ludowej, ideowa komunistka o siermiężnej, półmęskiej powierzchowności, „Wanda Wasilewska polskiego kina”, współtwórczyni kinematografii polskiej lat czterdziestych i pięćdziesiątych, mocna politycznie na tyle, że zdolna do bycia rywalką samego Aleksandra Forda - no, po prostu naftalina do kwadratu. W świetle klasycznej monografii wydawać się może postacią po prostu nie do strawienia.


Jednak Monika Talarczyk-Gubała dokonała rzeczy naprawdę imponującej, bo to rzeczywiście Jakubowska „od nowa” i do tego pokazana niemal panoramicznie, na pierwszych stronach z perspektywy Moskwy, w której spędziła kilka lat jako dziecko, a potem z wysokości malowniczego wzgórza Jolie Bord czyli przedwojennego warszawskiego Żoliborza, gdzie należała do kręgu lewicowej, społecznikowskiej a i często komunizującej inteligencji. Tej metamorfozy, tego odkurzenia dokonała autorka już na pierwszych stronach, gdy kilkoma stuknięciami klawiatury komputera (używać dziś figury „pióra” byłoby zastarzałym anachronizmem) pokazała Jakubowską jako młodą mieszczańską inteligentkę,  początkującą reżyserkę z kręgu Stowarzyszenia Miłośników Filmu Artystycznego „Start”, eleganckim kapeluszem typu panama chroniącą się przed palącym słońcem warszawskiego lata 1939 roku. W tej perspektywie silnej wymowy nabiera jej powojenna metamorfoza garderobiana (?), która polegała na przyobleczeniu głowy w chustkę kobiety z ludu, atrybut robotnicy, obuciu nóg w oficerki i rezygnacji z jakichkolwiek atrybutów kobiecej galanterii na rzecz autowizerunku socrealistycznej chłopo-baby czy babno-chłopa. To stanowi, by tak rzec, o genderowym aspekcie tej książki, która jest w dużej mierze opowieścią o pozycji kobiety w społeczeństwie XX wieku. Inna przerzutnia, która silnie pokazuje metamorfozę ideowo-estetyczną Jakubowskiej, to jej obraz z samego schyłku lat trzydziestych, gdy kręcąc ekranizację „Na Niemnem” Elizy Orzeszkowej (do premiery planowanej na 5 września 1939 w kinie „Corso” przy Nowym Świecie nie doszło, Kino zbombardowała Luftwaffe, a kopie zaginęły w czasie wojny) jeździła na Kresy i spotykała się z potomkami pierwowzorów a nawet  pierwowzorami we własnej osobie bohaterów powieści. Ta sama Jakubowska, która kilkanaście lat później nakręciła flagową epopeję kina polskiego epoki socjalistycznego realizmu, „Żołnierza Zwycięstwa” o Karolu Świerczewskim czyli generale Walterze. Jednak najwięcej uwagi poświęca autorka trzem  filmom obozowym Jakubowskiej, przede wszystkim „Ostatniemu etapowi”, a w mniejszym stopniu także „Prawdziwemu końcowi wielkiej wojny” i „Spotkaniom w mroku”. Gruntowne analizy „Ostatniego etapu” stanowią trzon tej pracy opowiadającej głównie o uwarunkowaniach, sprzecznościach i antynomiach ukazywania Holokaustu w sztuce filmowej, w czym posiłkuje się też autorka gościnnym, obszernym esejem autora izraelskiego.  Aliści Jakubowska to także „babcia polskiego kina”, a jak na babcię przystało, powinna opowiedzieć jakąś bajkę wnukom. Toteż uczyniła to, przenosząc na ekran (1957) „Króla Maciusia Pierwszego” Janusza Korczaka, wysmakowany plastycznie, kunsztowny pastisz rozmaitych gatunków filmowych, motywów ikonograficznych i stereotypowych tworów masowej wyobraźni tamtych czasów. Drugą bajką dla dzieci, ale już z wplecionym w nią aspektem antagonizmów klasowych była „Opowieść atlantycka” (1954), osobliwe połączenie poetyki socrealistycznej z poetyką francuskiego filmu przygodowego. Nie zerwała jednak z bliską jej logosferą tematyki rewolucyjnej. Kiedy jej młoda rozmówczyni Barbara Hollender pyta Jakubowską w - chyba w jednym z ostatnich, jeśli nie ostatnim - z nią wywiadzie (w całości stanowi aneks do książki) dlaczego nakręciła film o Ludwiku Waryńskim („Biały mazur”, 1978), dziwi się temu pytaniu, niemal z oburzeniem stwierdzając, że to bliski jej sercu towarzysz (takiego używa słowa). Przedwojenny „START”, którego była współtwórczynią, przedwojenny inteligencki Żoliborz, czas „panopticum stalinizmu”, zmierzenie się (trzy lata po wyjściu z Auschwitz!!!) z kwestią holokaustu i obozu koncentracyjnego,  filmowe bajki dla wnuków, no i opieka nad studentami w  roli profesor(ki) łódzkiej szkoły filmowej (do jej wychowanków należą m.in. Filip Bajon, Piotr Szulkin i Marek Koterski – oto niektóre tylko motywy artystycznej i życiowej biografii Wandy Jakubowskiej. Autorce należą się brawa za tę cyfrową rekonstrukcję biografii Wandy Jakubowskiej. Czytałem te biografię prawdziwie od nowa. Z podobnym wrażeniem, jak to które towarzyszyło mi podczas oglądania pierwszego odnowionego cyfrowo filmu – „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa. Z zapierającym dech zachwytem skonstatowałem wtedy, że oglądam jeszcze większy i do tego zupełnie nowy film. I na koniec tylko drobna uwaga korekcyjna. Na początku książki, w części poświęconej okresowi dzieciństwa i młodości, słowem czasom „wspomnień samowara” i „wspomnień niebieskiego mundurka”, autorka sytuuje jedną z pensji (w sensie: internat dla panien z dobrych domów, a nie wynagrodzenia za pracę) „przy Placu Trzech Krzyży, na ulicy Zielnej 13”. Gdzie plac Trzech Krzyży, a gdzie Zielna! Daleko im do siebie. Aliści szczeciniance można wybaczyć ten drobny błąd i zrzucić go na warszawską być może korektę.


Monika Talarczyk-Gubała – „Wanda Jakubowska – od nowa”, Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, str. 357, ISBN 978-83-64682—40-7

 

Pin It