Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego



Wielka sława to żart

chlopaki-niech-placzaOlaf Lubaszenko (rocznik 1968) jest jedną z głównych aktorskich sylwetek średniego już (niewiarygodne, ale prawdziwe!) pokolenia. Choć pozbawiony wyrazistych naturalnych warunków zewnętrznych i głosowych, obdarzony jest nieprzeciętnym talentem, od dawna już przetworzonym w mistrzostwo, a także, o co chyba trudniej niż o profesjonalne umiejętności, przykuwającym widza ekranowym magnetyzmem, choć nie stworzył typu aż tak jaskrawego i popkulturowego jak Bogusław Linda ze swoim emploi supermężczyzny. W pewnym okresie, głównie w latach dziewięćdziesiątych i w części pierwszej dekady XXI wieku, znalazłszy się w ścisłej czołówce aktorów swojego pokolenia, Olaf Lubaszenko brylował w świecie filmu jako aktor i reżyser, specjalizując się głównie w tzw. „męskim kinie” zapoczątkowanym na dobre przez Władysława Pasikowskiego legendarnymi „Psami”. Zanim wypłynął na szerokie wody, które zaprowadziły go na szereg lat w krąg świata celebrytów, zaistniał, jeszcze w poprzedniej epoce, jako młodociany odtwórca tytułowej roli w serialu „Życie Kamila Kuranta” (1982), a następnie w szeregu realizacji kina artystycznego (m.in. „Tabu” Andrzeja Barańskiego, 1987, „Sonata marymoncka” Jerzego Ridana, 1987, „Łuk Erosa” Jerzego Domaradzkiego, 1987, „Marcowe migdały” Radosława Piwowarskiego, 1989). Nie będę kontynuował tej wyliczanki tym bardziej, że na końcu książki, o której będzie mowa znajduje się szczegółowy rejestr ról Olafa Lubaszenki. Dziś, ciągle czynny w zawodzie, ostatnio m.in. w serialu „Strażacy”, Olaf Lubaszenko żyje już jednak nie w centrum, lecz na obrzeżu głównego „targowiska”. Sygnalizuje to sam, melancholijnie stwierdzając: „Tak naprawdę zdecydowałem się na tak desperacki krok jak książka, dlatego, że jest to dla mnie jedyna być może szansa porozmawiania z ludźmi. Szansa, której w życiu nie mam, bo nie spotykam już prawie nikogo w taki sposób, w jaki spotykałem kiedyś”. Te słowa z wywiadu-rzeki stanowiącego  treść książki „Chłopaki niech płaczą”, wprowadzone na tylną część okładki, można uznać za coś w rodzaju jej podstawowego przesłania. I dlatego najważniejszy być może – by tak rzec, może trochę szumnie – filozoficzny, choć na pewno nie odkrywczy sens tej książki polega na przypomnieniu, że jak mówi znana arietka operetkowa, „wielka sława to żart”. Olaf Lubaszenko przeżył i przeżywa to, co przeżywało. Przeżywa i przeżywać będzie wielu ludzi z jego branży, czyli przejście od popularności w cień, mniej czy bardziej głęboki, niejednokrotnie w zapomnienie, co szczęśliwie  nie dotyczy, przynajmniej dziś, jego przypadku. Przeżywa też Lubaszenko problemy zdrowotne związane z alkoholem, depresją oraz otyłością. Ku mojemu zdumieniu usłyszałem w jednej z telewizji, z ust jego samego, że ta ostatnia przypadłość, stała się źródłem jego izolacji (do pewnego stopnia) w środowisku. Świadectwo takiej ludzkiej małości ludzi, którzy tak go potraktowali, zdumiało mnie, choć nie powinienem się już niczemu dziwić. Zdumiało mnie to, że można odrzucić kolegę czy przyjaciela z takiego akurat powodu. Co z tego wszystkiego wynika jednak dla czytelnika „Chłopaki niech płaczą”? Lubaszenko odpowiada na pytania rozmówcy i snuje historię swego życia w sposób bardzo zajmujący. Zaczyna od wspomnianych problemów zdrowotnych, by szybko zanurzyć się na krótko w świat dzieciństwa, a zaraz potem w świat filmu, teatru, telewizji, w krąg aktorów, reżyserów, czyli w jego świat, w którym żył od urodzenia właściwie, jako syn wybitnego krakowskiego aktora Edwarda Linde-Lubaszenki. Jest człowiekiem bardzo przy tym inteligentnym, myślącym i delikatnym, więc dzieli się  ciekawymi obserwacjami i przemyśleniami. Czytelnicy złaknieni wszakże innych jeszcze wrażeń niż mądre przemyślenia mogą spokojnie sięgnąć po ten tytuł, jako że Olaf Lubaszenko, zanim stał się po trosze filozofem i panem w średnim wieku, był (jak niejeden z nas i jak wielu zwłaszcza artystów) prawdziwym szaławiłą, bon vivantem, playboyem, królem życia, trawiącym czas na biesiadach alkoholowych, imprezach do białego rana i w ogóle bujnym życiem towarzysko-romansowym, które w przypadku artystów bywa bujne w wielonasób. To zresztą głównie nieumiarkowanie w tej dziedzinie sprowadziło na niego poważne, a nawet ciężkie kłopoty zdrowotne. (Jest taki wierszyk, który mogę zadedykować wszystkim namiętnym imprezowiczom, także sobie samemu  w odległej co prawda przeszłości: „Wlazł kotek na plotek i stłukł się boleśnie/ Dlatego dziateczki nie pijcie wódeczki”). Do tego dochodzi cała seria specyficznych, chaplinowsko-piszczykowskich, tragikomicznych sytuacji („zezowate szczęście”), które Olaf Lubaszenko szczególnie przyciągał czy generował, jako jemu właściwą, odrębną, a przy tym nieraz malowniczą, choć raczej nie dla przeżywającego takie terminy, absurdalną odmianę pecha. Z kolei czytelnik zainteresowany nieopisaną jeszcze historią polskiego kina ostatniego 25-lecia odnajdzie w książce prawdziwy rezerwuar faktów, zjawisk, zdarzeń, personaliów, anegdot z tego obszaru. Jest jeszcze jednak właściwość, która podnosi satysfakcję z tej lektury. „Bohater tego wywiadu cierpi na potrzebę dygresji”. Jako dziennikarz, który przeprowadził ponad trzy setki rozmów i wywiadów z ludźmi kultury, w tym z pokaźnym stopniu z aktorami właśnie, bardzo cenię rozmówców z taką dygresyjną przypadłością. Nie ułatwia ona co prawda spisywania wywiadu, ale zazwyczaj podnosi jego wartość intelektualną i treściową. Bo tak naprawdę dygresyjność jest solą rozmowy i życia umysłowego w  ogólności. Olaf Lubaszenko należy do tych rozmówców i narratorów, którzy tej attyckiej soli sypią solidna dawkę. Gorąco polecam tę lekturę. Nie tylko na lato.  Przydałaby się ona także ku przestrodze tym, którzy dziś bezrefleksyjnie, z przekonaniem, że tak będzie zawsze, nurzają się w strumyku sławy i powodzenia wszelakiego. Bo wielka sława to żart.

„Chłopaki niech płaczą”. Olaf Lubaszenko w rozmowie z Pawłem Piotrowiczem, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, str. 334, ISBN 978-83-7961-108-5

 --
 

Życie jak powieść z brodą

waclawa-sieroszewskiego-zywot-niespokojnyMoje pierwsze skojarzenie z postacią Wacława Sieroszewskiego (1858-1945) jest zawsze takie samo. Stary, czcigodnie, nobilnie wyglądający pan z długą brodą patriarchy. Takie zazwyczaj są najbardziej znane wizerunki sławnych postaci tamtej epoki. Powszechny obyczaj noszenia brody zbanalizował twarze mężczyzn. Prus podobny jest do Sieroszewskiego, Sieroszewski do Marksa i Engelsa, Wyspiański do Sienkiewicza, Reymont do Prusa, a wszyscy do Piłsudskiego. Tylko późny Żeromski, jako „ogolony zupełnie”, że użyję sformułowania z didaskaliów sztuk Witkacego, podobny jest do siebie samego. A przecież długie życie Wacława Sieroszewskiego i jego bogata biografia konspiratora, więźnia Cytadeli, legionisty, oddanego piłsudczyka a w II Rzeczypospolitej szacownego prezesa Akademii Literatury i senatora było tak bogate, że nie tylko do czcigodności upostaciowanej w brodzie się sprowadza. „Fenomenalny żywot Wacława Sieroszewskiego jest największym i najbardziej przejmującym jego utworem” – napisał o nim w 1934 roku krytyk Jan Lorentowicz. Bardzo to trafne sformułowanie. Rzeczywiście, Sieroszewski był pisarzem cenionym, rzetelnym i zasługującym na szacunek, a po kwarantannie okresu stalinowskiego, w 1956 roku, doczekał się (choć w „zaświatach”) wydania jego dzieł zebranych, ale na pewno nie prozaikiem wielkim i porywającym. Był solidnym, konwencjonalnym rzemieślnikiem literatury, dobrym epikiem, niektórzy mówili: „rasowym”, ale raczej nie szczególnie wybitnym artystą stylu. Aliści, jak to ujął Lorentowicz, jego biografia jest pasjonująca bardziej niż jego literatura. Jej pisaniem zajął się, pewnie na uboczu swoich hungarystycznych zajęć naukowych, wnuk pisarza, profesor Uniwersytetu Warszawskiego Andrzej Sieroszewski. Tego co napisał, nie zdążył przed śmiercią, która nastąpiła kilka lat temu, ukończyć i opracować. Szczęśliwie po rękopis profesora sięgnął Andrzej Z. Makowiecki i wyszła z tego rzecz naprawdę pasjonująca. Napisana konwencjonalnie, tak jak konwencjonalnie i tradycjonalnie brzmią pierwsze słowa pierwszego rozdziału („W ziemiańskim dworze”) tej biografii, zaczerpnięte z zapisków samego pisarza: „Urodziłem się w sierpniu 1859 we wsi Wólce Kozłowej w parafii Podstolin”. Konwencjonalność to wszakże dobrej i szlachetnej próby. Wyśmienita lektura i barwna panorama bohaterskiej, niespokojnej epoki. Ale po prawdzie, czy któraś epoka była i jest spokojna?

Andrzej Sieroszewski – „Wacława Sieroszewskiego żywot niespokojny”, Wyd. Iskry, Warszawa 2015, str. 476, ISBN 978-83-244-0401-8

 --
 

22 listopada 1963

miedzy-pieklem-a-niebemTo ciekawe i w dziwny sposób korespondujące z treścią. Otóż 22 listopada 1963 roku powziąłem zupełnie przypadkowo pierwszą w moim życiu wiedzę polityczną. Wiedzę? To stanowczo o wiele za dużo powiedziane. To było pierwsze muśnięcie polityki, a musnęła ona sześcioletniego, niespełna siedmioletniego chłopca. Bawiłem się z ojcem na dywanie, gdy nagle gwałtownym ruchem nakazał mi ciszę i przytknął ucho do radia, z którego leciały fale rozgłośni „Głos Ameryki”. Po chwili, podniósłszy głowę, powiedział dramatycznym szeptem: „Zamordowali prezydenta Kennedy’ego”. Właściwie nic z tego nie rozumiałem, poza – z grubsza – słowem – „zamordowali”, choć wyobrażałem sobie to jako „robotę ręczną”, gołymi rękami. Ot, dziecięca logika. Ten wieczorny moment i podekscytowanie otoczenia rodzinnego w kolejnych dniach, które nieustannie powtarzało nazwiska: Kennedy, Oswald i Ruby, jakoś dziwnie silnie utrwaliły mi się w pamięci, choć było to bez mała 52 lata temu, a ja do tego wszystkiego przecież nic nie miałem. Dopiero jednak z książeczki Petera Kreefta dowiedziałem się, że tego samego dnia zmarli też  C.S. Lewis i Aldous Huxley, ten pierwszy niemal w tym samym czasie co JFK, ten drugi kilka godzin później. Kreefta, pisarza chrześcijańskiego, ten fakt zafrapował. A to dlatego, że dostrzegł w nim znaki z Ręki Opatrzności. Oto bowiem każdy z trzech wspomnianych panów reprezentował jeden z fundamentalnych sposobów pojmowania i praktykowania religii. Lewis, protestant-anglikanin, reprezentował stary zachodni, klasyczny, tradycjonalny teizm. Kennedy, katolik - zachodnie, modernistyczne, humanistyczne chrześcijaństwo. Huxley - wschodni, religijny panteizm chrześcijański, zorientalizowany i mistyczny. Zdaniem Kreefta, ich jednoczesna śmierć była wyreżyserowana przez Opatrzność, jako wskazanie na trójdzielność mikrokosmosu historii religii w dziejach ludzkości. To była jego zdaniem Boska, Logiczna Triada. Kreeft skonstruował swoją pracę jako dialog umarłych, którzy spotykają się po śmierci w zaświatach i rozprawiają o religii. Nie wiem, czy jest to przypadek, czy świadome nawiązanie, ale dialog ten przypomina po części formułę słynnych kiedyś „Dialogów umarłych”, XVII/XVIII-wiecznego pisarza Fontenelle’a, wymyślonych dialogów między wielkimi zmarłymi starożytności, a wielkimi zmarłymi ówczesnej teraźniejszości, a po części sokratejskie dialogi Platona. Ja akurat osobiście nie jestem skłonny wierzyć, że Opatrzność wyreżyserowała moje, dziecka, zdalne spotkanie ze śmiercią Kennedy’ego, a za jego pośrednictwem ze śmiercią pozostałych członków Wielkiej Religijnej Triady Ludzkości, ale ten dziwnie mocny ślad, jaki w mojej pamięci pozostawił dzień 22 listopada 1963 roku, ciągle mnie intryguje. Dlatego z uwagą przeczytałem ich zaświatowy dialog i mam swoje przemyślenia. Co i innym gorąco polecam jako ćwiczenie umysłowe, bez żadnego skądinąd związku ze strzałami w Dallas.

Peter Kreeft - „Między piekłem a niebem. Dialog w zaświatach. C.S. Lewis. J.F. Kennedy. A. Huxley”, Wyd. Fronda, Warszawa 2015, przekł. Bartłomiej Zborski, str. 191, ISBN 978-83-64095-66-5

 

Pin It